Reklama

Ładowanie...

Czy rodzice się obudzą

Czy rodzice się obudzą

15.07.2019
Czyta się kilka minut
Rekrutacyjny chaos to drobna część problemu, który przez lata trawić będzie licea.
Kandydaci do VI LO w Bydgoszczy czytają listę. 11 lipca 2019 r. / Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
Kandydaci do VI LO w Bydgoszczy i ich rodzice szukają swoich nazwisk na liście przyjętych. 11 lipca 2019 r. / Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
R

Resortowa wersja rzeczywistości u progu rekrutacji jest prosta jak banalne matematyczne działanie. „Dla 726 751 absolwentów szkół podstawowych i gimnazjów przygotowano 830 234 miejsca w szkołach ponadgimnazjalnych i ponadpodstawowych”, wobec czego „każdy absolwent (...) znajdzie miejsce w szkole średniej” – ogłosił MEN, i trudno podawać te wyliczenia w wątpliwość, podobnie jak trudno polemizować z opinią, że zawsze istnieli rozczarowani uczniowie, którzy lądowali w innej szkole niż ta, którą sobie wymarzyli.

Problem w tym, że – jak zwykle bywa z komunikatami MEN – to tylko starannie dobrana część prawdy. Skala rozczarowania będzie w tym roku większa, i trudno tego naddatku nie wiązać z reformą PiS. Przypomnijmy: jednym ze skutków wprowadzonych zmian jest kumulacja ostatniego rocznika „wygaszonych” gimnazjów, i tego z powiększonych podstawówek. Jaka będzie dokładnie skala tego rozczarowania, trudno dziś powiedzieć. Trwa pierwszy etap rekrutacji. System informatyczny (wyposażony w dane o egzaminacyjnych wynikach uczniów oraz ich deklaracje wyboru wymarzonej szkoły) pokazał, że tysiące zostało bez przydziału – np. w Krakowie to 2,5 tys., a w Gdańsku i Rzeszowie 1,2 tys. (Warszawa, Wrocław czy Katowice miały ogłosić dane już po opublikowaniu tego tekstu). Nie oznacza to, że wszyscy nieprzyjęci zostaną na lodzie. Niektórzy mogą się dostać do szkoły swojego „pierwszego wyboru” (np. gdy miejsce zwolni kandydat, który wybierze placówkę prywatną), inni trafią do liceum, ale nie takiego, do jakiego – jako dobrzy uczniowie – chcieliby się dostać. Znajdą się pewnie i tacy, którzy wylądują – wbrew swojej woli oraz predyspozycjom – np. w szkołach branżowych.


CZYTAJ TAKŻE

Dr hab. MIKOŁAJ HERBST przed strajkiem nauczycieli: Państwo marnuje właśnie kolejną okazję, by określić, kim ma być nauczyciel przyszłości w przyszłej edukacji.


Z medialnych doniesień można by sądzić, że chaos podwójnego rocznika to przejściowe turbulencje, które zostawią za sobą raptem kilka tysięcy lekko poobijanych ofiar (cóż to jest na tle kilkusettysięcznej uczniowskiej masy, cóż w obliczu dziejowej reformatorskiej konieczności...), i że poddana terapii wstrząsowej szkoła wróci za kilka miesięcy w swoje stare koleiny. Nie wróci. Podwójny rocznik to skutki na lata: przepełnione placówki; większe – częściej niż do tej pory przekraczające 30 osób – klasy. Plus to, o czym mówi się rzadziej: polska szkoła to za sprawą reformy dziwaczny twór łączący w sobie dwa – stary i nowy – systemy nie tylko strukturalne, ale i programowe. „We wrześniu za dwa lata dostanę (...) ucznia, który ukończy jakąś edukacyjną hybrydę – mówiła nam w 2017 r. Agnieszka Foryś, polonistka z krakowskiego VII LO, mając na myśli tych, którzy sześć lat uczyli się wedle starych podstaw programowych, a dwa wedle nowych. – Dostajemy kolejny bubel, zmieniający zasady gry »w trakcie meczu« i skutkujący zagubieniem oraz osłabieniem poczucia bezpieczeństwa młodych ludzi”. Dodajmy do tego morale nauczycieli. Owszem, absolwenci gimnazjów i podstawówek pójdą do osobnych klas, ale to na pedagogów spadnie nauczanie w jednej szkole wedle dwóch różnych programów.

A rodzice? Historia uczy, że ta uśpiona w swojej masie grupa budzi się do zbiorowego buntu wtedy, gdy uda się ją przekonać – jak protestującym przeciw wysyłaniu sześciolatków do szkół – iż te wyładowania dotkną do żywego ich dzieci. Strukturalne czy programowe zmiany, pomiatanie nauczycielami czy pogardliwe wypowiedzi wobec samych uczniów (liderka w obu tych konkurencjach, niezawodna krakowska kurator Nowak zdążyła już obarczyć odpowiedzialnością za chaos... absolwentów podstawówek oraz gimnazjów) mogą się jawić jako kolejne odsłony abstrakcyjnych „wojen na górze”, lecz brak miejsca dla dziecka w liceum od 1 września to już konkret. Konkret, który słabemu do tej pory antyreformatorskiemu ruchowi może nadać na jesieni nową dynamikę.                    ©℗


CZYTAJ TAKŻE

Marcin Bruszewski, współzałożyciel platformy edukacyjnej „Zwolnieni z teorii”: Nawet gdy uczniowie chcą działać, przychodzą rodzice i nauczyciele i mówią: „Fajne są te wasze projekty, ale z ich powodu nie wystarczy czasu, by przerobić program”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]