Reklama

Duch błyskotliwy

Duch błyskotliwy

17.02.2009
Czyta się kilka minut
Dla poetów i prozaików debiutujących w drugiej połowie XX wieku Jan Błoński był autorytetem, mitem, nadzieją, niekiedy może postrachem. Nie miał jednak w sobie nic przerażającego, przeciwnie, chętnie i przyjaźnie rozmawiał z dużo od siebie młodszymi autorami, szukał z nimi kontaktu. Pojawił się np. w zatłoczonym klubie "Pod Jaszczurami", kiedy świeżo utworzona grupa poetycka "Teraz" przedstawiała swój buńczuczny i mało zrozumiały manifest. Pamiętam dobrze, że czując jego inteligentne spojrzenie, wstydziłem się grandilokwentnych sformułowań naszego programu. Pamiętam też, jak przyszedł na bardzo kameralne spotkanie wkrótce po śmierci Rafała Wojaczka - nie jako "wielki krytyk", "autorytet", tylko jako jeden z nas, jeden z tych, których zabolało przedwczesne odejście niezwykle utalentowanego poety.
A

Ale przecież był właśnie wielkim krytykiem, myślicielem, człowiekiem, który przerastał wielu innych. Był pisarzem o formacji europejskiej, znakomicie wykształconym, obcy mu był nacjonalizm czy prowincjonalizm, tak często u nas spotykany. Nie miał w sobie nic ze specjalisty śledzącego tylko jedną dziedzinę wiedzy. Był także doskonałym przeciwieństwem homo sovieticus, czy też homo peerlensis. O komunizmie wiedział dużo więcej, niż mógł o tym wówczas napisać. Wystarczy zaglądnąć do jego korespondencji ze Sławomirem Mrożkiem, żeby się o tym przekonać. Czasem się mylił - kto się nie myli - na przykład wtedy, gdy po powrocie z dłuższego pobytu we Francji sankcjonował swym artykułem pozorną dominację dwu autorów, Brychta i Brylla; może zwiódł go onomastyczny asonans. Na ogół jednak mylił się rzadko.

Interesowało go wszystko - pisał o Sępie Szarzyńskim i Marcelu Prouście, ale i o poetach dopiero debiutujących. Cechowała go ogromna ciekawość intelektualna i świetny, żywy styl, w niczym nie przypominający akademickiego żargonu niektórych rozpraw filologicznych. Mówił nam mądrze i wcześnie o skazanym na banicję Czesławie Miłoszu, wprowadzając go stopniowo do krajowego dyskursu literackiego. Pisał o Gombrowiczu, Witkacym, o polskich modernistach, nie odrzucając innych kierunków i poszukiwań literackich, nie był bowiem doktrynerem. Odważnie - i, jak się okazało, skutecznie - zainicjował trwającą nadal historyczną debatę o wielkiej ranie stosunków polsko-żydowskich, debatę, bez której trudno sobie dzisiaj wyobrazić powietrze naszej przestrzeni publicznej.

Był uczniem Kazimierza Wyki, rówieśnikiem Andrzeja Kijowskiego, Ludwika Flaszena, Konstantego Puzyny. Był kimś więcej niż krytykiem literackim: Amerykanie posługują się określeniem public intellectual, intelektualista obecny w życiu publicznym. My zresztą nie potrzebujemy tu sięgać po wyrażenia angielskie, wystarczy odwołać się do tradycji polskiej inteligencji.

Miał żywy, czujny umysł i pełną ekspresji twarz, na której jak na ekranie malowały się jego myśli i emocje. Kto go słyszał lub czytał w latach demokracji ludowej, wiedział natychmiast, że ma do czynienia z duchem wolnym i błyskotliwym, i mógł przeczuwać, że kraj, który wydaje takich pisarzy, wyjdzie któregoś dnia z szarej strefy beznadziejności.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]