Gdyby zapytać przeciętnego, niekoniecznie nawet wierzącego Polaka, jaki komunikat ze strony Kościoła dociera do niego najczęściej, odpowiedź zabrzmi zapewne: dyspensa od jedzenia mięsa w piątek. Komunikaty te powracają z uporem godnym lepszej sprawy, jakby ich autorzy byli impregnowani na fakt, że swoim odbiorcom dostarczają raczej rozrywki niż informacji.
Na temat dyspens powstają clickbaitowe tytuły, żarty i kolorowe mapy kraju, podzielonego na obszary mięsne i bezmięsne. Rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, który swego czasu głównie takimi komunikatami się zajmował, w kulturze popularnej sam zdążył stać się memem. Cierpi na tym Kościół, zamknięty w komunikacyjnej bańce, pozbawiony realnego kontaktu z tymi ludźmi, których na niedzielnych mszach już nie ma.
Nieprofesjonalizm kościelnych komunikatów
Podczas spotkania rzeczników diecezjalnych, które na początku maja odbyło się w Gnieźnie, prymas Polski abp Wojciech Polak mówił: „Dobra komunikacja potrzebuje poznania, a poznanie bliskości. Jeśli chcemy komunikować innym to, co jest życiem naszego diecezjalnego Kościoła, wpierw sami musimy ten Kościół dobrze poznać, a to znaczy: być w nim całym naszym sercem i duszą, być blisko. Nie można informować, nie znając lub znając tylko z drugiej ręki. Nie można mówić, nie wiedząc, co i dlaczego się dzieje. Ważne jest również, by mieć pełny i wyczerpujący ogląd sytuacji. Tego nie można zobaczyć z daleka, nie można jedynie powtarzać to, co zasłyszane”.
Te wskazania nie są bezzasadne, sugerują jednak, że priorytetem w komunikacji Kościoła bardziej jest on sam, a nie jego wyjście na zewnątrz. W tym pisanym przez prymasa obrazie komunikacji wyraźnie brakuje drugiej strony. To my jako Kościół musimy zrozumieć siebie, żeby o tym mówić. My – siebie. Na tym koniec.
Prawdziwa komunikacja jest wyjściem i spotkaniem. I to właśnie owo wychodzenie poza bezpieczny świat ludzi głęboko wierzących udaje się Kościołowi w Polsce najmniej.
Przykłady można mnożyć. To tysiące oświadczeń, komunikatów i listów, które nikogo nie obchodzą, bo mało kogo dotyczą. To kolejne spóźnione reakcje wyraźnie unikające słowa „przepraszam”, umywanie rąk od skandalicznych wypowiedzi zamiast ich jednoznacznego potępienia czy nawet wprost mówienie mediom, że coś „nie jest ich sprawą”. Czasem te reakcje są wynikiem braku profesjonalizmu albo wyrazem osobistych niechęci rzecznika. Częściej jednak jest to skutek zachowawczości, instytucjonalnego uwikłania i braku odwagi ze strony zarówno samego rzecznika, jak i biskupa. Metoda „na przeczekanie” wciąż jest jedną z bardziej popularnych.
Mediacja między instytucją Kościoła a opinią publiczną
Komunikacji kościelnej nie ułatwia również fakt, że rzecznik, który w teorii powinien być prawą ręką do kontaktów z mediami, w praktyce staje się tubą biskupa, przekazującą komunikaty wiernym i działającą w zasadzie tylko w tę jedną stronę. Rzadko kiedy dostaje na tyle zaufania, żeby samodzielnie (choć w ścisłej współpracy) kreować komunikację. Tymczasem to jego zadaniem powinna być mediacja między instytucją Kościoła a opinią publiczną. To on ma przewidywać reakcje społeczne, reagować natychmiast na wyzwania, motywować biskupa do obecności w konkretnych przestrzeniach, pokazując potrzeby. To on powinien słuchać świata i być w tym słuchaniu na pierwszym froncie.
Tak się nie dzieje. Na przeszkodzie stoi zapewne to, co nazwać można brakiem „woli politycznej”. Biskup nie musi mieć kompetencji medialnych. Musi jednak mieć świadomość, że w mediach istnieć będzie, bo tak działa współczesny świat. Jeśli zatem nie znajdzie ludzi, którzy staną się w tym świecie jego przedłużeniem, pozostanie dla odbiorców martwą twarzą z suchym komunikatem. Więcej: nie może mu to być obojętne, bo nie chodzi tu już o jego osobisty wizerunek, ale o wizerunek całego Kościoła.
To nie jest wyłącznie wina „złego, zsekularyzowanego świata”, że o Kościele wie on dziś tyle, gdzie i kiedy nie wolno jeść mięsa. To Kościół instytucjonalny nie potrafi siebie dobrze opowiedzieć. Ba, nie wie nawet, kto czeka po drugiej stronie, nie zna padających tam wątpliwości i pytań. Zapracował na to latami niechęci i lekceważenia mediów, przekonaniem, że „prawda sama się obroni”. W efekcie mówi dużo – do pustych sal – odpowiadając na pytania, których nikt nie zadaje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















