Do kresu nocy

Niczym Bob Fosse w filmie Kabaret, Maja Kleczewska ukazuje widzom opolskiego Makbeta historię o zaraźliwości i wszechobecności zła odbitą w lustrze popkultury.
Czyta się kilka minut
 /
/

W tragedii Szekspira postaci wiedźm znajdują się pomiędzy światem fizycznym a metafizycznym, wszechwiedzą i bezsilnością. Być może są emanacją urojeń bohaterów lub też przeciwnie - to właśnie Makbet i jego towarzysze są zabawkami w ich rękach. W spektaklu Kleczewskiej ta ambiwalencja została pomysłowo przełożona na atrakcyjny teatralnie znak: wiedźmy to dwaj transwestyci i niemłoda prostytutka. Przybywają na wyraźne zaproszenie bohaterów - goście tyleż osobliwi, co pożądani jako atrakcja umilająca nudne uroczystości. W jaskrawych perukach, chwiejący się na niebotycznych obcasach, dziwacznością nie ustępują ulubionym w czasach Szekspira błaznom-karłom; podobnie jak oni zabawiają gości obscenicznymi gestami, piosenkami i zagadkami. Bezkarnie snują dwuznaczne i niepokojące przepowiednie.

Wiedźmy nie tyle przewidują przyszłość, co dostrzegają w rzeczywistości mechanizmy i prawidłowości dla uczestników wydarzeń zakryte - mechanizmy znane dziś nie tyle z klasycznych dzieł literackich, co z filmów Quentina Tarantino czy Davida Lyncha. Raz po raz akcję sztuki przerywają więc kabaretowe numery transwestytów komentujących, dopowiadających i podważających sens wydarzeń za pomocą piosenek znanych z “Kill Billa" czy “Priscilli, królowej pustyni", w swoim sentymentalizmie równie wieloznacznych, co poetyckie przepowiednie.

Tandetna niezwykłość wiedźm zderzona zostaje z trywialną zwykłością pozostałych bohaterów sztuki. W opolskim spektaklu nie pojawia się Szekspirowski temat wojny; lawinę zbrodni uruchamiają małe kamyczki, codzienne dawki strachu, niespełnienia i zazdrości. Bohaterowie to nie rycerze wspinający się po drabinie hierarchii wojskowej, ale prymitywni i okrutni prowincjonalni mafiosi regulujący porządek w “familii" bójkami, szantażem, przekupstwem. Skarżą się wprawdzie, że zostali skrzywdzeni przez świat, na którym biorą teraz odwet; nie mamy jednak żadnych dowodów, że los postąpił z nimi okrutniej niż z kimkolwiek innym. Bohaterowie opolskiego “Makbeta" w potworny sposób wykrzywiają humanistyczne tezy o nieograniczonych możliwościach tkwiących w człowieku; uważają, że skoro już zmuszeni zostali do trudów egzystencji, należy im się od życia wszystko to, co najlepsze. I nie zawahają się przed niczym, by to osiągnąć.

“Najlepsze" oznacza tu “dostępne dla elit" - pułap marzeń wyznaczają pozycja “ojca chrzestnego", wielkie pieniądze, dom z kolekcją dzieł sztuki, egzotyczne wakacje, możliwość urządzania wystawnych przyjęć. Ale też - szczęśliwa rodzina. U Szekspira zbrodnie starszego pokolenia otworzyły możliwość lepszego losu dla potomstwa (a także perspektywę zgładzenia win); u Kleczewskiej jałowość zła uwydatnia się jeszcze mocniej - dzieci giną jako pierwsze (zresztą nic nie wskazuje na to, by mogły być lepsze od rodziców). Wybierając “tu i teraz", bohaterowie uniemożliwiają przyszłość, dążąc do władzy - niszczą bliskość.

Makbet i Lady Makbet (doskonałe, niejednoznaczne, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach role Michała Majnicza i Judyty Paradzińskiej) są młodzi i wciąż jeszcze w sobie zakochani, ale w ich małżeństwo zdążyła się już wkraść nuda i rozgoryczenie niespełnionymi marzeniami o dostatnim i szczęśliwym życiu. Lady Makbet usiłuje rozbudzić ambicje przesiadującego w dresie przed telewizorem męża, którego życiowa rola ograniczała się do tej pory do bycia pomniejszym trybikiem w przestępczej maszynie. Okazja nadarza się niespodziewanie, decyzję trzeba podjąć szybko i bez namysłu. Przybywający w gościnę Duncan (Grzegorz Minkiewicz) nie wnosi ze sobą majestatu świętej władzy królewskiej; to obwieszony złotem gbur, chełpiący się władzą i obleśnie obmacujący Lady Makbet. Po libacji zostanie brutalnie zarżnięty, co stanowić będzie pierwsze ogniwo w serii okrutnych rzezi, których kulminacją jest wstrząsająca scena gwałtu i mordu na Lady Macduff i jej dzieciach.

Pokazane przez reżyserkę z szokującą drobiazgowością sceny przemocy uderzają z wielką siłą, mimo przefiltrowania ich przez estetykę filmową. Zespół opolskiego teatru podjął ogromne ryzyko, role prowadzone są na granicy szarży, karykaturalna stylizacja łączy się z dystansem i demonstracyjną teatralnością, ale spod wszystkich warstw i masek nieustannie prześwieca psychologiczna prawda o postaciach i wiarygodne emocje, na które trudno pozostać obojętnym.

Po pierwszym zabójstwie - przekroczeniu symbolicznej granicy - zmienia się całkowicie sposób, w jaki Makbet i Lady Makbet postrzegają świat. Majnicz i Paradzińska wygrywają kolejne etapy popadania w szaleństwo, tracenia kontaktu z rzeczywistością, najbliższymi (zbrodnia nie cementuje ich związku, wręcz przeciwnie), a nawet ze swoim własnym “ja". Prześladują ich twarze zmarłych, w każdym napotkanym człowieku dostrzegają albo wroga, albo też - potencjalną ofiarę, chodzący wyrzut sumienia.

Marzenia o dostatnim i spokojnym życiu spełniają się tylko pozornie. Lady Makbet ma piękne suknie, salony z obrazami, organizuje wykwintne przyjęcia, ale traci upragnioną przez oboje małżonków ciążę. Ich drogi się rozchodzą - Lady Makbet pragnęłaby zerwać z przeszłością, przerwać łańcuch zbrodni, które nie przyniosły im szczęścia, w końcu ucieka w rodzaj schizofrenii, a ostatecznie w odartą z patosu śmierć; Makbet nie chce i nie potrafi się już zatrzymać, choć odejście żony obudzi w nim resztki zamarłych uczuć. Pod powierzchownością filmowego gangstera (w obowiązkowych lakierkach, z włosami przygładzonymi brylantyną), między wykrzykiwanymi z wściekłością rozkazami ukrywa tchórzostwo, rozpaczliwe przerażenie światem, które zagłusza wprowadzając terror. Hańbieni, torturowani, mordowani przeciwnicy mają być stopniami, po których wespnie się do swojego ideału człowieczej wielkości - ale jego koniec będzie jedynie żałosny i groteskowy, bez krzty tragizmu (Las Birnamski to brygada antyterrorystów w mundurach moro).

W bezlitosnym, konsekwentnie interpretowanym “Makbecie" Kleczewskiej nie ma zwycięzców, nie ma też niewinnych. Dystansując się od dziwacznych wiedźm, równocześnie potwierdzamy realność świata Makbeta i Lady Makbet. Bagatelizujemy zło, które ignorowane, mitologizowane przez popkulturę i media, narasta aż do kresu; kresem tym nie jest jednak tragizm przekroczenia, lecz całkowita pustka.

WILLIAM SZEKSPIR, “MAKBET", przekład: Antoni Libera, reżyseria: MAJA KLECZEWSKA, scenografia: Katarzyna Borkowska, muzyka: Waldemar Wróblewski, premiera w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu 4 grudnia 2004.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 11/2005