Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Córkę dali na pielęgniarkę

Córkę dali na pielęgniarkę

30.06.2010
Czyta się kilka minut
W historię Krakowa Hanna Chrzanowska weszła niepostrzeżenie, bez hałasu, bez honorowego obywatelstwa i innych tytułów. Jej wielkość była tak naturalna, że obcując z nią, nie myślało się o wielkości.
N

Należała do tych ludzi, którzy przyciągają innych, nie starając się o to, którzy oddziałują na innych, nie zdając sobie z tego sprawy, którzy robią rzeczy wielkie, przekonani, że to, co robią, jest całkowicie zwyczajne i normalne. Należę do tych, którzy znali Hannę Chrzanowską, których wciągnęła do współpracy, czy raczej pociągnęła do niej, bo nikogo siłą nie "wciągała".

Potrafiła genialnie pokazać sens i piękno tego, co robi. Kiedy ją poznałem (w latach 60.), kierowała ogromną machiną krakowskiego pielęgniarstwa domowego. Skutecznie wspierana przez Arcybiskupa Krakowskiego, mobilizowała fachowe pielęgniarki i ludzi dobrej woli do służenia chronicznie chorym, niepełnosprawnym, starym, często straszliwie samotnym, nawet we własnych domach, wśród bliskich - opuszczonym. Mnie zmobilizowała dlatego, że byłem duszpasterzem akademickim, a potrzebni byli wolontariusze. Wtedy o niej niewiele wiedziałem, poza tym, co aktualnie robi. Pamiętam pierwsze spotkanie i wrażenie, jakie wywarła na mnie jej rzeczowość, precyzja tego, co mówiła, ale też niezwykła, nawet jak na Kraków, kultura. To nie była ani typowa działaczka (choć niewątpliwie działaczką społeczną była), ani typowa pielęgniarka (była pielęgniarką, i to wysoce profesjonalną).

Spodziewałem się, że wystarczy pokazać ją studentom, że wystarczy, by im powiedziała to, co mówiła mnie, a porwie ich swoim "spokojnym zapałem". Tak się nie stało. Dziś sądzę, że ukazana przez nią działalność przerastała możliwości wyobraźni ówczesnych studentów czasów PRL-u. Oni po prostu nie wierzyli, że społeczny, nie zinstytucjonalizowany ruch tej miary jest w ogóle możliwy. Tego, co mówiła, słuchali jak bajki. Prawdopodobnie też nie wyobrażali sobie siebie w tym wszystkim. Mówiła im m.in. o odpowiedzialności za ludzi, którym się oferuje opiekę. Raz podjętego zobowiązania nie wolno tak sobie rozwiązać, bo podopieczni z trudem nabierają do opiekunów zaufania, ale jeśli im zaufają, a potem się zawiodą, trauma będzie zbyt wielka. Po pierwszym spotkaniu nikt się nie zgłosił. Trzeba było czasu i  jeszcze jednego spotkania. Od tej pory współpraca z Hanną Chrzanowską stała się jednym z istotnych elementów duszpasterstwa akademickiego w krakowskiej św. Annie.

Tymczasem coraz więcej się o niej dowiadywałem: że jest córką profesora Ignacego Chrzanowskiego i Wandy ze Szlenkierów, dobrze mi znanej rodziny warszawskich przemysłowców-społeczników, że jest pielęgniarką, że była dyrektorką szkoły pielęgniarskiej, że jest autorką kilku powieści i poezji. Widziałem ją przy chorych i spotykałem, wytwornie ubraną, w Starym Teatrze na ważnych premierach. I coraz lepiej zdawałem sobie sprawę, jak jest skuteczna w swych działaniach, jak współpracownikom samą obecnością daje poczucie bezpieczeństwa i jak jest przez nich i przez podopiecznych czczona i lubiana.

Po tym osobistym wstępie mogę przejść do książki Marzeny Florkowskiej. Jeśli nieraz irytują mnie biograficzne książki o ludziach, których znałem, bo autorom, zwłaszcza jeśli swego bohatera osobiście nie znali, często umyka coś, co stanowiło trudną do zdefiniowania specyfikę danej osoby, to książka Florkowskiej takich uczuć we mnie nie wzbudza. Nie jest to, na szczęście, vie romancée Hanny Chrzanowskiej, ale pracowita rekonstrukcja fascynującej historii życia, zbudowana z dokumentów, zapisków samej bohaterki, świadectw i wspomnień świadków. Całość dopełnia, co ważne, mnóstwo czarno-białych fotografii.

Wyrosła z najlepszych tradycji polskiej inteligencji: ziemiańskiej ze strony ojca, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, i przemysłowej - ze strony matki. Doświadczona latami wojny: profesor Chrzanowski znajdował się wśród 183 krakowskich profesorów uwięzionych 6 listopada 1939 roku przez gestapo, zmarł z wycieńczenia w styczniu 1940 roku w obozie Sachsenhausen; brat Bohdan zginął w Katyniu. Formację zawodową doskonaliła we Francji i Stanach Zjednoczonych. Od 1957 r. zaangażowana w organizowanie "pielęgniarstwa parafialnego", które dzięki niej stało się wielką i skutecznie działającą instytucją.

Była niezwykle powściągliwa w mówieniu o sobie, zwłaszcza o swoich sprawach z Panem Bogiem. Dopiero jej zapiski i razem zebrane rozproszone świadectwa znajomych pozwalają poznać bogactwo jej, odkrytej już w dojrzałym wieku, wiary. Wyszła z rodziny chlubiącej się wielkimi nazwiskami, sama została właśnie uznana za osobę, którą Kościół powinien wynieść na ołtarze. Proces beatyfikacyjny Hanny Chrzanowskiej rozpoczął się w roku 1998. Jeśli dojdzie do pomyślnego końca, będziemy mieli wśród błogosławionych wspaniałą przedstawicielkę XX wieku. Kiedy po znakomicie zdanej maturze, wybitnie uzdolniona Hania wstąpiła do warszawskiej szkoły pielęgniarskiej, ktoś z dobrego towarzystwa skomentował to tak: "to już Chrzanowscy tak nisko upadli, że córkę dali na pielęgniarkę?".

Jedyny komentarz: nie "dali" - to był jej świadomy wybór. Tego, co jest "nisko", a co "wysoko", po lekturze tej książki wyjaśniać nie trzeba.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]