Reklama

Copernicus Festival 2022: Gdy sieć się rwie

Copernicus Festival 2022: Gdy sieć się rwie

09.05.2022
Czyta się kilka minut
Na naszych oczach fundament naszej gospodarki i całego globalnego społeczeństwa rozpada się na drobne, odizolowane fragmenty. Nadchodzi koniec internetu, jaki znamy?
Pomieszczenie treningowe autonomicznych taksówek Apollo Go, produkowanych przez Baidu, chińskiego giganta technologicznego. Pekin, kwiecień 2022 r. KEVIN FRAYER / GETTY IMAGES
S

Splinternet – to słowo, które może definiować internetowe sieci przyszłości. Zamiast globalnego systemu wymiany informacji, opinii, towarów, pieniędzy i usług, ekosystem informacji może zmienić się w archipelag niezależnych wysp, tylko czasem wchodzących z sobą w kontakt.

Samo określenie, którego pierwszy człon pochodzi od angielskiego split (rozdzielić) lub splinter (drzazga), nie jest nowe. Zjawisko ma swoje źródła już u narodzin współczesnej sieci WWW. Ale w ostatnich latach procesy, które napędzają fragmentację internetu, wydają się przyspieszać. Nie tylko ze względu na działania autorytarnych reżimów, które tak jak Chiny dążą do spalenia większości internetowych mostów łączących je ze światem zewnętrznym i ścisłego kontrolowania pozostałych. Przyczyniają się do tego również działania największych firm czy zachodnich państw i organizacji, nawet te podejmowane w najlepszej wierze.

Nie wszyscy są miłymi gośćmi

Sieć WWW miała u podstaw akademicką otwartość i przekonanie o tym, że dzielenie się sprawdzonymi danymi jest z korzyścią dla wszystkich. Nieprzypadkowo pierwszy serwer WWW został uruchomiony przez Tima Bernersa-Lee w międzynarodowym ośrodku badań fizycznych CERN pod Genewą, jednym z największych laboratoriów naukowych na świecie.

Architektura sieci ukształtowała się na początku lat 60., kiedy amerykańskie siły powietrzne poprosiły Paula Barana, urodzonego w Grodnie informatyka z RAND Corporation, o opracowanie wojskowej sieci komunikacyjnej, która mogłaby wytrzymać atak nuklearny. Baran zaproponował sieć bez centralnego węzła; zamiast tego informacje, dzielone na małe pakiety danych, byłyby przekazywane z dowolnego miejsca w sieci do dowolnego innego przez wiele zdecentralizowanych rozdzielni lub routerów. Dzięki temu sieć była szybka i trwała, bo jej konstrukcja pozbawiała ją pojedynczego punktu ewentualnej awarii. Zniszczenie czy wyłączenie dowolnego łącza sprawia jedynie, że pozostałe routery muszą wypracować nową ścieżkę między punktem początkowym a docelowym.

Sieć zbudowana według schematu Barana wkrótce połączyła nie tylko bazy wojskowe, ale i ośrodki akademickie. I stała się czymś zupełnie innym, niż przewidywali jej pomysłodawcy. Otwartym kanałem komunikacji, do którego mógł dołączyć każdy.

„Na początku sieć działała w oparciu o duży poziom zaufania – mówił w 2011 r. magazynowi „New Scientist” Jon Crowfort z Uniwersytetu Cambridge. – Właśnie się połączyliśmy i zakładaliśmy, że wszyscy inni też są miłymi gośćmi”. Otwartość, zaufanie i decentralizacja były od początku wbudowane w DNA internetu. To one pozwoliły rozkwitnąć kreatywności i przedsiębiorczości, które zmieniły go w kręgosłup świata. Ale nie wszystkim były one w smak.

Wielka Chińska Zapora Ogniowa

Clyde Wayne Crews nie widział przyszłości przed internetem. Ówczesny dyrektor ds. technologicznych libertariańskiego think-tanku Cato Institute, w opublikowanym w 2001 r. w magazynie „Forbes” tekście wyobraził sobie sieć o innym kształcie. Zamiast jednego, wspólnego pola wymiany informacji – dziesiątki, setki czy tysiące „wszechświatów równoległych”. Zamiast anarchii – ścisłe reguły rządzące każdym z prywatnych internecików.

„Kiedy masz zasoby publiczne, w których panuje anarchia, są zasadniczo dwie rzeczy, które możesz zrobić – albo uregulować je, czego libertarianie nienawidzą, albo je sprywatyzować, aby firmy mogły ustalać własne zasady” – pisał Crews. W tym samym tekście jako pierwszy użył słowa „splinternet”.

Libertariański aktywista uważał swoją wizję za coś w rodzaju sieciowej utopii. Nie chcesz widzieć wokół siebie liberałów, konserwatystów, gejów, katolików, wegan, mięsożerców, czarnych, białych, Żydów? Nic prostszego, jeśli nawet jakaś firma nie stworzyła już splinternetu specjalnie dla Ciebie, możesz zrobić to samodzielnie i zacząć zarabiać na swoich uprzedzeniach. Jeśli w dzisiejszych bańkach informacyjnych w mediach społecznościowych jest nam ciasno, to splinternety Crewsa zafundowałyby nam informacyjne trumny, do których już zupełnie nie przedostawałyby się informacje z zewnątrz. „Ludzie przede wszystkim chcą kontaktować się z ludźmi podobnymi sobie” – kwitował w 2001 r. i, co pokazały ostatnie lata, niestety w tym jednym miał rację.

Kiedy Crews publikował swój komentarz, jeden kraj nad swoim splinternetem pracował już od trzech lat. Chiny uzyskały połączenie ze światowym internetem w 1994 r., trzy lata po Polsce. Początkowo zastrzeżony dla ośrodków naukowych, internet zdobywał tam stopniowo popularność, ale płynące z niego zagrożenia dla reżimu zostały dostrzeżone przez Pekin bardzo szybko.

W 1998 r. Komunistyczna Partia Chin zatwierdziła pracę nad systemem nadzoru i cenzury, znanym dziś jako Wielka Chińska Zapora Ogniowa. Projekt, którym kierował szef chińskiego Centrum Komputerowego Szybkiego Reagowania Fang Binxing, był rozwijany przez przeszło dekadę i kosztował od 2001 r. 20 mld dol. rocznie.

Dziś większość ruchu internetowego do Chin przechodzi przez trzy wąskie gardła wyposażone w urządzenia blokujące niepożądaną zawartość, a treści generowane w samych Chinach są pod stałą kontrolą automatycznych i żywych nadzorców. Chiński internet w zasadzie jest czymś w rodzaju gigantycznego intranetu – wewnętrznej sieci firmy czy organizacji.

Choć Chiny oddzieliły się od globalnego ekosystemu informacji głęboką fosą, ich sieć wciąż opiera się jednak na tych samych protokołach i technologiach. Podobnie zbudowane na zbliżonych zasadach wewnętrzne sieci Iranu czy Korei Północnej. Są osobne, ale ich odizolowanie wynika z polityki, a nie technologicznego rozłamu. Przynajmniej na razie.

Ban na Rosję

Kluczową datą może okazać się 11 marca 2022 r. Tego dnia miały miejsce dwa wydarzenia, które mogą istotnie wpłynąć na przyszłość internetu.

Pierwszym był list skierowany przez władze Ukrainy do Internet Corporation for Assigned Names and Numbers (ICANN). To organizacja non profit zarządzająca globalnym systemem nazw domen (DNS), który jest czymś w rodzaju wielkiej książki adresowej internetu: DNS tłumaczy adresy IP, indywidualne identyfikatory wszystkich urządzeń czy serwisów działających w sieci, na rozpoznawalne dla użytkowników nazwy takie jak www.tygodnikpowszechny.pl.

W liście – i w drugim, bliźniaczym piśmie skierowanym do regionalnego rejestru internetowego dla Europy, Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej (RIPE) – Ukraina domagała się unieważnienia rosyjskich domen takich jak .ru. W rezultacie rosyjskie strony de facto zniknęłyby z globalnej sieci.

Obie organizacje odrzuciły wnioski. Dyrektor generalny ICANN Göran Marby przestrzegał w swojej odpowiedzi, że „taka zmiana miałaby niszczący i trwały wpływ na zaufanie i użyteczność tego globalnego systemu”. Nawet gdyby on się zgodził, nie jest jasne, czy decyzja ICANN miałaby jakikolwiek praktyczny skutek: organizacja nie ma prawnej władzy nad systemem nazw domen, a jej decyzje są akceptowane dobrowolnie przez operatorów internetowych. Wszystko, co dotyczy funkcjonowania sieci, wymaga globalnego konsensusu.

Rosja jednak woli nie czekać na to, aż taki konsensus się ukształtuje. Tego samego dnia, którego Ukraina skierowała wniosek do ICANN, decyzją wiceministra ds. cyfryzacji Andrieja Czernienki wszystkie strony i portale internetowe w Rosji zostały zobligowane do wdrożenia działań, które miałyby uczynić rosyjski internet odpornym na podobne sankcje – między innymi do przeniesienia danych do Rosji i korzystania z serwerów DNS fizycznie tam zlokalizowanych.

Ten zabieg mógłby potencjalnie pozwolić Rosjanom spalić mosty. Już teraz cały ruch sieciowy do i z Rosji jest kierowany przez 10 „posterunków ­granicznych” zarządzanych przez regulatora telekomunikacyjnego Roskomnadzor, który może blokować witryny uważane za nieprawomyślne. Przyjęta w 2015 r. rosyjska strategia bezpieczeństwa zawierała zalecenie wymiany zagranicznego sprzętu IT na krajowe odpowiedniki, a w maju 2019 r. Putin ogłosił powstanie RuNet, „suwerennej” sieci niezależnej od reszty świata.

RuNet w swoich założeniach jest bliźniaczo podobny do chińskiej Wielkiej Zapory Ogniowej. Opiera się na trzech filarach: sprzęcie monitorującym dane przesyłane w sieci, prawnej podstawie centralizującej kontrolę nad siecią w Rosji i wspomnianym już krajowym systemie DNS. Podobieństwo do chińskich rozwiązań nie jest przypadkowe: już w 2016 r. Rosję odwiedził Fang Binxing, który miał doradzać Rosji przy budowie RuNet.

24 grudnia 2019 r. Rosjanie mieli z powodzeniem przeprowadzić test odcięcia się od globalnego internetu. Rzeczywista skuteczność rosyjskich rozwiązań jest jednak nieznana, a wiele wskazuje na to, że odcięcie się od globalnej sieci będzie dla Rosji zdecydowanie trudniejsze, niż było dla Chin.

„Rosja aspiruje do naśladowania Chin, ale samym Chińczykom nie było łatwo. Nie sądzę, aby Rosja zainwestowała w to podobną energię. Istnieje sporo krajów, które chciałyby mieć to, co mają Chiny, ale po prostu nie mogą. Nie mają do tego ludzi” – mówił w „Wired” Doug Madory z monitorującej sieć firmy Kentik.

Odcięcie dostępu obywateli do nieprawomyślnych serwisów takich jak Facebook, Twitter czy Instagram jest stosunkowo proste. W różnym stopniu dostęp do serwisów czy aplikacji uznawanych za szkodliwe (np. stron pornograficznych albo propagandowych mediów rosyjskich) ograniczają nawet zachodnie demokracje. Rosja ma już też własne zamienniki zachodnich stron – VKontakte jest dla Rosji tym, czym Facebook, Google czy Uber Eats dla świata zachodniego.

Poważniejszym wyzwaniem byłoby zastąpienie infrastruktury, na której polega internetowa gospodarka. Chodzi zarówno o dostęp i aktualizacje do popularnych aplikacji, takich jak Zoom czy Teams, jak i o moc obliczeniową gigantycznych, zachodnich centrów danych. Amazon, Google czy Microsoft swoją pozycję zawdzięczają nie tylko popularności tworzonych przez siebie narzędzi czy usług, ale w ogromnym stopniu temu, że ich komputery obsługują miliony baz danych, aplikacji i serwisów tworzonych przez inne firmy. Chiny swoje odpowiedniki takich megaserwerowni tworzą od dziesięcioleci. Rosja w dużym stopniu musiałaby tę infrastrukturę stworzyć od początku. Chyba że pójdzie na skróty.

Wyścig o Afrykę

W czerwcu 2021 r. ówczesny brytyjski minister spraw zagranicznych Dominic Raab ogłosił, że Londyn przekaże 22 mln funtów na stworzenie afrykańskiego centrum operacji cybernetycznych, które miałyby zabezpieczyć sieć państw takich jak Nigeria, Rwanda, Etiopia i Ghana przed cyberatakami i cyberprzestępczością. Centrum miałoby być sposobem na wciągnięcie Afryki do gry o przyszłość internetu po stronie Zachodu. Ale znaczna część tego kontynentu wybrała już innego partnera.

Chiny od dziesięcioleci inwestują w Afryce miliardy – także w rozbudowę tamtejszej infrastruktury komputerowej. Pekin planuje położyć podmorskie kable wzdłuż zachodnich i wschodnich wybrzeży Afryki, aby zapewnić dostęp do internetu wcześniej zaniedbanym miastom i wioskom. Chiński kabel SAIL już dziś łączy Afrykę z Ameryką Południową, a PEACE – z Azją.

Tyle że internet, do którego chcą Afrykanów podłączyć Chińczycy, ma być zbudowany na ich modłę. Ma być ograniczony i pozostawać pod kontrolą państwa – oraz Chin. Dla jednych krajów uznanie chińskiej cyfrowej zwierzchności to niska cena za darmową infrastrukturę. Dla innych kontrola własnej populacji jest wartością samą w sobie.

„Każdy obóz ideologiczny stara się zbudować masę krytyczną poparcia, rekrutując dla swojej sprawy niezdecydowane państwa” – piszą Marjorie Buchser i Joyce Hakmeh z brytyjskiego think-tanku Chatham House. „Wciąż są one w trakcie rozwijania swojej infrastruktury cyfrowej i określenia tego, jakie ramy regulacyjne i etyczne będą stosować. Jednak wybory polityczne dokonywane przez te kraje mogą mieć duży wpływ na kierunek międzynarodowego zarządzania cyfrowego w przyszłości”.

Poza Rosją kluczowym dla przyszłości globalnej sieci państwem mogą okazać się Indie, które, po początkowym okresie budowy wolnego, otwartego internetu, dziś coraz szybciej zmierzają w stronę cyfrowego autorytaryzmu. Tylko w 2018 r. władze w Delhi ponad stukrotnie wyłączyły dostęp do sieci na różnych obszarach kraju w odpowiedzi na niepokoje, strajki i zamieszki. W Kaszmirze internet został odłączony na kilka miesięcy w ramach pacyfikacji zamieszkującej region ludności muzułmańskiej.

Upowszechnienie autorytarnej formy zarządzania internetem byłoby cyfrowym odpowiednikiem żelaznej kurtyny z czasów zimnej wojny – podziału nie między Zachodem a Wschodem, tylko między krajami o swobodnym dostępie do informacji a tymi, gdzie sieć jest jeszcze jednym narzędziem aparatu kontroli i ucisku. Dla Moskwy przyłączenie się do chińskiej sieci mogłoby być sposobem na szybkie uniezależnienie się od Zachodu, paradoksalnie kosztem części cyfrowej niezależności.

Surfowanie w izolacji

Zachód sam ma jednak problemy ze spójnością swojej sieci. Coraz wyraźniej widać różne wizje jej przyszłości, jakie roztaczają politycy w Europie i USA. Unia, za pośrednictwem takich aktów prawnych jak RODO czy przygotowywane rozporządzenia o cyfrowych usługach i cyfrowych rynkach, dąży do wyznaczenia granic, zarówno dotyczących praktyk biznesowych, jak i ochrony użytkowników, w jakich musieliby działać wszyscy dostawcy usług w UE. W odpowiedzi część amerykańskich serwisów – m.in. należących do amerykańskiej lokalnej prasy – wolała odciąć Europejczyków od swoich usług, niż spełnić wymogi Brukseli.

Za inną rysę w spójności odpowiadają jednak sami internetowi giganci. Na swój sposób, małymi kroczkami, przyczyniają się do fragmentacji sieci, budując własne ekosystemy usług niekompatybilnych z usługami konkurencji, łącząc kontynenty prywatnymi światłowodami, ale też próbując przekuwać swoją siłę biznesową na polityczną. Bitwa między Facebookiem i Google z jednej strony a rządem Australii z drugiej o opłaty, jakie cyfrowi giganci powinni wnosić na rzecz mediów, których artykuły cytują, niemal skończyła się odcięciem całej populacji kontynentu od najpopularniejszych na świecie internetowych serwisów.

Według Miltona Muellera ze School of Public Policy w Georgia Institute of Technology faktyczny rozpad sieci może przybrać jedną z dwóch form. „Poważne rozbicie internetu wiązałoby się z wprowadzeniem nowego, technicznie niezgodnego protokołu, używanego przez masę krytyczną światowej populacji” – uważa ekspert. Protokoły internetowe, dziś wspólne dla wszystkich podpiętych do sieci urządzeń, regulują to, jak maile, wiadomości, zdjęcia i przelewy wędrują przez routery, przełączniki, światłowody i radiowe łącza. Ten rodzaj rozbicia nie byłby jednak jeszcze ostatecznym kataklizmem. „Specjaliści prawdopodobnie znaleźliby sposób na szybkie połączenie obu protokołów” – zaznacza Mueller.

O wiele większym problemem byłoby nie technologiczne, a polityczne rozbicie sieci. Dziś zarządzanie globalnym internetem opiera się na delikatnym systemie zależnym od dobrowolnego konsensusu. Jeśli Chiny, Rosja i inne kraje ustanowią własne, rywalizujące z globalnymi organy zarządzające siecią, w tym własne „książki adresowe” DNS, tylko nowe globalne porozumienie mogłoby odbudować jedność sieci. Era połączonego świata dobiegłaby końca.

Dziś internet, mimo lokalnych ograniczeń i obostrzeń, działa według zasad, które kształtowały się od dziesięcioleci. Jest połączonym zbiorem ponad 32 tys. sieci prowadzonych przez rządy, firmy, uczelnie, które rozmawiają jednym językiem i stosują się do wspólnych zasad. Ale rysy stają się coraz głębsze. Ukraiński konflikt i rosyjska próba zamknięcia własnym obywatelom dostępu do rzetelnych informacji o zbrodniach mogą okazać się punktem zwrotnym, po którym globalna, otwarta czy choćby półotwarta sieć wymiany informacji ostatecznie się rozpadnie. A my też obudzimy się na jednej z dryfujących po oceanie informacji niezależnych gór lodowych. Może nawet największej, najbardziej przyjaznej, ale w dalszym ciągu odizolowanej od znacznej części świata. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz naukowy, reporter telewizyjny, twórca programu popularnonaukowego „Horyzont zdarzeń”. Współautor (z Agatą Kaźmierską) książki "Strefy Cyberwojny". Stypendysta Fundacji Knighta...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]