Wydarzenia w Polsce nabrały tempa. Gdyby ktoś jeszcze dwa tygodnie temu powiedział, że nie minie pół miesiąca, a swoje stanowiska stracą wicepremier Grzegorz Schetyna i szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak, to zostałby potraktowany jako pomylony fantasta. Kolejne fakty gonią następne - do oceny szczegółów brakuje wręcz czasu. Poziom niepewności w tej sytuacji przejawia się w liczbie pytań, kierowanych przez dziennikarzy do ekspertów. Pytań, jak to się wszystko skończy, w którą stronę przechyli się opinia publiczna, jak wiele Platforma Obywatelska straci na tej aferze albo czy Donald Tusk pogrzebie swoje szanse wyborcze. Nie mamy żadnych podstaw, by udzielać na te pytania odpowiedzi - sytuacja jest zupełnie nowa.
Lecz na pewno na tej aferze już stracił kraj, i to bynajmniej nie te 500 milionów, które mogłoby przynieść wprowadzenie opłat od hazardu. Stratą nie są jakiekolwiek decyzje, ale towarzysząca im atmosfera.
Akcje i reakcje
Decyzje, jakie podjął premier w sprawie afery hazardowej, są tak radykalne, jak jeszcze nigdy w sprawach podobnego kalibru. Od zdymisjonowania wicepremiera, szefa MSWiA oraz ministra sprawiedliwości (z których jednego nie dotyczyły nagrania ujawnione przez "Rzeczpospolitą", zaś drugi bynajmniej nie jawił się w nich inicjatorem żadnych działań) radykalniejsze mogło być tylko ustąpienie premiera i rozpisanie nowych wyborów. Do tej sprawy można mieć dwa podejścia: jedni twierdzą, że to dobrze, iż premier tak zareagował, chociaż szkoda, że nie od razu, dla innych reakcja premiera nie ma wartości, skoro nastąpiła dopiero wtedy, gdy gazety zdążyły już opublikować sondaże wskazujące oczekiwania opinii publicznej.
Jednak nie radykalizm decyzji jest tym, o czym warto dyskutować - bardziej niepokojące były bowiem argumenty, które przy tej okazji przytaczano. Deklaracje pełnego zaufania do ministra Andrzeja Czumy czy wicepremiera Grzegorza Schetyny w tej sprawie robiły wrażenie, jakby premier jednocześnie chciał zjeść ciastko i mieć ciastko. Chciałby ich odwołać, ale tak, żeby im się nie zrobiło przykro. Może mieć to oczywiście wymiar praktyczny - wkalkulowaną cenę za utrzymanie ich lojalności. Lojalności potrzebnej, by uniknąć ich komentarzy medialnych, które mogłyby - tak jak to miało miejsce w przypadku odwołanego przed pół rokiem Zbigniewa Ćwiąkalskiego - wpisywać się łatwo w argumentację opozycji. Nie wszyscy, których pozbawia się stanowisk, mają na tyle klasy, by zrezygnować z obrony własnego imienia za wszelką cenę, czasami także za cenę prawdy.
Niepokojące były także deklaracje premiera, zapowiadające walkę o zaufanie do Platformy Obywatelskiej. Zaufanie najłatwiej odzyskać bez tego typu hucznych zapowiedzi - powróci ono wtedy, gdy opinia publiczna dojdzie do wniosku, że premierowi naprawdę zależy na uczciwości, nie zaś tylko na tym, by ludzie wierzyli, że panuje ona w kręgach władzy.
Patrząc na piątkowe wystąpienie premiera na krajowym zjeździe PO, wydaje się, że Donald Tusk dalej zachowuje jeden ze swoich głównych atutów, czyli umiejętność uczenia się na błędach. Wystąpienie było zdecydowanie bardziej jednoznaczne - wypowiedzi w sprawie oczyszczenia własnych szeregów i deklaracje w sprawie korupcji brzmiały tu już bez porównania wyraźniej.
Pełna mobilizacja
Jednak największym problemem w całej tej sytuacji jest zastosowanie wojennej retoryki. Prowadzi to do eskalacji konfliktu pomiędzy opozycją a rządzącymi. W ramach tej eskalacji działania szefa CBA Mariusza Kamińskiego są przedstawiane jako jednoznaczne zło i wypowiedzenie wojny premierowi. Eskalacja konfliktu nie jest jednostronna. Konferencja prasowa Mariusza Kamińskiego nie pozostawiła premierowi żadnego pola manewru, jeśli chodzi o sprawę jego odwołania. Po przedstawieniu tak jednoznacznych i tak słabo udokumentowanych zarzutów w stosunku do swojego przełożonego w strukturach władzy, pozostaje w nich miejsce tylko na jednego z nich. W tym sensie całkowicie jednoznaczna obrona Kamińskiego ze strony opozycji budzi takie same wątpliwości, jak jednoznaczny atak premiera na CBA. Przydałoby się w tych wypowiedziach chociaż jedno dobre słowo na temat politycznych przeciwników i choć jedna wątpliwość w sprawie tych, którzy są we własnym obozie.
Warto się wreszcie zastanowić, czy regulacje prawne dotyczące CBA są na pewno dobre. Czy zabezpieczenie jego szefa, w przypadku jednoznacznego ataku na premiera, nie czynią z niego "nadpremiera" - osoby, która stoi całkowicie poza kontrolą ze strony innych instytucji, będąc formalnie w strukturach władzy wykonawczej. Co by się stało, gdyby np. odwołanie ministra Janusza Kaczmarka i szefa CBŚ w 2007 r. było obwarowane takimi samymi zastrzeżeniami, jak to ma miejsce w przypadku Kamińskiego? Czy Jarosław Kaczyński byłby zachwycony, gdyby np. pozbycie się Andrzeja Leppera z rządu nie było jednoznaczną decyzją premiera, ale wymagało zatwierdzenia przez Sejm? Opozycja mogłaby wtedy utrudniać działanie premiera poprzez obronę osoby będącej w strukturach władzy, a z premierem tak otwarcie skonfliktowanej.
Trzeba przyznać, że parlamentarni politycy opozycji trzymają tym razem nerwy na wodzy. Wypowiadają się w tej sprawie powściągliwie - i gdyby nie hipoteka zadawnionych z czasów wcześniejszych rządów emocji, jaką obciążone są Prawo i Sprawiedliwość oraz lewica, ich notowania pewnie poszłyby w górę zdecydowanie szybciej. Wydaje się, że PO chce się odwołać do tej hipoteki i oprzeć swoją strategię na podgrzaniu temperatury sporu. To wcale nie musi okazać się skuteczne, jeśli agresja byłaby tylko po stronie rządzących. Agresywność nie podoba się części wyborców i może kosztować spadek poparcia. Można przypuszczać, iż PO liczy na to, że Jarosław Kaczyński nie wytrzyma długo w przyjętym założeniu powściągliwej reakcji. Tym niemniej założenie względem PO, że sprawa skończy się powtórką z 2007 r., jest wątpliwe. PiS w 2007 r. też liczył na stoczenie takiej samej wojny, do jakiej doszło dwa lata wcześniej. Straszył PO dokładnie w takim stylu, który doprowadził do sukcesu w poprzednich wyborach. To, jak wiadomo, nie przyniosło zamierzonego efektu. Stąd i wątpliwość, czy stara strategia może być skuteczna w nowej sytuacji.
Wyjaśnienia i interpretacje
Komisja śledcza jest pewną nadzieją, chociaż w obliczu takiego konfliktu nie jest nadzieją zbyt wielką. Jarosław Kaczyński, odnosząc się do poparcia premiera dla powołania komisji, nie był w stanie tej decyzji docenić, lecz z góry przyjmował założenie, że PO będzie starała się sparaliżować jej pracę.
Patrząc chłodnym okiem na postępowanie CBA w tej sprawie, równie dobrze można je tłumaczyć radykalną walką z korupcją, bez względu na partyjne barwy, jak celową walką z rządem, bez oglądania się na skuteczność walki z korupcją. To, że każda ze stron upiera się tylko i wyłącznie przy swojej interpretacji postępowania CBA, jest tutaj bardzo znamienne. Za każdą z tych tez można przytoczyć poważne argumenty, a działania, podejmowane przez każdą ze stron, zdają się potwierdzać tezę przeciwników. Premier mówiący o sprawie Chlebowskiego i Drzewieckiego w kontekście wyborów jest równie nieprzekonujący, jak Kamiński, nie tylko ogłaszający swoje sukcesy z niekłamaną satysfakcją, lecz także robiący wszystko, by podkreślić ich polityczną wymowę. Na pewno byłoby lepiej, gdyby te dania były podawane "na zimno".
Wielką ofiarą tej sytuacji jest przekreślanie sensu niebanalnej decyzji, jaką było pozostawienie Mariusza Kamińskiego na stanowisku po wyborach z 2007 r., pomimo obciążenia go wątpliwościami prawnymi przy okazji akcji w Ministerstwie Rolnictwa czy kuriozalnej konferencji prasowej w sprawie posłanki Sawickiej. Konto Kamińskiego obciążają rewelacje prasowe, związane ze sprawą domniemanej willi Kwaśniewskiej czy działalnością najpopularniejszego agenta CBA, który staje się już pośmiewiskiem kultury masowej. Z drugiej strony postawa minister Julii Pitery we wszystkich sprawach, gdy podejrzenia padły na polityków PO, jest daleka od determinacji. I znów - dla jednych działania CBA są jednym wielkim nieporozumieniem, dla drugich - jedyną nadzieją w walce z korupcją na szczytach władzy.
Nieudolność w reagowaniu na nieprawidłowości - te, których można się doszukiwać i w działaniach premiera od sierpnia, i w działaniach szefa CBA - sprowadza się do ignorowania własnych błędów i skupiania się na błędach oponentów. Każde działanie drugiej strony jest interpretowane przede wszystkim jako potwierdzenie swoich najgorszych wyobrażeń o politycznych przeciwnikach i jest usprawiedliwieniem dla własnych decyzji. To mechanizm znany z przebiegu wojen, kiedy to działania uznawane za haniebne są z jednej strony okazją do wyrażenia oburzenia i odsądzenia drugiej strony od czci i wiary, ale też usprawiedliwieniem dla podejmowania własnych działań o takim samym standardzie.
***
Najbardziej przykry jest rozdźwięk pomiędzy radykalnymi decyzjami a interpretacją i argumentami, które im towarzyszą. Warto zatem powiedzieć: to dobrze, że CBA potrafiło odkryć i udokumentować takie działania, jakie towarzyszyły wprowadzeniu nowych opłat w związku z regulacją hazardu. To także dobrze, że premier zwolnił nie tylko osoby, które powinny za to odpowiedzieć, ale również i takie osoby (jak minister Czuma), które miały wątpliwości, czy tak faktycznie powinno być. Te decyzje powinny być docenione, w nadziei, że to właśnie one, a nie wątpliwe argumenty i interpretacje, które im towarzyszą, staną się standardem w polskim życiu publicznym.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















