Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Czas czystek

Czas czystek

07.12.2011
Czyta się kilka minut
Ofiary stanu wojennego to nie tylko zabici, aresztowani i internowani. To także kilkaset tysięcy ludzi, którzy ucierpieli na skutek różnych form represji. Jak wyglądały społeczne koszty stanu wojennego?
G

Gdy mowa o ofiarach stanu wojennego, najczęściej - prócz zabitych w kopalni Wujek, podczas demonstracji, a także ofiar "nieznanych sprawców" - wymienia się więźniów politycznych, którymi zakłady karne zapełniły się po 13 grudnia 1981 r. obficie. Łącznie w okresie stanu wojennego sądy (powszechne i wojskowe) wymierzyły kary więzienia wobec prawie 3,4 tys. osób. Zdecydowaną większość stanowiły wyroki w wysokości do 3 lat, jednak w kilkudziesięciu sprawach zapadły wyroki nawet 10 lat (najwyższy usłyszała Ewa Kubasiewicz skazana właśnie na 10 lat za udział w strajku okupacyjnym w gdyńskiej Wyższej Szkole Morskiej). Dalej, tysiąc osób pozbawiono praw publicznych. Łącznie sądy wymierzyły różne kary wobec 12 tys. osób, zaś tzw. kolegia do spraw wykroczeń (karzące m.in. za łamanie godziny milicyjnej, udział w demonstracjach) - wobec aż 208 tys. osób.

Ponadto, od 13 grudnia 1981 r. do grudnia 1982 r. prawie 10 tys. osób uwięziono na podstawie decyzji o tzw. internowaniu - wydawanych na niejasnych podstawach i na czas nieokreślony. Wśród internowanych była nadreprezentacja osób z wyższym wykształceniem; stanowili blisko jedną czwartą przetrzymywanych. Warunki w poszczególnych ośrodkach internowania na ogół nie były dobre. W kilku - Wierzchowie Pomorskim, Kwidzynie i Iławie - doszło do pobić dziesiątków internowanych przez służbę więzienną. Niektórzy z nich na trwałe stracili zdrowie.

Dramat dorosłych, trauma dzieci

Po wyjściu na wolność internowani i więźniowie zwykle tracili pracę. Wielu represjonowanych nie mogło znaleźć zatrudnienia nawet przez kilka lat. Zofia Bartoszewska wspomina: "Mój mąż nie mógł wrócić do pracy, ja byłam bez pracy, więc gdyby nas nie zaproszono do Berlina [na stypendium], to bylibyśmy w okropnej sytuacji. Właściwie bez środków do życia". Było to celowe działanie: już w kwietniu 1982 r. SB sugerowała, że można zwolnić Bartoszewskiego z internowania, jeśli tylko przyczyni się to do jego wyjazdu z kraju.

Jak instruowały wewnętrzne wytyczne SB, wobec osób, które z różnych przyczyn nie mogły być internowane - podeszły wiek, stan zdrowia - "należy (...) stosować działania nękająco-represyjne".

Ofiarami stanu wojennego stały się też pośrednio rodziny aresztowanych i internowanych. Po dramatycznych scenach rozgrywających się w nocy z 12 na 13 grudnia, bliscy często tygodniami poszukiwali informacji o losie zatrzymanych. Wiele osób, przywołując w pamięci polskie doświadczenie historyczne, obawiało się najgorszego: że krewnych wywieziono na Syberię lub rozstrzelano.

Od początku stycznia 1982 r. możliwe były widzenia. Jednak rodziny często musiały jechać na spotkanie przez cały kraj, pokonując po drodze przeciwności: konieczność posiadania przepustki na przejazd czy zdobycia benzyny (w stanie wojennym niedostępnej dla prywatnych samochodów). "Po wielogodzinnej podróży, po wielogodzinnym wystawaniu przed więzieniem, bez możliwości skorzystania z wc, z pakunkami w rękach i z dziećmi, oczekiwaliśmy na przepustki i widzenie z najbliższymi. Nie było żadnej gwarancji, że widzenie każdy otrzyma" - wspomina Teresa Kałudzińska.

Członków rodziny uwięzionych często dotykały represje: rewizje, szykany w pracy, groźby. Ponieważ aresztowani nie zarabiali, część rodzin znalazła się w trudnej sytuacji materialnej. Starały się pomagać im kościelne komitety i solidarnościowe podziemie.

Szczególnymi ofiarami były dzieci aresztowanych. Zdarzało się, że esbecy zabierali oboje rodziców. Dzieci - jeśli nie znajdowały opieki u dalszej rodziny - trafiały wtedy do domów dziecka. Za internowanie i aresztowanie rodzica często płaciły traumą. Prowadzone w czasie stanu wojennego badania Marii Braun-Gałkowskiej i Jolanty Giery wykazały, że u takich dzieci występowały: utrata apetytu, poczucie zagrożenia, osłabienie organizmu, koszmary, objawy nerwicowe. "Najbardziej boję się... milicjantów" - brzmiała odpowiedź jednego z dzieci w tzw. teście zdań niedokończonych.

Szczególnym rodzajem "internowania" było wzywanie osób wytypowanych przez SB na szkolenia wojskowe. Pod koniec 1982 r. planowano powołać na nie do sześciuset rezerwistów, a tysiąc wybranych poborowych na 2-letnią służbę. Takie osoby były potem traktowane szczególnie surowo lub trafiały do jednostek, gdzie były katowane do granic wytrzymałości różnymi "ćwiczeniami".

Czystki w szkołach, zakładach, uczelniach

Stan wojenny złamał życie zawodowe tysiącom działaczy Solidarności i szerzej: ludziom uznanym za "elementy antysocjalistyczne". Była to największa czystka przeprowadzona przez władze PRL od słynnego roku 1968 - w odróżnieniu jednak od wydarzeń "pomarcowych", czystki po 13 grudnia są w Polsce mało znane. Podobnie jak fakt, że represje w postaci zwolnień z pracy trwały nie tylko w stanie wojennym, ale przez całe lata 80.

Władze PRL uderzyły szczególnie w elity, a narzędziem czystek stały się tzw. weryfikacje. Specjalnie powołane komisje "negatywnie zweryfikowały" aż 10 proc. środowiska dziennikarskiego. W państwowym koncernie "Prasa-Książka-Ruch" pracę straciło ponad 300 osób; odwołano 60 redaktorów naczelnych; z kolei w Komitecie ds. Radia i Telewizji zwolniono ponad 230 dziennikarzy. Część odchodziła z zakazem pracy w zawodzie.

Do końca 1982 r. stanowiska straciło także 25 sędziów, a "weryfikacja" objęła również prokuratorów i nawet adwokatów. Tym zaś, których władzom z jakichś powodów nie udało się zwolnić, blokowano awanse lub przydzielano bardziej uciążliwe obowiązki.

W oświacie, również w drodze "weryfikacji", za "nieodpowiednie" uznano około 1200 osób. Nauczycieli nękano też karami dyscyplinarnymi. Nagany udzielano nawet za takie "przewinienia" jak "wyeksponowanie w miejscu pracy mapy II Rzeczypospolitej".

Na wyższych uczelniach komisje złożone z przedstawicieli Wojewódzkich Komitetów Obrony, PZPR i ministerstwa zdecydowały o zwolnieniu z pracy 1300 osób. Usunięto ze stanowisk ponad 20 rektorów i kilkudziesięciu prorektorów wybranych w czasach Solidarności. W największym stopniu "weryfikacje" dotknęły uniwersytety Wrocławski i Śląski. Za działalność w opozycji i Niezależnym Zrzeszeniu Studentów wyrzucono z uczelni setki studentów.

Na uczelnie - przynajmniej na jakiś czas - nie wracali internowani naukowcy (było ich 361). Służba Bezpieczeństwa naciskała na rektorów, aby nie dopuszczali ich do pracy ze studentami. W takiej sytuacji był Józef Płoskonka, fizyk jądrowy, który zdecydował się zakończyć swą karierę naukową. "Wtedy postanowiłem, że nie będę zajmował się już fizyką. Wszyscy w trakcie przesłuchań połowę czasu poświęcali na to, jaki ja jestem wielki naukowiec, że jaka to wielka strata dla nauki polskiej, i żebym się wziął za to (...). Ja sobie pomyślałem: jak wyjdę i zrobię habilitację, zostanę dziekanem, potem rektorem i będę się im musiał kłaniać" - wspomina.

Wobec środowisk naukowych PZPR zalecała przy tym "unikanie kreowania męczenników politycznych" na rzecz różnych "drobnych" represji: pozbawiania możliwości awansu czy wyjazdów.

Czystki objęły również administrację państwową: w całym kraju stanowiska urzędnicze straciło kilka tysięcy członków Solidarności.

Aktorzy, profesorowie, robotnicy

Ludzi związanych z Solidarnością wyrzucano pod byle jakim pretekstem (np. "niska przydatność zawodowa", wiek emerytalny). W wielu przypadkach to SB inspirowała usuwanie "niewygodnych" ludzi. Na ślady takich interwencji można natrafić w lakonicznych notatkach w materiałach III Departamentu MSW: "Zainspirowano odwołanie ze stanowisk kierowniczych następujących osób: prof. Władysław Findon (PAN), prof. Stefan Żółkiewski (PAN), prof. Zofia Kielan-Jaworowska (PAN)". Lista osób, które planowano represjonować, była dłuższa i obejmowała m.in. Aleksandra Wojciechowskiego, Klemensa Szaniawskiego, Henryka Samsonowicza czy Hannę Świdę-Ziembę. W zależności od oceny zagrożenia SB sugerowała rozmowę ostrzegawczą, odwołanie ze stanowiska, internowanie lub "działania nękająco-represyjne".

Prof. Stanisław Żak wspominał: "W 1988 r. pod pretekstem rotacji zwolniono mnie [z uczelni] i znów miałem perypetie. Najpierw napisałem do kuratorium, że szukam pracy polonisty, może być szkoła podstawowa, nie musi być w Kielcach. Dostałem odpowiedź, że nie ma pracy. Pojechałem do Brzezin pod Kielcami. - Tak, oczywiście [jest praca]. Już byłem na radzie pedagogicznej pod koniec sierpnia. [Esbecy] przyjechali do [szkoły]. Odwołano mnie z rady - nie ma godzin".

Różnego rodzaju techniki nękające stosowano także wobec środowiska aktorskiego. Do Stanisława Brejdyganta telefonowała... "anarchistyczna grupa terrorystyczna", która pod groźbą śmierci żądała wpłacenia 100 tys. zł okupu na rzecz Centrum Zdrowia Dziecka. Nękano Maję Komorowską, m.in. unieruchamiano jej zamek do drzwi mieszkania, przecinano opony samochodu, dzwoniono w nocy. W teatrach kolportowano spreparowane ulotki dotyczące Adama Hanuszkiewicza. Podobne metody stosowano także m.in. wobec Jerzego Dobrowolskiego, Macieja Englerta czy Katarzyny Łaniewskiej. Metodą częstą - i wyrafinowaną - było też dręczenie osób ze świata kultury i nauki poprzez rozsiewanie plotek.

Azylem dla kilkudziesięciu tysięcy aktywnych ludzi - nie tylko aktorów - stało się więc społeczeństwo podziemne (albo inaczej: alternatywne, równoległe). Twórcy drugoobiegowej prasy, artyści kultury niezależnej, organizujący się w celu wspierania niezależnych badań naukowcy - wszyscy oni choć częściowo zapełniali lukę w życiu publicznym, z którego ich usunięto.

Jednak masowe zwolnienia dotyczyły nie tylko ludzi ze społecznych elit, ale także zwykłych robotników - w tym przypadku zwłaszcza po strajkach. Szczególnie próby protestów przeciw wprowadzeniu stanu wojennego kończyły się zwolnieniami: z dużych zakładów, jak Huta Katowice czy stocznie, wyrzucano "hurtem" nawet po półtora tysiąca pracowników. Podobne represje stosowano nawet w przypadku drobnych strajków. Np. w maju 1982 r. w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku strajk trwał tylko przez kwadrans, ale pracę straciło 178 robotników. Łącznie do sierpnia 1982 r. z powodów politycznych zwolniono ponad 55 tys. ludzi, w tym kilka tysięcy pracowników kadry kierowniczej.

Emigranci "grudniowi"

Podobnie jak po marcu 1968 r., także po grudniu 1981 r. władze zastosowały jeszcze jedną znaną już metodę: niepokornych obywateli starano się nie tylko represjonować, ale także pozbyć się z Polski.

W marcu 1982 r. Wojciech Jaruzelski - który po 1968 r. jako minister obrony odpowiadał za antysemickie czystki w wojsku - znów wprowadził w życie plan wymuszania emigracji. Inspirował go tu również przykład Fidela Castro, który w 1980 r. zezwolił na emigrację Kubańczyków, po czym w ciągu pięciu miesięcy do USA przybyło 125 tys. uciekinierów. Jaruzelski był tym zafascynowany, w rozmowach z Sowietami mówił: "Niechby uciekło [z Polski] kilka tysięcy, tak jak zezwolił na to Fidel, wtedy byłoby nam znacznie łatwiej".

Do wyjazdu najbardziej "nakłaniano" internowanych: obiecywano zwolnienie w zamian za zgodę na emigrację, straszono, szantażowano. Wywierano też presję na rodziny internowanych. W efekcie do listopada 1983 r. o zgodę na emigrację wystąpiło prawie 2 tys. internowanych i 3,5 tys. członków ich rodzin. Ostatecznie do końca listopada, z paszportem w jedną stronę, wyjechało 770 internowanych i 1442 członków ich rodzin oraz 158 innych "wrogów politycznych" wraz z 277 bliskimi. Najwięcej do USA, potem do RFN i Francji.

Danuta Stołecka, która zdecydowała się na emigrację po wyjściu z internowania, tak wspominała swoją sytuację: "Nie chowałam się, funkcjonowałam w domu. To było utrudnione, dlatego że bez przerwy [mnie] zamykali (...) Nie było specjalnie gdzie się schować, bo od wielu lat funkcjonowałam w środowisku ludzi umoczonych [tj. zaangażowanych w opozycję - red.]. Ale nie chciałam być w domu, bo [stamtąd] mnie zabierali. (...) Musiałam nieruchomo tkwić bez światła, a oni potrafili godzinami stać na klatce schodowej".

Stan wojenny zachęcił też wielu obywateli do emigracji dobrowolnej. Według historyka Dariusza Stoli, autora książki "Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949-1989" , w dniu 13 grudnia 1981 r. za granicą znajdowało się ponad 150 tys. obywateli PRL - większość z nich nie zdecydowała się na powrót do kraju w "stanie wojny".

Stola szacuje, że łącznie z przyczyn ekonomicznych i politycznych w latach 80. wyemigrowało z kraju ponad milion ludzi (sic!).

Raport o samobójstwach

Symboliczną - ale konkretną, bo oddającą także nastroje społeczne - miarą beznadziei życia w PRL stanu wojennego jest liczba samobójstw.

W 1982 r. na jednej z narad minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak tak mówił do swych towarzyszy: "Odczuliśmy na własnej skórze to, co wyczyniała Solidarność przed 13 grudnia. Wielu ludzi zniszczono i zaszczuto, wielu ludziom odebrano chęć do działania, wręcz do życia". Ale Kiszczak nie miał racji - przynajmniej jeśli chodzi o społeczeństwo. W okresie "karnawału Solidarności" 1980-1981 liczba samobójstw w Polsce spadła bowiem aż o ponad 20 proc. Tylko w jednej grupie wskaźniki samobójstw w tym czasie wzrosły, i to znacząco: wśród ludzi związanych jakoś z władzą.

Sytuacja odwróciła się natomiast w czasie stanu wojennego. Jan Zieleński, podczas II wojny światowej żołnierz AK, a w latach 70. dziennikarz współpracujący z KOR, później zaś działacz Solidarności (w 1981 r. powierzono mu stanowisko redaktora naczelnego powstającego "Tygodnika Mazowsze"), na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego popełnił samobójstwo. I nie on jeden: po 13 grudnia liczba samobójców zaczęła rosnąć. Także wojsko, w którym na potrzeby stanu wyjątkowego przedłużono czas trwania służby poborowym, miało problem z żołnierzami, którzy częściej niż wcześniej odbierali sobie życie.

W 1982 r. Jacek Kaczmarski skomponował "Raport o stanie samobójstw", którego jedna ze zwrotek brzmiała: "Gdy zniesie się stan wojenny, trzeba mieć nadzieję / Że liczba samobójców wydatnie zmaleje". Niestety, liczba nie zmalała: rosła z roku na rok, aż do 1989 r.

Bilans ludzkich strat

Na obraz represji stanu wojennego i w ogóle lat 1981-1989 składają się więc także setki tysięcy osobistych ludzkich dramatów: uwięzienia (własnego lub bliskich), szykan, złamanych karier, braku pracy, na wpół przymusowej emigracji. A był to także dramat dla kraju: rodzące się w czasach legalnej Solidarności społeczeństwo obywatelskie zostało po 13 grudnia w dużej mierze zniszczone, a entuzjazm do społecznego zaangażowania - na długie lata stłumiony.

W okresie legalnej działalności NSZZ "Solidarność" powstała bowiem autentyczna reprezentacja społeczna: związek zawodowy zbudowany oddolnie, na demokratycznych zasadach. Była to szkoła dla nowej elity i liderów pracujących na rzecz lokalnych społeczności, dla zakładu pracy czy regionu. I Krajowy Zjazd Delegatów Solidarności był jedynym prawdziwie wolnym "parlamentem" w całym PRL. Po 13 grudnia większość tego doświadczenia zaprzepaszczono.

Do bilansu strat można dopisać też negatywne długofalowe skutki dla kultury, nauki, oświaty, mediów itd. PRL-owskie państwo samo osłabiło swoje elity intelektualne i kulturalne, samo spacyfikowało środowiska robotnicze.

Wprawdzie represje z lat 80. nie były w PRL niczym nowym, jednak dotykały znacznie większej liczby osób niż wcześniej (licząc od 1956 r.). Szczególnie mocno uderzyły w z natury słabsze środowiska opozycyjne mniejszych ośrodków, gdzie działacze bywali osamotnieni wobec - często niezwykle brutalnych - działań miejscowych władz. Część represjonowanych przetrwała w trudnych warunkach konspiracji i społeczeństwa podziemnego, co okazało się istotne po upadku komunizmu. Jednak wielu nie znalazło już dla siebie miejsca w rzeczywistości lat 80. i po 1989 r., a niektórzy wyemigrowali na zawsze.

Ten zmarnowany ludzki kapitał to także bilans obciążający autorów stanu wojennego.

Relacje wykorzystane w tekście pochodzą ze zbiorów Ośrodka KARTA oraz własnych.

NATALIA JARSKA (ur. 1981) jest historykiem, doktorantką w Instytucie Historii PAN i pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN w Warszawie. Zajmuje się najnowszą historią Polski i Hiszpanii, w szczególności historią kobiet.

TOMASZ KOZŁOWSKI (ur. 1984) jest historykiem, pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN w Warszawie, członkiem Stowarzyszenia Archiwum Solidarności. Autor książki "Bunt w bydgoskim Areszcie Śledczym w 1981 roku", współautor książki "Solidarność Rolników 1980-1989".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]