Reklama

Czytaj, za wszelką cenę!

Czytaj, za wszelką cenę!

20.03.2017
Czyta się kilka minut
Polacy nie chcą czytać książek, ale przynajmniej ostatnio sporo o nich mówią. Powodem jest projekt ustawy, według którego wydawcy i importerzy mieliby obowiązek ustalania jednolitej ceny książek wprowadzanych do sprzedaży.
P

Przygotowała go Polska Izba Książki. Projekt miałaby obowiązywać przez rok. Regulacja, o której dyskutuje się mniej więcej od dekady, ma zahamować spadek czytelnictwa – i z tak sformułowanym celem trudno się nie zgodzić. Wczorajsze bestsellery w koszach supermarketów obok przecenionych dżemów i klapek z plastiku, nowości kuszące kilkunastoprocentowym rabatem i księgarnie traktowane jako salony wystawiennicze, w których po przejrzeniu „towaru” podejmuje się decyzję o zakupie u internetowej konkurencji – to wszystko sprawia, że nawet przeciwnicy proponowanych rozwiązań nie wysuwają już ultraliberalnych argumentów w rodzaju: wyższa cena równa się dodatkowemu ubytkowi czytających. Przekonanie, że polski rynek książki przypomina ciężko chorego, któremu może pomóc tylko jakaś terapia wstrząsowa, zdają się już podzielać wszyscy, jednak znając powiedzenie o szlachetnych intencjach i wybrukowanym nimi piekle, warto uważniej przyjrzeć się projektowi PIK.

Po jego wejściu w życie największym wygranym powinien stać się niezależny księgarz, przedstawiciel ginącego w naszym kraju gatunku (1800 takich placówek wobec ponad 4 tys. jeszcze w latach 90.) Nie musząc stawać więcej do nierównej walki z dużym dystrybutorem, mógłby konkurować jakością usług i różnorodnością oferty, zarabiając więcej na marżach. Zyskać finansowo mógłby też wydawca, rezygnując z niepotrzebnego już manewru, jakim jest pompowanie ceny okładkowej, by zrekompensować sobie zniżki na rzecz pośredników, a większa wolność finansowa powinna go skłonić do inwestowania w ambitniejsze pozycje, stąd korzyść i dla czytelnika, i dla autora.

Sceptycy znający branżowe realia zwracają jednak uwagę, że projekt zmierza do szczytnego celu, nie dostrzegając zupełnie tego, co dzieje się po drodze, a mianowicie marży płaconej przez wydawców dystrybutorom, która uchodzi za gwóźdź do trumny obecnego systemu. Gdyby ograniczenie rabatów stosowanych przez tych ostatnich (propozycja mówi o maksymalnie 5 proc. ustalonej ceny) wzmocnić jeszcze zapisem utrzymującym wysokość marży na określonym pułapie, na przykład 30 proc. poniżej ceny detalicznej, oraz precyzującym dopuszczalne terminy płatności, dopiero wówczas można by mówić o prawdziwym wyrównaniu szans. Mniejsi wydawcy napisali właśnie w tej sprawie do ministra kultury – ich nieufność budzi fakt, że obecna wersja ustawy jest dziełem wielkich sieci, również zrzeszonych w PIK, które trudno podejrzewać o działanie wbrew własnym interesom. Istotnie, zamiast rozwiewać wątpliwości, projekt raczej je mnoży. Czy sami wydawcy nadal będą mogli oferować podczas spotkań autorskich książki w promocyjnej cenie? Po co kolejna instytucja, powołana przez ministra „właściwa do gromadzenia, przetwarzania i udostępniania informacji o jednolitej cenie książki”? Do twórczej interpretacji zachęcają też zapisy o wyjęciu spod reguły książek określanych jako wybrakowane, wydanych w minimalnych nakładach lub „artystycznych”, zaś opcja wcześniejszego upłynnienia niechodliwych tytułów poprzez wycofanie i ponowne wprowadzenie całego nakładu na rynek wydaje się na tyle kosztowna i skomplikowana logistycznie, że może odstraszyć małych wydawców od ryzykownych inwestycji.

Na szczęście jeszcze trwa faza konsultacji, więc pozostaje trzymać kciuki za dociekliwych, by w pośpiechu nie powstał prawny bubel, jakich trochę już od ostatnich wyborów naprodukowano. Inaczej rekomendowana terapia, zamiast poprawić stan chorego, może go położyć na miejscu trupem.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Czytelnictwo rodzi się w domu Rodzinnym, gdzie Mama i Tata czytają oseskowi do poduszki, dyskutują i wymieniają się książkami. Udawanie że dorosłym osobom nagle pojawią się połączenia neuronalne nawykłe do czytania długich tekstów, po tym jak, wprowadzi się "pro czytelnicze" prawo, jest jak wiara owcy w wilka wegetarianina. Tu przydały by się bardziej drastyczne metody, że sparafrazuję pewien Chiński sposób "jeden telewizor w co setnym domu"…

Dokładnie taki (bez)sens ma ostatni akapit artykułu. Chory - słowa pani redaktor! - stan obecny jest nienaruszonym jeszcze spadkiem po ekipach rządzących Polską przed ostatnimi wyborami, a projekt jego zmiany opracowała instytucja formalnie apolityczna, jednak składająca się z ludzi, którzy sympatie polityczne mają. Potrudzi się pani redaktor sprawdzić - jakie? Może jednak lepszy byłby jakiś Misiewicz od kultury? Pomoże, nie pomoże, ale jest szansa, że choćby przez nieudolność nie uda mu się położyć pacjenta trupem tak sprawnie, jak fachowcom.

Co do mnie - kupuję książki, które chcę mieć, nie patrząc, ile kosztują:))))
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Antonia Lloyd-Jones, Krzysztof Cieślik, Grzegorz Krzymianowski
Józef Hen, Aleksandra Dudek, Marek Zając
Szira Geffen, Etgar Keret, Karolina Przewrocka-Aderet

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]