Gdy mistrz gry pozorów wkracza na scenę, to ani racjonalne argumenty, ani logiczne wywody nie mają zastosowania. W tej rozgrywce liczą się umiejętności wykręcania kota ogonem, mylenia przeciwnika i bezczelnego zaprzeczania nawet samemu sobie. Wydawałoby się, że to taktyka dobra jedynie na krótką metę, że w końcu pozorujący dobrą wolę partner zostanie zdemaskowany i wyproszony z sali. Tymczasem Putinowi udaje się w grze o Ukrainę – i z samą Ukrainą, i z Europą, i ze Stanami Zjednoczonymi – stosować te metody już tak długo i przeciągać strunę aż do stopnia niesłychanego. Właśnie na naszych oczach rozgrywa się kolejny akt tego pełnego zwrotów akcji spektaklu.
Rozejm na pokaz
Na 9 maja, w 80. rocznicę Pobiedy – głównego święta putinizmu – Putin ogłosił jednostronne zawieszenie broni. Zależało mu na czystym niebie nad placem Czerwonym w Moskwie, gdzie odbyła się wystawna defilada wojskowa. Pozorna inicjatywa pokojowa miała też dać Rosjanom poczucie, że choć wojna (nazywana w oficjalnym języku „specjalną operacją wojskową”) trwa, to możliwa jest perspektywa jej zakończenia.
Nazajutrz po rosyjskim święcie z prezydentem Ukrainy w Kijowie spotkali się przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Polski; format nazwano „koalicją chętnych”. Uczestnicy uzyskali poparcie amerykańskiego prezydenta dla wypracowanej podczas spotkania propozycji „pełnego i bezwarunkowego zawieszenia ognia” na co najmniej 30 dni. Tę propozycję nie do odrzucenia wystosowano do Moskwy. Postawiono warunek: jeśli rozejm nie wejdzie w życie 12 maja, jeżeli Rosja go odrzuci, to zostaną zaostrzone zachodnie sankcje wobec rosyjskiego sektora energetycznego i bankowego. To zabrzmiało poważnie – oto Europa i USA znowu wystąpiły wspólnym frontem.
Putin gra kartą rozmów w Stambule
Putin sięgnął po sprawdzone teatralne metody: w środku nocy z 10 na 11 maja zwołał konferencję prasową i oznajmił, że bierze znów byka za rogi, przejmuje inicjatywę, wyrywa z dzióbka gołębia pokoju gałązkę oliwną i sam zgłasza propozycję rozpoczęcia 15 maja w Stambule bezpośrednich rozmów rosyjsko-ukraińskich. W jego zamyśle rozmowy te miałyby stanowić kontynuację negocjacji z 2022 r., prowadzonych w tym mieście na początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Putin zapowiedział, że wyśle na rozmowy delegację. O żadnym zawieszeniu broni – czy to od 12 maja, czy to od 15 maja, czy to od jakiegokolwiek innego dnia – nie ma już mowy. Europejskie zapowiedzi wprowadzenia nowych sankcji pozostały gdzieś na poboczu. W każdym razie na tym etapie.
Wybieg Putina był faktycznym odrzuceniem zgłoszonej przez „koalicję chętnych” propozycji 30-dniowego rozejmu (Putin zaznaczył, że nie może dawać stronie ukraińskiej możliwości przegrupowania sił). Celem nocnego wystąpienia było wykolejenie europejskiej inicjatywy, która zyskała przychylność Waszyngtonu (Kreml gra na poróżnienie Europy z USA, zatem dogadywanie się sojuszników w sprawie wspólnej gry na rzecz Ukrainy jest mu nie w smak). Zapewne Putin zakładał, że skoro wystąpił z inicjatywą podjęcia bezpośrednich rozmów z Ukraińcami, to USA wstrzymają się – przynajmniej na jakiś czas – z wprowadzaniem nowych sankcji wobec Rosji.
Seria lekceważących gestów i delegacja bez znaczenia
11 maja swoją kwestię w sztuce reżyserowanej przez Putina wypowiedział prezydent Donald Trump, który wezwał władze Ukrainy do podjęcia rozmów z Rosją. Podczas tych rozmów będzie można wyczuć, czy porozumienie pokojowe jest możliwe – tłumaczył. Do dialogu włączył się Wołodymyr Zełenski: zadeklarował, że osobiście przyjedzie do Stambułu, i wezwał Putina, by do niego dołączył. Ukraiński prezydent chciał zademonstrować gotowość do podjęcia rozmów na rzecz pokoju, aby wykazać, że stroną zachowującą się niekonstruktywnie jest Rosja, stawiająca niemożliwe do spełnienia warunki, unikająca zawarcia pokoju i imitująca dobrą wolę.
W mediach zawrzało – komentatorzy prześcigali się w komplementowaniu ukraińskiego prezydenta, który tą deklaracją postawił Putina w niekomfortowej sytuacji. Jeśli Putin przyjedzie, to stanie oko w oko z wrogiem, którego nie poważa (Kreml wielokrotnie zaznaczał, że nie uznaje legitymacji władzy Zełenskiego) i będzie musiał z nim rozmawiać. A jeśli nie przyjedzie, to zostanie okrzyknięty tchórzem.
Ale Putin ma swoje kalkulacje i na wrzawę medialną nie zwrócił uwagi. Wsłuchiwał się natomiast w wypowiedzi Donalda Trumpa, który dawał do zrozumienia, że osobiście wybierze się do Stambułu, o ile na rozmowy z Zełenskim przyjedzie sam Putin. Perełki delikatnych aluzji drżały w napiętej atmosferze – być może Kreml oczekiwał na bardziej zdecydowaną deklarację ze strony Trumpa, by określić format rozmów. Wiele wskazuje na to, że sam Putin do Stambułu się tak czy inaczej nie wybierał. Ale długo zaprzęgał rydwan i zwlekał z ogłoszeniem składu delegacji. Chodziły słuchy, że wyśle ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa w towarzystwie doradcy ds. międzynarodowych Jurija Uszakowa (Trump wysłał do Turcji sekretarza stanu Marco Rubio).
Sprawdzony rosyjski scenariusz w nowej inscenizacji
Putin zwołał naradę z udziałem ważnych ministrów i szefów służb specjalnych, po czym ogłosił skład delegacji, która poleci do Stambułu – bez ministrów i innych ważnych person. Na czele postawił swojego doradcę Władimira Miedinskiego, manipulatora, eksministra kultury, zawiadującego Z-kulturą i speca od fałszowania historii zgodnie z aktualną linią polityczną, przewodniczącego Związku Pisarzy Rosyjskich.
Według instrukcji, jaką otrzymały rosyjskie media od administracji prezydenta, Miedinski został postawiony na czele grupy wysłanników, gdyż to on kierował delegacją Rosji w Stambule podczas negocjacji na początku wojny. W tamtych negocjacjach Rosja domagała się kapitulacji Ukrainy na postawionych przez siebie warunkach. Wysłanie Miedinskiego teraz to sygnał, że Kreml postrzega obecne rozmowy jako kontynuację tamtych sprzed trzech lat.
Skierowanie do Stambułu delegacji niskiego szczebla pokazuje, że Putin nie zamierza zakończyć wojny, a jeśli widzi taką możliwość, to tylko po wypełnieniu przez Kijów stawianych od początku rosyjskich żądań. To równałoby się utracie przez Ukrainę państwowości. Na to Zełenski nie może się zgodzić.
„Na wesele nie wysyła się pracowników zakładu pogrzebowego. Putin mając wybór pomiędzy deeskalacją i wojną, wybrał wojnę” – skomentował rosyjski emigracyjny politolog Władimir Pastuchow.
Czy spotkania w Stambule niczego nie zmienią?
16 maja w Stambule odbędzie się kilka spotkań w różnych formatach, z udziałem dyplomatów Ukrainy, Stanów Zjednoczonych, Turcji, a także Rosji.
Trump dał do zrozumienia, że – o ile w Stambule uda się osiągnąć postęp w sprawie zakończenia wojny – będzie mógł spotkać się z Putinem. „Już czas. Zobaczymy, co się stanie z Rosją i Ukrainą”.
Tekst ukończono 16 maja o godz. 11 rano
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















