Film „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego. Popisowa rola Sandry Hüller

Aktorka Sandra Hüller napełnia życiem misternie wypreparowaną filmową tkankę „Ojczyzny”. Równocześnie bagaż jej wcześniejszych ról w ciekawy sposób nakłada się na postać Eriki Mann.
Czyta się kilka minut
Sandra Huller w filmie „Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, dystr. Kino Świat // Fot. Agata Grzybowska / materiały prasowe
Sandra Huller w filmie „Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, dystr. Kino Świat // Fot. Agata Grzybowska / materiały prasowe

Bez niej nowy film Pawła Pawlikowskiego byłby trochę innym kinem. Na pewno jeszcze chłodniejszym w tonie, bardziej zastygłym w politycznych dyskursach, etycznych dylematach i wystudiowanych kadrach. I nie chodzi tylko o samą Erikę Mann. Scenarzysta i reżyser celowo wyprawił twórcę „Czarodziejskiej góry” w samochodową podróż przez świeżo podzielone Niemcy nie w towarzystwie jego żony Katii, jak miało to miejsce faktycznie, ale z ich najstarszą córką. 

Czyli aktorką, pisarką, antyhitlerowską aktywistką, osobą wielce przenikliwą i wrażliwą. Jej postać stanowi rodzaj wyostrzonego zwierciadła dla ojcowskich asekuracji i wahań, a zarazem głęboko ukryty rozsadnik emocjonalny dla jego spokoju w obliczu rodzinnej tragedii. 

Jednakże to aktorka Sandra Hüller napełnia życiem misternie wypreparowaną filmową tkankę. Równocześnie bagaż jej wcześniejszych charakterystycznych ról w ciekawy sposób nakłada się na tę szkicowo napisaną i powściągliwie zagraną postać. 

Film o ojczyźnie bez ojców

„Jesteśmy nikim” – mówi przez telefon Klaus Mann (August Diehl) i wkrótce po tej rozmowie przedawkowuje środki nasenne. Dla Eriki te słowa będą się nieść przez resztę wyprawy podwójnym echem: jako wyraz ostatecznej desperacji bliskiego jej człowieka i jako najkrótszy opis niemieckiej kondycji z lata 1949 r. Kraju rozdartego „między Stalinem a Myszką Miki”, w którym celebrowanie rocznicy urodzin Goethego i odbieranie literackich nagród ma oznaczać – przynajmniej dla Tomasza Manna – wyższość rodzimej kultury nad politycznymi podziałami. 

Ale Wagnera z oczywistych przyczyn już się tu nie grywa, nad czym ubolewają jego potomkowie spotkani przez bohaterów na bankiecie u burmistrza Frankfurtu nad Menem. Będzie tam również były mąż Eriki, skompromitowany nazistowski karierowicz Gustaf Gründgens, i w pełni sobie zasłuży na publiczny „plaskacz”.  

Wiemy, że był też kochankiem Klausa Manna i inspiracją dla jego głośnej powieści „Mefisto”, lecz w filmie to ledwie epizod, w którym, podobnie jak w wątku wagnerowskim, chodzi o tematy bardziej dla nas aktualne – o postawę artysty wobec reżimu czy „unieważnianie” nazwisk używanych przez ten reżim jako soft power

To wszystko, a nawet dużo więcej udaje się zgęścić Pawlikowskiemu w niewielkiej metrażowo, acz pojemnej znaczeniowo historii, jakkolwiek wiele z tych wątków, wziętych po części z biograficznej powieści „Czarodziej” Colma Tóibína, aż się prosi o rozwinięcie.

Oglądamy film złożony z wycyzelowanych szczegółów i wielkich uogólnień. Przede wszystkim odtwarza na ekranie ojczyznę bez ojców – zniszczoną, podzieloną i moralnie wydrążoną, która swą wysoką kulturę, zarówno po zachodniej, jak i wschodniej stronie żelaznej kurtyny, próbuje traktować niczym listek figowy. 

Dla niemieckiego noblisty, który zdążył dorobić się u jednych miana zdrajcy, a u innych „czerwonego sługusa” (w 1933 r. wyemigrował z nazistowskich Niemiec i osiadł w USA, gdzie także był napiętnowany), jego pierwsza od lat wizyta w ojczystym kraju okazuje się tęskną wyprawą w poszukiwaniu nowych Niemiec, odrodzonej Europy, lepszego świata. 

Tyle że na każdym kroku powojenna rzeczywistość każe zakwestionować ów początek. Głównym zaś medium tej historii okazuje się nie on, zagrany dostojnie przez Hannsa Zischlera wielki pisarz, a właśnie jego córka, która z rosnącym rozczarowaniem przygląda się nowym porządkom. 

Tomasz Mann, artysta bezdomny

Sandra Hüller wie, jak „uczłowieczać” swoje nie zawsze sympatyczne, niełatwe do rozgryzienia postacie. Tak się składa, że u początków jej międzynarodowych sukcesów również była trudna rola córki – w niemieckiej komedii „Toni Erdmann” sprzed dekady. 

Urodzona w NRD aktorka dała tam popis czegoś, co rychło stało się jej znakiem rozpoznawczym – modelowej wręcz beznamiętności i dystansu, pod którymi kotłują się emocje. I choć ich gwałtowny wyrzut pozostawał tylko kwestią czasu, to najbardziej fascynujące było obserwowanie właśnie tego procesu, kiedy zapięta na ostatni guzik korporacyjna sztywniara usiłowała okiełznać niesfornego ojca, a tak naprawdę rozpaczliwie kontroluje samą siebie. Aż po sławetną scenę ze spontanicznym karaoke.

W „Strefie interesów” widzieliśmy w bohaterce Hüller wzorową żonę nazisty, aczkolwiek wgryzają się w pamięć także sceny z nią jako córką. W jednej z nich prezentuje przyjeżdżającej z wizytą matce swoje idealne gniazdko, uwite tuż pod murami Auschwitz, i chwali się społecznym awansem. 

Oto wierna córa swego narodu funkcjonująca na maksymalnym znieczuleniu czy wyparciu, najdoskonalsze wcielenie „banalności zła”. Dlatego nie sposób zapomnieć o tej mocarnej roli z przeciwległego ideologicznie bieguna, gdy ogląda się teraz „Ojczyznę”. Bycie córką oznacza tutaj wzięcie moralnej odpowiedzialności i za swój kraj, i za własnego ojca, który unika politycznych konfrontacji i najchętniej zamknąłby się w „zamku ze słów”. 

Bohaterka „Ojczyzny” nie jest tym razem uśpionym wulkanem emocji. Nie potrafi do końca ukryć swojej żałoby, a wewnętrzne napięcie oznacza w tym przypadku czujność i przytomność. Jak w scenach, kiedy Erika reaguje ostro na nocne pijackie śpiewy o wyraźnie nazistowskim zabarwieniu, albo gdy dowiaduje się, czym jest komunistyczny terror zagłuszany rosyjskimi czastuszkami, co jej ojciec wolałby dyplomatycznie zignorować. 

No i gdzie tak naprawdę znajduje się teraz ich dom? – stawia pytanie Pawlikowski, zwracając uwagę na wieczną bezdomność artysty, który z politycznych względów zdecydował się na emigrację. Filmowy Tomasz Mann odnajdzie ten dom w sztuce, na przykład w muzyce Bacha wysłuchanej przypadkiem w zrujnowanej świątyni. Niespokojna Erika raczej nie zadomowi się w niej na długo. 

Oglądając „Ojczyznę” można by pomyśleć, że tym domem dla Pawła Pawlikowskiego, też zresztą powróconego emigranta, ciągle jest świątynia kina. Szlachetność czarno-białych zdjęć Łukasza Żala przywołuje klimaty z „Tam, gdzie rosną poziomki” Bergmana czy „Popiołu i diamentu” Wajdy (nawet nazwy hoteli są podobne), a Joanna Kulig w roli szansonistki zdaje się żywcem wyjęta z „Zimnej wojny”.

Tym bardziej na tym wysokoartystycznym tle wybija się Sandra Hüller – zwyczajna i jednocześnie skupiająca na sobie całą uwagę kamery. Z tego powodu tytuł filmu mógłby równie dobrze brzmieć „Córczyzna”, wypożyczając ten piękny neologizm ze współczesnej literatury polskiej.  

Ktoś powie, że nowy film Pawlikowskiego jest kolejnym podzwonnym dla kultury, która w obliczu wielkiego barbarzyństwa nie ma żadnych szans, by ocalić świat. Ktoś inny zobaczy w „Ojczyźnie” jedynie popis znanej już skądinąd kaligrafii. Uszlachetniony minimalizm można uznać równie dobrze za artystyczny unik, co za oddanie widzowi możliwie szerokiej przestrzeni dla znajdywania nowych sensów. 

Potrzeba jednak dobrej woli i zdolności łączenia kropek, ażeby zobaczyć w ekranowym świecie naszą rzeczywistość, też poniekąd rozdartą „między Stalinem a Myszką Miki”. Stąd pytanie, na ile wysublimowany język Pawlikowskiego będzie czytelny dla widza, któremu nic nie mówi nazwisko Mann czy tytuł „Śmierć w Wenecji”, a przeszłość nie dostarcza żadnych lekcji. 

Erika w interpretacji Sandry Hüller z pewnością ten film lepiej ukorzenia i pozwala zobaczyć bez złudzeń dawne utopie, nierozliczone winy, pułapki politycznej neutralności. I nie przypadkiem to Erika wykonuje w filmie ludzkie gesty, jak w mało znaczącej scenie, gdy goli ojca przed jego oficjalnym wystąpieniem. Poszukiwanie emocjonalnej drogi do oschłego rodzica okaże się ważniejsze niż przekonanie go do własnych racji. Być może – sugeruje nam film „Ojczyzna” – już tylko takie drobne gesty mogą nas uratować. 

OJCZYZNA („Fatherland”) – reż. Paweł Pawlikowski. Prod. Francja/Niemcy/Polska/Włochy 2026. Dystryb. Kino Świat. W kinach od 19 czerwca. 

Paweł Pawlikowski zaczynał w Wielkiej Brytanii od telewizyjnych dokumentów. Po filmach fabularnych „Ostatnie wyjście” (2000), „Lato miłości” (2004) i „Kobieta z Piątej Dzielnicy” (2011) zaczął pracować w Polsce. Za „Idę” (2013) otrzymał Oscara, a za „Zimną wojnę” (2018) trzy nominacje i nagrodę za reżyserię w Cannes. To ostatnie wyróżnienie otrzymał także za „Ojczyznę”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Córczyzna