Co się stało w 1972 roku?

-Telefon w apartamencie dla VIP-ów monachijskiego hotelu Conti zadzwonił o szóstej rano. Wyrwany ze snu mężczyzna był poirytowany. Na Igrzyska Olimpijskie przyjechał nie tylko w celach reprezentacyjnych, jako minister spraw wewnętrznych RFN, także z nadzieją na kilka dni odprężenia, w towarzystwie żony. Jednak Hans-Dietrich Genscher (on to był bowiem) szybko zapomniał o irytacji na nadgorliwego, jak sądził, podwładnego. Z przerażeniem słuchał jego relacji. Wiele lat później napisze we wspomnieniach, że tak zaczął najtrudniejszy moment w jego politycznej biografii. Był 5 września 1972 r.
Czyta się kilka minut

Kilka godzin wcześniej, o 4.10, ośmiu Palestyńczyków z organizacji "Czarny Wrzesień" (powiązanej z OWP Jasera Arafata), uzbrojonych w automaty i granaty, przeskoczyło płot otaczający wioskę olimpijską. Nikt ich nie zatrzymywał. Rygory bezpieczeństwa władze niemieckie traktowały luźno, świadomie zresztą. W świat miał iść obraz Niemiec innych niż podczas olimpiady w 1936 r.: przyjaznych, swobodnych. Zamaskowani mężczyźni skierowali się do kwater zajmowanych przez izraelskich sportowców i trenerów. Zaskoczeni we śnie Izraelczycy nie mieli szans. Dwóch, którzy próbowali się bronić, zostało postrzelonych (zmarli z ran, jeszcze w wiosce olimpijskiej). Dziewięciu żywych zakładników atakujący zgromadzili w pokojach i obstawili budynek, czekając na reakcję władz, zaalarmowanych już strzelaniną.

To, co wydarzyło się później, do dziś jest analizowane na szkoleniach dla antyterrorystów jako negatywny wzór postępowania. Władze niemieckie były zaskoczone. Utworzony naprędce sztab kryzysowy przyjął do wiadomości ultimatum terrorystów - w zamian za życie zakładników zwolnienie z izraelskich więzień 232 towarzyszy oraz z więzień niemieckich dwojga twórców RAF (lewackiej Frakcji Czerwonej Armii) Andreasa Baadera i Ulrike Meinhof - ale nie miał pojęcia, jak postępować. Niemcy nie byli przygotowani ani organizacyjnie, ani psychologicznie: świadomość, że 27 lat po wojnie Żydzi mogą zostać zamordowani na ziemi niemieckiej, paraliżowała. Podobnie jak obawa, że rozwiązanie siłowe może pociągnąć arabskie zamachy wymierzone w Niemcy.

Na razie, w geście rozpaczy, minister Genscher i kilku innych polityków - usiłujących odwlec termin ultimatum - zaoferowało, że odda się im w zamian za Izraelczyków. Bez skutku. Policja otoczyła budynek, ale nie pomyślano o tym, by usunąć gapiów i media; niemiecka telewizja, oglądana także przez Palestyńczyków, zaczęła transmisję na żywo niemal z miejsca zamachu, dostarczając im cennych informacji.

Rząd Izraela oświadczył, że nie negocjuje z terrorystami. Ci zażądali więc podstawienia samolotu na monachijskie lotnisko; razem z zakładnikami zamierzali polecieć do któregoś z krajów arabskich, wspierających OWP. Niemcy udali, że się zgadzają, ale zapadła już decyzja, że na lotnisku policja spróbuje odbić Izraelczyków. Wcześniej Genscher i kanclerz Willy Brandt odrzucili propozycję Izraela, których chciał posłać do Monachium swoich komandosów.

Bitwa między terrorystami a policją, do której doszło na lotnisku Fürstenfeldbrück, trwała dwie godziny. Zginęli wszyscy Izraelczycy, jeden Niemiec (policjant) i pięciu Palestyńczyków. Trzech terrorystów ujęto. Śledztwo, prowadzone później przez bawarską policję, nie wykluczyło, że niektórzy z zakładników zginęli od kul policji.

Zwłoki zabitych terrorystów odesłano do Libii, gdzie pochowano ich z wojskowymi honorami. Troje żywych trafiło do niemieckiego więzienia, ale na krótko: gdy 29 października terroryści uprowadzili samolot Lufthansy, rząd w Bonn natychmiast przystał na ich żądania i zwolnił całą trójkę, nie konsultując tego z rządem Izraela (plotki głosiły, że wymiana była z góry ukartowana, a uprowadzenie samolotu miało dać rządowi RFN pretekst).

Rekonstrukcja tego, co się stało później - odwetu za Monachium - opiera się na publikacjach dziennikarzy, którzy docierali do świadków izraelskich i arabskich. Jedną z pierwszych była wydana w 1984 r. książka kanadyjskiego dziennikarza George'a Jonasa i Izraelczyka występującego jako Yuval Aviv Abayov, który twierdził, że był "mścicielem" Mosadu (polskie jej tłumaczenie ukazuje się w tych dniach, nakładem warszawskiego wydawnictwa Studio EMKA).

Uważa się, że premier Izraela pani Golda Meir poleciła Mosadowi zidentyfikować i zabić osoby, które organizowały zamach. Izrael nigdy nie potwierdził oficjalnie ani tego, że wysłał "mścicieli", ani że w ciągu kolejnych lat z ich ręki na ulicach europejskich i bliskowschodnich miast zginęło kilkunastu Arabów, uważanych za organizatorów zamachu. Ale ginęli też niewinni: marokański kelner z Lillehammer, podobny do jednego z przywódców palestyńskich, czy cywile podczas akcji Mosadu w Bejrucie, gdzie zabito trzech liderów OWP.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2006