Dwadzieścia osiem metrów kwadratowych liczyło poletko eksperymentalne nieopodal Pawii, obsiane ryżem odpornym na zarazę, która tak bardzo jest powszechna tam, gdzie stanowi on podstawę diety, że zwie się po prostu ryżową. Otóż otoczony wysoką siatką i pilnowany przez kamery spłachetek lombardzkiej ziemi miał posłużyć sprawdzeniu, czy drobna edycja genów dokonana przez badaczy z Mediolanu skutecznie podniesie odporność rośliny. Czyniłoby to zbędnym stosowanie i tak mało wydajnych, za to wielce szkodliwych dla otoczenia fungicydów.
Żaden jednak płot nie zatrzyma magicznego strachu przed „gieemo”. Kołtun pod osłoną nocy zakradł się, rozwalił, wykosił i rozdeptał cały eksperyment. Nie pozostawił przy tym żadnego manifestu czy hasła, zresztą, na czym miałby je nasprejować? Dlatego złośliwcy sugerują, że tłem sabotażu była raczej obawa biznesu eko-bio-organicznego o fatalny wpływ taniej konkurencji na zyski ze sprzedaży certyfikowanej żywności. Ale to tylko nieładne spekulacje odwołujące się do tzw. ludzkiej natury, czyli myślenia wewnętrznie sprzecznego, bo przecież wszystko, co naturalne, musi być piękne i dobre, prawda?
Noszę w sobie żal, że żaden światły uczony ani popularyzator nauki, a więc nikt z ludzi rozumiejących złożony charakter systemu przyrodniczego i naszej w nim roli, nie odżegna się głośno od reakcyjnej wizji rzekomej natury, której człowiekowi nie wolno tknąć palcem (choć ona bez tego palca, a raczej dziesięciu pracowitych palców, nie byłaby tym, czym jest). Nikt nie mówi, że to wstyd dla rozumnego przyrodnika, iż czciciele ezoterycznych bałwanów dzikości tytłają w bełkocie słowa takie jak „ekologia”, „zrównoważenie” czy cokolwiek z przydomkiem „zielony”. Niech ktoś wreszcie odetnie się od radykalnych powrotów do stanu niewinności, od postępowców z lewicą w nazwie, chcących cofać zegary. Cóż, że przy okazji zagłodzi się połowę populacji?
Bez obaw, natura umie kompensować wszystkie tknięcia palcem, wracając do stanu równowagi. Pamiętacie stonkę? Kiedyś się ją zbierało, topiło, a ona i tak wracała. Otóż teraz wytoczyliśmy przeciw niej cuda biotechnologii – czyli „wyciszanie” pewnych genów, tak, żeby larwy umierały, zanim się zamienią w dziesięciopaskowego żuczka. Od tego sezonu da się to osiągnąć realnie w polu, za pomocą łatwego do rozpylenia i względnie taniego oprysku. Czyli ziemniaki już bezpieczne? Ano nie do końca, bo już wiemy, że stonka umie się „nauczyć” nie wchłaniać tego rodzaju wyciszaczy. W laboratorium zajęło jej to jedenaście pokoleń, w polu pewnie nieco więcej, ale to i tak kwestia paru lat. Ona się dostosuje, my coś wymyślimy.
I tak w kółko, o czym myślę, słuchając znajomych winogrodników, którzy z powodu cudownej dla mnie, gorącej końcówki lata muszą sobie radzić nie tylko z przyspieszonymi zbiorami, ale i z głębszymi zaburzeniami rytmów: krzewy im wręcz oszalały, szczepy dojrzewają na różnych siedliskach nie w takiej kolejności jak „zawsze”. Przy czym to „zawsze” w wypadku polskich winnic wynosi co najwyżej paręnaście lat. Więc i zmiana, dostosowanie, reakcja nie musi być aż tak bolesnym procesem. Ale na filozofowanie przyjdzie czas później, teraz głos ma towarzysz Sekator. Znikam między rzędy, a i wy, jeśli macie wolny ranek, rozejrzyjcie się, czy nie trzeba gdzieś pomóc: w winnicy, sadzie czy ogrodzie.
Bakłażan z węgierkami
Stonka żre nie tylko liście ziemniaka, ale i pomidora oraz bakłażana. O pomidorach łatwo pisać pean (autor niedawnego tekstu zazdrośnie nie podał adresów, gdzie warto je kupić – ale ja wam chętnie wszystko zdradzę), pozostanę więc waszym bakłażanowym trubadurem. Połączyłem je ostatnio spontanicznie z także przyspieszoną węgierką i ten mariaż na pewno zachowam w pamięci. Okazał się pyszny.
- 2 małe bakłażany
- 250 g dojrzałych węgierek
- 100 ml białego wina
- oliwa do smażenia
- suszona cytryna lub świeżo otarta skórka cytrynowa
Kroimy bakłażana w centymetrowe plastry, a następnie w kostkę (jeśli jest bardzo gąbczasty, wyrzucamy środek plastrów). Dajemy na patelnię na średnim ogniu, solimy, obsmażamy z każdej strony 5-7 minut, żeby się lekko zrumienił i zaczął mięknąć. Wlewamy wino, odparowujemy, wrzucamy prawie wszystkie połówki śliwek, dusimy odkryte na wolnym ogniu, co jakiś czas mieszając i podlewając ewentualnie wodą, gdyby tej wydzielonej ze śliwek było za mało. Powinno się tak razem dusić z 10 minut, aż bakłażan będzie naprawę miękki. Na wydaniu dodajemy parę połówek surowej śliwki. Ja to przyprawiłem suszoną cytryną, ale wiem, że to rzadka rzecz, równie dobrze można dać tartą skórkę (i ewentualnie pod koniec zakwasić sokiem, całość powinna być kwaskowo-gorzkawa).
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















