Reklama

Czytanie książek: pogardą i lamentem nikogo się nie zachęci

Czytanie książek: pogardą i lamentem nikogo się nie zachęci

24.04.2017
Czyta się kilka minut
Raport o stanie czytelnictwa w Polsce nie przynosi żadnych zaskoczeń – od dłuższego czasu jest źle, może chwilowo się nie pogarsza, ale bynajmniej się nie poprawia.
Biblioteka Publiczna w Niepołomicach, marzec 2017 r. Fot. Michał Okoński
T

Takie smutne constans. I jak zawsze po publikacji raportu media przypominają sobie o książkach wyłącznie po to, by rozpocząć rytualny lament i załamywać ręce nad narodem, którego nie ciągnie do lektury. Po kilku dniach wszystko wraca do normy, czyli znów robi się ciszej nad tą trumną i o książkach się nie mówi prawie wcale. Aż do następnego roku. 63 proc. rodaków nie miało w ubiegłym roku ani jednej książki w ręce. Ulubionym pisarzem tych, co czytają, jest Henryk Sienkiewicz. Ludzie na wysokich stanowiskach nie podnoszą kwalifikacji poprzez lekturę książek ze swoich dziedzin. Jeśli już ktoś w ogóle czyta, to raczej kobiety. One stanowią większość w grupie osób sięgających po lekturę, one kupują książki, one korzystają z bibliotek. Wyraźnie tracimy dla czytelnictwa chłopców, widać, że nie poddają się procesowi socjalizacji do czytania tak jak dziewczynki. Wśród powodów, dla których nie sięgamy po książki, podawany jest przede wszystkim brak czasu i ochoty. Wolimy po prostu robić coś innego. Wielu ludzi zajmujących się rynkiem wydawniczym źródła problemu upatruje w rozwoju nowych technologii, które pożerają nam czas. Poza tym w wychowywaniu kolejnych pokoleń czytelników-pasjonatów na pewno nie pomaga szkoła, która zmusza do czytania, czyniąc z niego często kolejny przykry obowiązek. Ja jednak chętnie dorzucę kamyk do własnego ogródka i napiszę, że programy promocji czytelnictwa to niemal zawsze przekonywanie przekonanych, a nad samą czynnością czytania unosi się subtelny wyższościowy smrodek. „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”, „Nie jestem statystycznym Polakiem – czytam książki” – oto dwa pierwsze z brzegu hasła z sieci, które doskonale oddają częste podejście do tematu promocji literatury. My, czytający, czujemy się lepsi od was – tych, co nie czytacie – i damy wam to odczuć, a jeśli już poczujecie się wystarczająco gorsi, może zapragniecie dołączyć do naszego znakomitego grona.

Nie tędy droga. Taka postawa aż się prosi o to, by zrobić dokładnie wbrew, wzruszyć ramionami i powrócić do grania na konsoli/łowienia ryb/wklejania kotków na fejsie/jakiejkolwiek innej formy spędzania wolnego czasu. Może to daleko idąca analogia, ale lubię w kontekście nieczytania przywoływać przykład innej czynności, która z dość wzgardzonej w ciągu kilku lat stała się bardzo atrakcyjna, czyli gotowania. Z etapu smętnego stania nad garami przeszliśmy do szaleństwa na punkcie jedzenia, kucharzy, diet. Czy jest szansa na to, by i czytanie zyskało lepszy PR w narodzie? W raporcie autorzy wskazują na rolę otoczenia w procesie socjalizacji do czytania. Przykład kogoś, kogo podziwiamy, jest kluczowy. Czyż więc nie byłoby wspaniale, gdyby na przykład idol młodzieży, zwłaszcza męskiej, Robert Lewandowski, zechciał od czasu do czasu pokazać się z książką?

Nie dodając jednak przy okazji, że nie jest statystycznym Polakiem i że czuje się dużo lepszy od tych, którzy dziś niczego nie przeczytali. ©

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Ja bym dodał do tego jeszcze, że to biadolenie nie uwzględnia faktu, że ludzie coraz częściej nie czytają papierowych książek, bo czytają ebooki i - co częstsze - teksty dostępne online. W wielu dziedzinach podnoszenie kompetencji poprzez lekturę książek po prostu nie ma sensu, gdyż zmiany następują zbyt szybko i książki tracą błyskawicznie aktualność. Ja sam, zajmując się marketingiem, mediami społecznościowymi oraz technologiami czytam mnóstwo artykułów, tekstów blogowych, itp. Za to książek z tej dziedziny nie czytam, bo w chwili publikacji na ogół już są nieaktualne.

Zgadzam się. Czy statystki uwzględniają słuchanie? https://librivox.org/ W 2016 przesłuchałem 32 książki, ale nie przeczytałem żadnej papierowej - czy zaliczam się do tych 63% ?

Biblioteka Narodowa jak najbardziej uwzględnia e-booki i audiobooki. "7% respondentów w 2016 roku przynajmniej raz czytało e-booka, tyle samo słuchało audiobooka, a mniej więcej połowa z nich wymieniła wyłącznie książki, które albo odsłuchano, albo przeczytano w formie cyfrowej. Około 3% co najmniej piętnastoletnich Polaków uczestniczy w kulturze książki bez pośrednictwa druku (por. rozdział 4)." Polecam lekturę całego raportu, jest bardzo przystępnie napisany, a dzięki temu zaniżą Panowie ten 64% odsetek ludzi, którzy nie przeczytali w tym roku tekstu dłuższego niż trzy strony.

Jako maczo muszę na jedną rzecz zwrócić uwagę w Pani felietonie: to prawda, że dziewczynki czytają więcej. Powiedzmy raczej, że kobiety bo "dziewczynki" brzmi tu słabo. Niestety, miałem okazję się przekonać wielokrotnie, że w tym przypadku ilość nie przechodzi w jakość. Czytanie szwedzkich kryminałów, horrów wampirycznych, czy historii o duchowo-erotycznych rozterkach nie robi wielkiej różnicy. Co prawda: daje to jakąś nadzieję (jak ktoś czyta to może sięgnie po coś wartościowego) ale nie czyni od razu lepszym. Niestety...

Zaglądam czasem do biblioteki w moim miasteczku. Zawsze wtedy przeglądam stosy książek oddawanych, tych najbardziej 'chodliwych'. Zgroza człowieka ogarnia. Zdecydowana większość z nich to miałkie, bezwartościowe czytadła i romansidła. I to one i ich czytelnicy pompują tę i tak już fatalną statystykę. A w szkołach idiotyczne programy zmuszają potulnych belfrów do przerabiania na lekcjach języka polskiego przydawek przymiotnych i im podobnych bzdetów.

Myślę, że pokazanie się znanej osoby z książką pod pachą, to za mało. Jakby taka osoba opowiedziała o książce, która ją ostatnio poruszyła/pochłonęła/zainspirowała, to byłaby szansa, że dzieciaki i inni fani chcieliby dzielić te same emocje ze swoim idolem. Tyle, że to byłaby juz reklama, a na to żadna gwiazda pozwolić sobie nie może... Argumenty ZA czytaniem są mało przekonywujące - "czytanie rozwija wyobraźnię, uwrażliwia, poszerza horyzonty", a rzadko można spotkać argument (mówię o młodym pokoleniu, np. dzieciach motywowanych przez swoich rodziców/nauczycieli), że książki są po prostu ciekawe, a czytanie jest zwyczajnie fajne! Zobrazuję to własnym przykładem: podczas spotkania ze znajomymi opowiadaliśmy (z moimi dziećmi), że przeczytaliśmy ostatnio świetną książkę i tutaj padło kilka słów o niej, a każdy z nas na co innego zwrócił uwagę. Po miesiącu wszyscy z naszych znajomych też byli po lekturze tej książki :)

W dzieciństwie uznałem, że skoro jako lektury wybiera się "perełki" to reszta książek nie jest warta papieru, na który je wydrukowano. Dopiero po szkole (gdzieś na drugim roku studiów) zrozumiałem, że Konopnicka i Mickiewicz nie dorastają do pięt autorom takim jak np. T.Pratchett, czy I.Asimov

Sparafrazujmy «starą dobrą» chińską metodę… z tym że, niech będzie to jeden telewizor/komputer na sto (100) osób. Dodatkowo w ramach oszczędności energii elektrycznej, czasowe wyłączenie zasilania + zasobna biblioteka w okolicy, a następne pokolenia (w przerwie na kawę) ze śpiewem na ustach będą cytowały "Drogę do rzeczywistości" Rogera Penrose.

Gdyby biblioteki wyglądały jak ta ze zdjęcia - trzeba byłoby robić zapisy jak do lekarzy, bo zamiast do lokali z kulkami rodzice podczas każdej brzydkiej pogody pchaliby się do tego rewelacyjnego przybytku - jeszcze gdyby jakaś miła pani poczytała dzieciakom dając rodzicom czas na przerzucenie aktualnej gazetki (może nawet przy kawie... -rozmarzyłam się) Widzieliście kiedykolwiek taką bibliotekę czy raczej typ "fast -book" - czyli wybierz książkę i wypad z lokalu - często umeblowanego jeszcze w PRL-u i permanentnie niedoinwestowanego (chociaż akurat bajek nie brakuje). A teraz "dobra zmiana" chce jeszcze wyrzucić bibliotekarzy szkolnych z subwencji oświatowej - wiadomo czym to się skończy. TYmczasem maluchy łatwo przekonać do czytania tylko trzeba by zechcieć.

to nie tyle miłośnicy książek, co zeloci ideologii czytelnictwa. Nie dość im, że książka jest dzisiaj dostępna jak nigdy w historii, wręcz stresująco, bo życie jest za krótkie, żeby przeczytać wszystko, na co miałbym ochotę i do czego mam dostęp w każdej nieomal chwili. Im smak lektury psują nieczytający i chcieliby tych ostatnich do czytania skłonić - choćby podstępem - albo wręcz przymusić i to nie tylko przemocą psychiczną (zawstydzanie i poniżanie) ale fizyczną. Internauta o nicku Paweł dobrze to wyszydził "proponując" chińskie metody, bo przecież nie jest Pan kretynem, panie Pawle, nie jest Pan, prawda? Ba! Solą w oku są im nawet czytający, ale nie to, co "trzeba". Weźcie się ogarnijcie i kupcie se jakąś książkę na uspokojenie nerwów. Tego co jest starczy na tysiąc żywotów, a co roku wydaje się 800000 NOWYCH tytułów. W samej Polsce ponad 30000. Bez mała jeden na tysiąc mieszkańców (tyle co średnia europejska). Czyli nie tylko czytelnictwo, ale i piśmiennictwo osiągnęło w dzisiejszych czasach poziom przesycenia.

Chyba już zrezygnowano z modelu "jedna lektura większych rozmiarów miesięcznie", bo z różnych względów jest on nieefektywny. Przeczytanie, a właściwie przerobienie (na papkę) 40 "kanonicznych" książek w ciągu 4 lat nauki w liceum już dawniej było wyzwaniem, a teraz, kiedy młodzież musi (naprawdę) opanować przynajmniej angielski, żeby zdać maturę - wręcz zadaniem beznadziejnym. Z drugiej strony ów kanon to jest wspólny kod kulturowy, dzięki któremu jesteśmy w stanie się porozumieć w sprawach bardziej złożonych niż menu na dzisiejszy obiad. Na szczęście system zwany kulturą jakoś sobie z tym radzi. Czytanie natomiast jest dla części populacji czynnością spontaniczną i samonagradzającą, i ci ludzie będą czytać w młodzieńczym wieku co najmniej 10 książek miesięcznie, tyle że może faktycznie nie Konopnicką czy Mickiewicza, ale właśnie coś w stylu Pratchetta. Nie posuwałbym się jadnak aż do zaakceptowania bardzo dawnej propozycji prof. Sławińskiego, żeby Pratchettem i Niziurskim ZASTĄPIĆ autorów zwanych nie bez kozery klasykami. Kwestie prywatnych rankingów pomijam - każdy ma prawo do własnych upodobań. Gdzieś tam, w pewnym momencie zaczyna się dopełniać (cytuję): "utopia Borgesa o Literaturze ulegającej stałej transfuzji (czy ustawicznej perfuzji transtekstualnej), o literaturze świadomej siebie w swej całości jako Całość, której autorzy stanowią jedność i której wszystkie książki tworzą jedną i nieskończoną Księgę". Ustawiczny obieg tekstów "bez którego literatura byłaby niewarta jednej godziny trudu. I to byłoby jeszcze za wiele..." Pozdrawiam wszystkich.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Wojciech Bonowicz, Piotr Matywiecki, Marian Stala, Dariusz Sośnicki, Andrzej Franaszek
Jan Błoński, Marek Edelman, Czesław Miłosz, Jerzy Turowicz, Joanna Gromek-Illg
Stanisław Mancewicz, Jacek Purchla

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]