Zauważyliście? W ostatnich dniach roku 2025 w mediach społecznościowych pojawiła się rekordowa ilość osobistych podsumowań. Mnóstwo ludzi namiętnie rekapitulowało miniony rok i dyskutowało o samej zasadności podobnych praktyk. Ktoś deklarował, że nie interesują go cudze rankingi sukcesów i wzruszeń, ktoś inny odpowiadał, że jego, owszem, interesują, a także, że żywi potrzebę obfitego się nimi dzielenia.
Podsumowanie roku jako potrzeba nowego początku
Nie rozstrzygam, które stanowisko jest właściwe, chciałbym jednak zwrócić uwagę na inny aspekt sprawy, być może na pierwszy rzut oka niedostrzegalny. Ale najpierw jeszcze słowo o tym, co dostrzegalne. Otóż, naturalnie, pobrzmiewa w tych rekapitulacjach odwieczna i uniwersalna fantazja nowego początku, głębokie pragnienie resetu, który wydarza się wraz z rozpoczęciem kolejnego cyklu w przyrodzie.
Zarówno potrzeba podsumowywania roku odchodzącego, jak solennych postanowień na rok przychodzący wyrastają z jednego, archetypowego pnia. Zawsze to robiliśmy i robić będziemy. Nie ma tu nic nowego, przeciwnie, jest forma obecna od zawsze w mitach i religiach. Można się o tym przekonać, sięgając choćby po wznowioną niedawno przez Znak „Potęgę mitu” Josepha Campbella.
Niemniej taki wysyp podsumowań jest mimo wszystko zastanawiający. Co za nim stoi? Oprócz, ma się rozumieć, niepewnych i niebezpiecznych czasów, w których nasza tęsknota za nowym początkiem – wraz z wolnością, którą przynosi – staje się wyjątkowo dojmująca?
Otóż stoją za nim także aplikacje i algorytmy, które z udostępnionej biblioteki wybiorą odpowiednie zdjęcia, ułożą je w chronologiczną opowieść, położą akcent tu albo tam, a na końcu stworzą z tego wszystkiego atrakcyjną animację i okraszą stosownym utworem muzycznym.
Nowoczesne technologie – lekarstwo czy trucizna
Można zapytać – cóż w tym złego? Ostatecznie jest to tylko nieco udoskonalona, wirtualna wersja albumów ze zdjęciami, które z upodobaniem komponowaliśmy, zanim nastała epoka cyfrowej fotografii. Teraz mamy po prostu do dyspozycji nowe, ekscytujące narzędzia. A pomysłowe algorytmy ujmują nasze życie z jakichś innych, często zaskakujących perspektyw, odsłaniają przed nami takie jego obszary i warstwy, na które często sami nie zwracamy uwagi. Słowem, same plusy.
To prawda, jak jednak głosi stara mądrość – różnica między lekarstwem a trucizną jest wyłącznie kwestią proporcji. Samo w sobie zjawisko to nie wydaje się specjalnie niepokojące, ale jeśli spojrzymy na nie w kontekście szerszego trendu – zacznie się jawić cokolwiek inaczej. Jaki to trend? Nazwijmy go postępującą alienacją od prywatnego doświadczenia, które staje się dziś paliwem dla kolejnych narzędzi i aplikacji, na czele ze sztuczną inteligencją.
Coraz chętniej, obficiej i częściej – acz bezwiednie, jakby niezauważalnie, bez wyraźnych, uchwytnych skokowych zmian – przestajemy użytkować nowoczesne technologie, bo to one zaczynają użytkować nas.
Przykłady? Oto pierwsze z brzegu. Zwierzamy się botom z największych sekretów i radzimy w najbardziej intymnych sprawach. Dajemy smartfonom dostęp do naszej aktywności w sieci i wszelkich możliwych parametrów naszych ciał.
Doszło już nawet do tego, że niektóre aplikacje informują nas o naszym realnym, nie zaś odczuwanym (sic!) samopoczuciu. Niczym w starym dowcipie, w którym spotyka się dwóch ortodoksyjnych behawiorystów (zwolenników poglądu, że człowiek redukuje się do zachowań) i jeden pyta drugiego: jak ja się dzisiaj czuję?
Dlaczego nasze doświadczenia, myśli i pragnienia oddajemy algorytmom
Czy nie w ten właśnie sposób powstała przynajmniej część owych podsumowań? Jaki miałem rok – pytaliśmy tej czy innej aplikacji. A ona ochoczo odpowiadała, podsuwała opowieść, w której wprawdzie wciąż pozostawaliśmy głównym bohaterem, ale już nie producentem i reżyserem. Co najwyżej – współscenarzystą.
Powtórzę: rzecz w tym, że nasze doświadczenie, myśli, pragnienia, oczekiwania, zainteresowania, rozterki, fantazje i potrzeby, które beztrosko deponujemy w tej czy innej chmurze, zamieniły się w drogocenne paliwo, na którym pracują silniki wielkich cyfrowych korporacji. A od niedawna także ich coraz bardziej autonomizujących się produktów – czyli sztucznej inteligencji – które potrzebują więcej i więcej danych, żeby wspinać się na kolejne szczeble zaawansowania.
I już zaczynają pozyskiwać je swoimi własnymi, niezależnymi sposobami, co, nawiasem mówiąc, do złudzenia przypomina pomysły rodem z powieści Philipa K. Dicka.
Cóż, reguły rynku są nieubłagane. Im bardziej żywotność jakiegoś biznesu opiera się na określonym surowcu, tym bardziej brutalne metody pozyskiwania go. I tym bardziej bezwzględna konkurencja, tym więcej sił i energii inwestowanych w doskonalenie metod efektywnego drenażu zasobów.
Oczywiście, zawsze możliwe są rozwiązania, które minimalizują straty, a maksymalizują zyski nie tylko dla wielkich korporacji, lecz także dla ogółu społeczeństwa. Ponieważ jednak – jak pokazuje doświadczenie – nie mamy co na takie rozwiązania liczyć, pozostaje nam, przynajmniej na razie, powściągliwość w dzieleniu się własnym życiem z algorytmami.
Czego – naturalnie – sobie i państwu życzę w rozpoczynającym się właśnie roku (którego – za 12 miesięcy – zobowiązuję się nie podsumowywać inaczej niż tylko analogowo, czyli we własnym sumieniu).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








