"Dawna świetność" i demokracja

Jakiś czas temu w Warszawie przedmiotem sporu między władzami miasta i dzielnicy a środowiskami kombatanckimi stało się zasłonięcie przez ekrany dźwiękochłonne pomnika wzniesionego przy Trasie AK. Pomnik, poświęcony "Obrońcom Ojczyzny, dopełnia, a może przede wszystkim przypomina nazwę trasy (potocznie nazywanej Toruńską).
Czyta się kilka minut
fot. M. Poprzęcka /
fot. M. Poprzęcka /

Na skutek skarg mieszkańców Trasa, pełniąca częściowo funkcje obwodnicy miasta i bardzo uciążliwa, jest stopniowo obudowywana wyciszającymi ekranami. Ekrany wszakże zasłaniają pomnik, co budzi protesty dawnych akowców. Fakt, że mamy do czynienia z pomnikiem, a nie z samym tylko "obiektem artystycznym", tylko sprawę komplikuje, bo nasyca emocjami. Mieszkańcy żądają ekranów. Kombatanci przeciwko nim protestują. Obie strony powołują się na swoje prawa i obie mają swoje racje.

Sytuacja zatem obrazuje "konflikt w łonie demokracji". Konflikt wskazujący, że przestrzeń czy sfera publiczna - będąca od lat przedmiotem wysoce zideologizowanych i zantagonizowanych dyskusji - nie jest jednolita, ale przeciwnie, jest polem niezliczonych, często sprzecznych interesów. Za sprawą obecności architektury i sztuki w przestrzeni publicznej kwestie artystyczne znalazły się w rozległym obszarze debat dotyczących samej demokracji.

Claude Lefort, jeden z rzeczników "nowej teorii demokracji", wskazuje, że sedno demokracji ma charakter kłopotliwy. Władza pochodzi od ludzi, ale do nikogo nie należy. Demokracja obala zewnętrzne ukonstytuowanie władzy, wiążąc ją ze społeczeństwem samym. Przestrzeń publiczna jest pochodną demokracji. Jednakże wedle Leforta ("The Question of Democracy", w "Democracy and Political Theory", Minneapolis 1988) przestrzeń publiczna jest przestrzenią społeczną, gdzie wobec braku fundamentów, owych własnych podstaw demokracji, jedność społeczna i znaczenia społeczne są wciąż negocjowane - jednocześnie ustanawiane i wystawiane na ryzyko zakwestionowania. Każda debata na temat prawomocności odwołuje się do deklaracji praw, które w demokracji pozbawione są bezwarunkowych, absolutnych źródeł. Istota praw demokratycznych wynika bowiem z deklaracji, a nie z prostego posiadania. Stąd właśnie w sporach, które rodzi przestrzeń publiczna czy sztuka w niej powstająca, antagoniści mogą powoływać się na te same prawa - deklarowane prawa człowieka, które rozciągają się na wszystkich ludzi. Lecz ci są różni. Traktowanie sfery i sztuki publicznej jako obszarów uniwersalnych, usytuowanych ponad konfliktową rzeczywistością zatomizowanych jednostek, czysto prywatnych zróżnicowań i partykularnych interesów, jest iluzją, jeśli nie hipokryzją.

Konflikty, jakie rodzi sztuka w przestrzeni publicznej, są zatem częścią konfliktów, jakich obszarem jest ta przestrzeń. Przestrzeń publiczna to przede wszystkim przestrzeń miejska. Jej przekształcenia uznawane są za korzystne, gdy usprawiedliwia się je oparciem na absolutnych fundamentach, takich jak ponadczasowe potrzeby ludzkie, organiczny kształt i organiczna ewolucja miast, nieunikniony rozwój technologiczny, potrzeby modernizacyjne, naturalny układ społeczny lub wartości moralne i estetyczne. Zmiany dokonywane w imię "poprawy jakości życia miejskiego" zakładają istnienie uniwersalnego mieszkańca miasta, który jest utożsamiany z "ogółem". Zwłaszcza programy rewitalizacji zabytkowej przestrzeni miejskiej, dokonywane w imię zachowania ciągłości historycznej, tradycji kulturowej, upiększania miasta, podnoszenia jego estetycznej i komercyjnej również atrakcyjności itp., odwołują się zazwyczaj do poczucia społecznej jedności fundowanego czy to na tradycji, czy na innych czynnikach kształtujących tożsamość.

Daleko nam do sytuacji amerykańskiej (głównego ośrodka debaty dotyczącej przestrzeni publicznej), gdzie ze strony lewicowej krytyki mnożą się zarzuty o "przywłaszczanie" przez szeroko pojęty biznes przestrzeni publicznej, jej "konserwatywną depolityzację" czy nawet "deseksualizację" (jak w przypadku projektu przekształcenia przez korporację Disney Development Corp. nowojorskiego Times Square, dzielnicy sex--shopów, na centrum rodzinnej rozrywki). Jednakże dzisiejsza Warszawa pokazuje dobitnie, jak konfliktowy charakter mają działania w przestrzeni miejskiej dokonywane właśnie w imię niewątpliwych skądinąd potrzeb modernizacji, urbanizacji czy po prostu porządkowania miasta. Ulica Jana Pawła II, miejsce najbardziej może intensywnych i prestiżowych warszawskich inwestycji, to zarazem obraz dramatycznego starcia cywilizacji i sprzeczności społecznych interesów. W okolicy Hali Mirowskiej, tradycyjnego od XIX wieku miejsca targowego, jezdnia dzieli dwa światy: granitowo-szklanych biurowców, banków, hoteli, luksusowych sklepów i chaotycznego, smrodliwego targowiska, gdzie walczy o przetrwanie wciąż ścieśniany i spychany ludzki żywioł, żywioł handlu naręcznego, chodnikowego, nielegalnego, pewno i kryminogennego, ale znajdującego obrońców, a przede wszystkim ubogich odbiorców wypełniających każdy skrawek kurczącej się wciąż przestrzeni. Opozycje można mnożyć: tam prawdziwy biznes - tu groszowy handelek; tam elegancja - tu tandeta; tam czysto - tu brudno, ale także: tam drogo, a tu tanio.

Nie trzeba lewicowej poprawności politycznej (w wydaniu amerykańskim), wystarczy zwykła społeczna wrażliwość, aby widzieć, że skądinąd nieuchronne procesy modernizacyjne i rewitalizacyjne, przekształcające przestrzeń publiczną, niosące liczne i niekwestionowane korzyści ekonomiczne i kulturowe, odbywają się zwykle kosztem grup słabych, wykluczanych z obszarów o "podwyższonym standardzie". Typowym przykładem jest, znana z wielu krajów, całkowita zmiana społecznego oblicza rewitalizowanych dzielnic zabytkowych, które okazują się za drogie dla dawnych mieszkańców. Mowa o "dobru ogółu" czy "wspólnocie" może być tylko sloganem. Nie tylko straganiarz, menel, bezdomny czy narkoman, ale także ludzie ubodzy to intruzi w dobrze zagospodarowanej miejskiej przestrzeni publicznej - wszystko jedno, czy będą to reprezentacyjne centra, zmuzealizowane "starówki", czy "dobre" dzielnice mieszkaniowe.

Stąd żywy w projektach przekształcania sfery publicznej "nurt miejskiej nostalgii", który przenika marzenie o odzyskaniu społecznej pełni i jedności, wytłumiających pluralizm i niesione przezeń konflikty. Przywołuje się ideały historyczne: antyczne forum, włoską renesansową piazzę, miejsca zgromadzeń wspólnoty w pierwszych miastach amerykańskich, które widziane są zarazem jako modele życia obywatelskiego i ideały publiczności artystycznej. Stawia się postulat powrotu do "znajomej przestrzeni tradycyjnych miast, ulic, skwerów, podwórek i parków". "Co się stało z publicznym placem?" - to pytanie szczególnie dramatycznie brzmi w Warszawie, mieście o poszarpanej i nigdy urbanistycznie niescalonej tkance, dziś niepowstrzymanie pogrążającym się w przestrzennym chaosie. Lecz idealny skądinąd publiczny plac, jakim jest Rynek krakowski, również okazuje się obszarem sprzecznych interesów, co objawiło się chociażby w związku z walką z reklamowymi parasolami w kawiarnianych ogródkach, nie mówiąc o banerach, które - zerwane podczas wichury - naruszyły attykę Sukiennic.

W idealizowanej perspektywie przestrzeń publiczna jawi się jako utracony stan pełni, nie tylko estetycznej, ale i społecznej harmonii. Takie nostalgiczne wyobrażenia przyświecają często obrońcom zabytków w ich walce o odtworzenie jakiegoś fragmentu przestrzeni publicznej - dzielnicy, ulicy, placu. Są marzeniami o społecznej zgodzie i jedności. Wyświechtany dziennikarski zwrot o przywracaniu "dawnej świetności", stosowany wobec miejsc, które jako żywo nigdy "świetne" nie były (jak ulica Ząbkowska na warszawskiej Pradze, którą prezentuje się niczym podwórkową balladę o rzezimieszkach i Czarnej Mańce), owo uleganie nostalgicznym złudzeniom dobrze pokazuje. Tymczasem zamiast pogrążać się w nostalgii, trzeba sobie odpowiedzieć na trudne pytanie, czy konflikty, podziały i niestabilność rujnują demokratyczną sferę publiczną, czy też są warunkiem jej istnienia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 32/2006