Depresje

Ten felieton jest moją wprawką w autopatografię. Trzeba spisywać ten czas i tak go wykorzystywać. Nie dać się przygnębieniu.
Czyta się kilka minut

Zbiór „Defekty. Literackie auto/ /pato/grafie” Iwony Boruszkowskiej recenzowałam wydawniczo. Siedzi mi mocno w głowie i wchodzi w kontekst wielu bieżących lektur, także „Innej od siebie” Brygidy Helbig [zob. recenzję w tym dodatku na str. 27 – red.] „Autopatografia” to inaczej autobiografia choroby, w chorobie lub jej wariant, zaproponowany przez Ann Cvetkovich z Uniwersytetu Austin w Teksasie książką „Depression. Public Feeling”. Nie chodzi o tereny położone poniżej poziomu morza, ani o porę roku. Rzecz w odczuciach, które podzielamy z grupą współobywateli w związku z tym, co dzieje się lokalnie, państwowo i globalnie, a także w relacji do wydarzeń prezentowanych w mediach, także społecznościowych.

Ann Cvetkovich prowadziła w 2001 r. badania nad emocjami. 11 września przyniósł niepowtarzalną okazję do zaobserwowania wpływu polityki na emocje, zwłaszcza zaś na obniżenie nastroju aż do zapaści woli. Depresja może wynikać z rozpaczy politycznej – pisze Boruszkowska, streszczając wnioski Cvetkovich. Czy mogłabym nie wziąć tego zdania jako komentarza do tego, co odczuwam niemal codziennie, co uznaję za wykwit niezależnych od chemii mózgu czynników?

Miałam ostatnio kilka momentów zawieszenia, w których czułam smutek, chęć odmowy udziału. Np. wówczas, gdy na mój uniwersytet wpłynęło pismo od Fundacji Życie i Rodzina, domagające się zestawienia listy osób nauczających gender. Parę dni później, gdy przypadkowo usłyszałam komentarz do tego faktu, wypowiedziany przez koleżankę z pracy. Jeszcze się nie otrząsnęłam z anomii, a weszłam przypadkiem w spór na temat krytyki literackiej, uświadamiający, że jeśli uratujemy coś przed rynkiem, to i tak dobijemy się nawzajem.

Przypadkiem, bo jeszcze mi się nie zagoiły rany z poprzednich starć, których nawet nie pamiętam, bo mam także amnezję, biorącą się z bezsilności.

Prędkość, z jaką nadciągają kolejne fale negatywnych bodźców, jest dziś o wiele większa niż kiedykolwiek. Stymulują ją wszechobecne media, a o więcej domagamy się sami na Facebooku. Kto ma siłę czatować, tweetować itp., nie ma depresji klinicznej, a jednak właśnie w wirtualnej przestrzeni szaleją wirusy nieprzezwyciężalnego smutku. Powiedzmy zresztą szczerze – jeśli część z nas dołuje, część wchodzi w fazę manii, bo jako całość mamy coś w rodzaju choroby dwubiegunowej.

Ja należę do tej strefy organizmu, która nie może już znieść codziennej porcji wiadomości o polityce państwa, wypadów grup i osób podejmowanych w imię czystości ideologicznej, nieżyczliwości i potrzeby dopadania, osaczania, pokonywania innych. Cvetkovich proponuje, by potraktować taki stan jako rodzaj nowego aktywizmu społecznego, czyli odmowy udawania szczęścia i zadowolenia, czy też przynajmniej przystosowania.

Być może przykre uczucia, które wytwarza w nas kontakt ze światem zewnętrznym, nie wymagają ucieczki czy zamiany w radość kultywowaną na jakiejś kolejnej emigracji wewnętrznej. Taki pomysł bardzo mi odpowiada. Nie jestem w stanie porzucić starych nawyków, nakazujących mi reagowanie na bieżące wydarzenia. Nie odłączę sobie internetu, żeby polepszyć samopoczucie. Nie przesteruję się ku prywatności, bo mam dojmującą pewność, że i tam dochodzi władza polityków. Co wobec tego robić? Pisać dokumenty swego stanu, które byłyby zarazem analizą sytuacji zewnętrznej. Nie uciekać od języka emocji, ponieważ właśnie w nich najsilniej odciska się nasza sytuacja. Nie odpływać, nie odlatywać. Nie zapominać przy tym, że uczestniczymy w otwartym eksperymencie, którego dysponentami są politycy, media, narzędzia komunikacji. Nikt nie ma dostępu do pełnego zakresu zdarzeń i naszych odczuć, ale też nic nie pozostaje neutralne.

Ten felieton jest moją wprawką w autopatografię. Trzeba spisywać ten czas i tak go wykorzystywać. Nie dać się przygnębieniu. Pisać, rozumieć, czerpać z tego satysfakcję. Przetrwać bez leków i nie szkodząc innym. Nie wiem, czy dam radę, ponieważ każdy dzień przynosi paraliżującą dawkę złych wiadomości. Przynajmniej spróbuję. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 11/2017