Ćwiczenia wojskowe

Dziś motywem naszych rozważań będą sprawy wojskowe. Ale nie tylko. Na początek niezbędne będzie wspomnienie sprzed kilku lat, którym zresztą chwaliliśmy się tu i ówdzie.
Czyta się kilka minut

Oto po szokującej lekturze jakiegoś raportu z badania opinii publicznej na temat gotowości obrony ojczyzny, z którego wynikało, że wbrew utwardzonym mniemaniom mało jest obywateli gotowych stanąć z bronią u nogi, bez wahania podjęliśmy tzw. czynności. Natychmiast, telefonicznie, oddaliśmy się do dyspozycji dowództwa najbliższego garnizonu. Bez nadmiernego koloryzowania, po wojskowemu, oświadczyliśmy – to prawda – nieco zaskoczonej pani dyżurującej w komisji uzupełnień, że w ciągu najbliższej doby możemy stawić się w pełnym rynsztunku, w dowolnej jednostce bojowej. Szybko podaliśmy nasze preferencje, poczynając oczywiście od oddziałów desantowych, snajperskich, poprzez lotnictwo myśliwskie, na służbie kwatermistrzowskiej kończąc. Poproszono nas grzecznie o PESEL, którego wartość została oceniona sceptycznie, niemniej sprawdzono w bazie danych nasze kwalifikacje frontowe. Kategoria wojskowa, zapisana jeszcze za koszmarnych lat komunizmu, musiała zostać przewalutowana na dzisiejsze, natowskie oznakowania poborowego, co chwilę potrwało.

Operacjom tym towarzyszyły słyszane przez nas w słuchawce podśmiechujki pań to czyniących, co generalnie nam nie wadzi, zważywszy, że stosunkowo często spotykamy się z podobnymi reakcjami kobiet, gdy opowiadamy im o naszych niesłychanych sukcesach, jeśli idzie o celność, gibkość i szeroko pojętą skoczność. Dość rzec, że nasza oferta została odrzucona, mimo że ostatecznie zadeklarowaliśmy ofiarną służbę bądź to w charakterze syna pułku, w kuchni polowej, taborach lub w bibliotece wojskowej. Akurat to ostatnie wywołało u słuchaczki pomieszanie politowania i szyderstwa. „W bibliotece? Proszę pana, żołnierz ma strzelać, a nie czytać” – po czym owa wyniosła niewiasta rozłączyła się, zostawiając nas w stanie niezużytego pobudzenia i naprężeń o różnej etiologii.

Było to – jako się rzekło – dawno, ale nasza gotowość odbycia manewrów na poligonie, choćby atomowym, jest wciąż aktualna. Wciąż znajdujemy motywację dla naszych pragnień, weźmy choćby niedawne przygody funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa. Jeden z nich, rzekomo, zamiast coś wyłączyć, włączył i zderzył się ze złośliwością rzeczy martwych wziętą żywcem z filmów Lesliego Nielsena. Inni zaś ponoć pożarli się z amerykańskimi kolegami z pracy. Nic z tego nie jest pewne, prócz jednego: generał dowodzący tą jednostką zrezygnował z posady. Zapewne nie dlatego, że dostał waporów bądź zaniemógł na tzw. globus. Rzeczy są oczywiście tym złośliwsze, im większa ofiara losu zabiera się do ich dotykania, dlatego też uważamy, że dziś zwłaszcza, bardziej niż kiedyś, nadajemy się na dowolne stanowisko w armii polskiej, ale też w dyplomacji, w kulturze bądź edukacji. Jesteśmy do usług. Zwłaszcza że pensje są, jak czytamy, niczego sobie za niewiele mozołu. W ogóle – to na marginesie – PiS znakomicie płaci, wystarczy się zapisać, choć warunkiem jest, zdaje się, staż w PZPR czy też w bezpiece.

Brnijmy dalej, szabelka nam bowiem rdzewieje. Akcja wspomnianego oficera, który rzekomo miast wyłączyć włączył, skłoniła nas do pionierskich (by nie rzec: habilitacyjnych) przemyśleń na tematy lingwistyczne, semantyczne i kulturowe, które wydają się nam kluczowe przy ocenianiu polskiej rzeczywistości. Otóż zważmy, że słowo „włączyć” różni się od słowa „wyłączyć” jedną literką. Zaledwie jeden znak zmienia ich znaczenie i być może ów wojak nie został przeszkolony z polszczyzny na tym poziomie szczegółowości. Przejrzeliśmy wokabularz naszego posępnego plemienia i zdrętwieliśmy. Popatrzmy: „kot” – „koń”, „wjazd” – „wyjazd”, „wpłata” – „wypłata”, „kino” – „wino”, „kaczka” – „paczka” (na przykład szmalu), itd. Jednak najgorsza ze wszystkiego jest „przeszłość”, nieróżniąca się niemal od „przyszłości”. To musi być i jest, jak widzimy, brzemienne w skutkach. Gdy do kompletu dodamy jedno z najdziwniejszych polskich słów, czyli „teraźniejszość”, stworzone na pewno przez szalonego lingwistę i sadystę, wypada uznać, że użytkownicy takiego języka muszą być precyzyjnie dobraną zbiorowością masochistów. Łatwo w tej sytuacji o powszechnego bzika na skalę masową, a kulejąca pamięć i rozdęty aparat wyparcia wydają się jedyną ulgą. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2019