Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Droga (do)wolności

Droga (do)wolności

18.03.2014
Czyta się kilka minut
Drus Grünbein, laureat poprzedniej edycji konkursu Europejski Poeta Wolności, nieustannie dowodzi, że posiada prywatny model do sklejania rzeczywistości przy pomocy neoklasycystycznych narzędzi i materiałów.
Fot. Dominik Werner / EPW
G

Grünbein to poeta niemieckiego bloku wschodniego, gdyby urodził się w Polsce, niewykluczone, że wystartowałby do poetyckiego lotu pod skrzydłami Brulionu, dziś pośrednio związany z tą formacją za sprawą jednego ze swoich tłumaczy – Jakuba Ekiera. W poezji wybiera rygor prozodii, w prozie formalną rozpustę, czyli esej. Europejski poeta, który stawia na wolność nawet za cenę losu poety, wolność w przeróżnych jej odsłonach.
Słowo za kratami
Urodził się w powojennym Dreźnie, które należało do „strefy”. Strefę tę określa jako „szare Niemcy Wschodnie. Miejsce jak z powieści science fiction, skażone, „napromieniowane”. W oczach kilkuletniego chłopca rodzinne miasto zdaje się „odświętnie uprzątnięte”, straty wojenne przykryto „grubą warstwą makijażu”, całość wciąż jednak sprawia wrażenie „szczęki pełnej dziur po zębach”. W takiej scenerii kształtuje się wizualna wrażliwość poety, którego skłonność do ironii i detalu będzie zachwycała przyszłych czytelników. Ale to w innym mieście tej samej strefy, turyndzkim Gotha, przeżyje on pierwsze spotkanie z poetyckim wymiarem słowa, z jego materialnym potencjałem.
Na solidnym stole w jadalni dziadek Dursa rozkłada iście królewskie insygnia: notesy i kajety, osobiste leksykony władzy. Pośród napadów gruźliczego kaszlu, który gęstą flegmą odkładał się w chusteczkach na brzegu stołu, dziadek przyszłego poety stacza zwycięskie bitwy poezji z cenzurą. Uzbrojony w armię liter – sześć pionowo, dziewięć poziomo – układa tysiące krzyżówek do gazet, strzyżonych wówczas przez urząd kontroli jak owce przed stanówką. A mimo to jego triumfalne łuki słów trwają nienaruszone. Przypadkowa, zdawałoby się, zbieranina informacji – „krwiożerczy potwór z Rumunii”, „pisarz, autor Loreley” – dowodzi siły tego, kto włada słowem, kto potrafi je ze sobą zestawić, choćby dlatego, że pośród partyjnego bełkotu krzyżówka, ta niewinna poezja leksykonu, okazuje się – choć ukryta za krat(k)ami – naprawdę wolną formą pisania. Jako jedyna skłania też czytelnika do samodzielnego myślenia. Że rygor materialnych cech słowa? Że automatyczna kombinatoryka? Nic z tego. „Słowo bowiem – napisze w hołdzie dziadkowi po latach – ten najbardziej wyświechtany środek w sztuce, jest tylko pretekstem”.
Do it yourself
W 1987 r. Grünbein przerywa studia teatrologiczne, które podjął nieco wcześniej na uniwersytecie Humboldta w Berlinie, i robi się samodzielny. Ta niemiecka kalka „sich selbständig machen” oznacza przede wszystkim niezależność zawodową, coś pomiędzy własną działalnością a dobrowolnym bezrobociem. W przypadku rymotwórcy za żelazną kurtyną samodzielność ta nabiera szczególnego znaczenia. Już rok później, debiutując tomem „Grauzone morgens” (wydanym po lepszej stronie barykady), może głośno powiedzieć „jestem poetą”, wydać, jak sam to później określi, „samozwańcze oświadczenie suwerenności”.
Suwerenności oznaczającej wolność, ale „wolność głupca”, za którą, jak twierdzi, płaci się wysoką cenę – choćby egzystencjalnej niepewności aż do końca swoich dni. Samodzielność poety jest darem i przekleństwem, jest wolnością i niepodważalną koniecznością. Postmodernistyczna śmierć autora omija Grünbeina z daleka, autorska tożsamość pozostaje niezachwiana, erę cyfrowych kolektywów kwituje z przekonaniem: „Pisać wierszy w żadnym wypadku nie da się grupowo”. Interesuje go najbardziej fizyczny wymiar takiej perspektywy, chemiczna wypadkowa procesów zachodzących w mózgu poety: „W słowie poetyckim, które niegdyś rozbrzmiało jako śpiew, w akcie rozbłyśnięcia wyobraźni najstarsze odczucie napotyka najnowszy pomysł, afekt zaś zrodzony w pniu mózgowym – aktualną ideę i najnowszy temat”.
Poetycka wolność polega na tym, że można stworzyć tekst, łącząc elementy z najodleglejszych od siebie obszarów kory mózgowej, że to, co dla lingwistów jawi się jako językowa operacja metafory, dla Grünbeina oznacza akumulację i wyładowanie, działanie opornika i kondensatora. „Babiloński mózg”, taki, który protokołuje wewnętrzne widoki i przezwycięża opór ich nieprzystawalności, konstatuje swoje obserwacje Grünbein, to „podstawowe narzędzie poety”.
W tej sztuce wprawiał się już jako nastolatek, przelewając na papier stenogramy swoich hormonalnych burz, sprytnie obdarowując nimi rodzinę – tekst jako własnoręcznie (samodzielnie) wykonany prezent. Adam Słodowy z papieru i tuszu.
Dzisiaj, w czasach powracającej samodzielności spod znaku „do it yourself”, Grünbein nieustannie dowodzi, że posiada prywatny model do sklejania rzeczywistości przy pomocy neoklasycystycznych narzędzi i materiałów. Rym, rytm i późnorzymski detal tworzą wspólnie dioramę współczesności.
Twoja poezja to antyk
Po upadku muru Grünbein celebruje kolejną odsłonę otrzymanej wolności, tym razem materialnie-polityczną, oddając się dalekim podróżom – po Europie i południowej Azji. Wrażenia upycha w pokaźnym bagażu poetyckim, doliczanym na lotnisku za dodatkową opłatą. Liryczne alter ego okazuje się egzystencjalnym kosmopolitą, który z sokratejską pokorą pewnego dnia po powrocie z najodleglejszej wyprawy uświadamia sobie, iż „o podróżowaniu nie wie nic”, może tylko tyle, że „podróże to przedsmak piekła”, jak głosi prawidło z barów Atlantydy. Ostatecznie niczym rozbitek wraca więc do swojej metropolii (w 1985 r. przeniósł się do Berlina), a tam:

Brzegi jak wryte... tylko on na morze patrzy jak zwykle
„Ta dwunoga istotka to kto?” – pytają się głucho rusztowania
nowoczesnego biurowca, sztywne szkielety dźwigów. „Kompletny dziwak” –
ziewa dziura w ziemi i zieje.
(...)
(„ROBINSON W MIEŚCIE”)
XVIII-wieczny rozbitek tylko przejściowo zabawi w kanonie skojarzeń poety, ustępując w końcu miejsca antycznym motywom. Nie bez powodu – o Europie poeta napisze później, że u podstaw jej wspólnej myśli leży pokusa wolności, charme i galanteria, których kryteria ustaliła starożytna Grecja („Pokusa wolności”), o wyprawach zaoceanicznych powie natomiast: „zrozumiałem, że Ameryka to współczesny Rzym”. Na kanwie tej obserwacji tkał będzie swój poetycki komentarz do współczesnego świata, używając ściegów niemal wyłącznie rzymskich, z czasów późnego cesarstwa. To właśnie czasy świetności i upadku Imperium uwolnią w poecie własny styl i optykę, pozwolą zabrać głos w sprawach dlań najważniejszych. Nie oznacza to jednak ślepego podziwu, a świadomą trawestację.
Z okazji jubileuszu 60. urodzin poetyckiego czasopisma „Akzente” Willi Winkler skomentował niedawno na łamach „Süddeutsche Zeitung” panoramę niemieckiej poezji: „Gerhard Rühm czyżykował onomatopeicznie, Jandl jandlował, Erich Fried chciał dobrze, Durs Grünbein rymował semiklasycznie, Rolf Dieter Brinkmann nazwał fellatio w sposób powszechnie przyjęty, a Rühmkorf, ten zupełnie wczesny Rühmkorf, gottfriedbennował zawzięcie”. Ten dowcipny krajobraz plasuje Grünbeina po stronie statecznego rygoru formy, podczas gdy starsi koledzy zrywali kajdany wszelkiej konwencji i pracowali na własną markę. Dziś, co dostrzegła kapituła gdańskiej nagrody, poetyka ta jest i nowatorska, i markowa, można więc zacząć powoli oswajać termin „grünbeinowania” w leksykonie poetyckiej (do)wolności.  

W tekście wykorzystano fragmenty esejów i wierszy w przekładach Jakuba Ekiera, Andrzeja Kopackiego oraz autorki artykułu. Fragmenty esejów i rozmów niepublikowanych w Polsce pochodzą z materiałów magazynu „Spiegel”.

INEZ OKULSKA jest tłumaczką i krytyczką literacką. Publikowała na łamach „Literatury na Świecie”, „Przekładańca”, „Twórczości” oraz „Gazety Wyborczej”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]