Historia Państwa Izrael jest usłana wojnami, a jednocześnie jest w niej zapisana tęsknota za własną ojczyzną, bohaterstwo i okrucieństwo zarazem, przekonanie o niepewności powstałego tak niedawno państwa przy jednoczesnym poczuciu, że nie może w przyszłości go nie być. I przy jednoczesnym sprzeciwie niektórych państw arabskich, które nie mogą znieść jego obecności. Nawet w zarysie historia Żydów powracających po blisko dwóch dziesiątkach stuleci nieobecności do Ziemi Świętej jest niesłychanym ciągiem wojen, a jednocześnie konstruowania silnego państwa. Groźba zepchnięcia Izraela z powierzchni ziemi do morza wydaje się już historyczna, dziś nierealizowalna.
Dla wielu z nas, zwłaszcza dla tych, którzy tam nie byli, Izrael to po prostu Ziemia Święta. Dobrzy chrześcijanie jadą tam, pielgrzymują i często nawet nie bardzo wiedzą, czym jest ten kraj. Dla pobożnych chrześcijańskich pielgrzymów to zawsze i po prostu jest kraj proroków i Jezusa. A jednak osobliwość tego państwa nie przestaje zdumiewać. Zdumiewa życie przy wiszącej nad nim od początku groźbie nieistnienia. Zdumiewa współistnienie ortodoksyjnych Żydów i Żydów całkowicie nowoczesnych. To dostrzeże każdy turysta czy pielgrzym, spotykając masy ubranych na czarno uczniów szkół rabinackich, i jednocześnie, na tych samych ulicach, zlaicyzowanych Żydów, ale równocześnie zachowujących tradycje wręcz biblijne. Bo wiele rodzin przez zachowywanie niektórych praktyk wyraża przynależność do żydowskiej wspólnoty. Czy ludzie z różnych zakątków świata, z różnych tradycji kulturowych, mogą stworzyć jednolity organizm narodowy? Chcą i mogą, bo tu przyjechali, osiedlili się, żyją, cieszą się, że mają swój kraj.
Tak było jeszcze niedawno. Teraz – jak słyszę – wielu wyjechało.
O swoją egzystencję i o bezpieczeństwo Żydów w Palestynie Izrael walczy od początku. O czym mówi się i pisze, przyznajmy to – nie zawsze obiektywnie. Zasadnicze jest pytanie o skuteczne sposoby obrony, czyli odpowiedź na ataki. Czy skuteczną obroną jest ta uprzedzająca atak, a czasem – to też trzeba widzieć – znacznie bardziej niszcząca niż sam atak. Nie piszę tu tylko o tym, co dziś spotyka palestyńskich mieszkańców w Gazie, o odcięciu ich od dostaw żywności, masowych bombardowaniach i ostrzałach siejących śmierć cywilom. Mam też na myśli obsadzanie swoimi osadnikami obszarów nieprawnie zajmowanych, robienie wszystkiego, co tylko możliwe, by ludzi, którzy mieszkają na tych terenach od pokoleń, zniechęcić do pozostawania tam, zmusić do ucieczki.
Pytanie jest być może czystą teorią, lecz może nie jest: czy gdyby dziś zmieniono nieco stosunek do arabskiej ludności żyjącej na terenie Państwa Izrael i w jego sąsiedztwie, czy gdyby zaprzestano nieustannych szykan, czy gdyby uszanowano ludzkie prawa Palestyńczyków, to wrogość wobec Żydów pozostawałaby niezmieniona, czy jednak by zmalała? Czy gdyby ustalono i respektowano granice, oddzielając Izrael od innych państw, potrzebne byłyby mury i zasieki? Czy gdyby Izrael zamiast siły okazał szacunek, a może i miłość ludziom, na których teren wszedł, nie doznałby od tych, którzy teraz nade wszystko lękają się o swój los, ludzkiej wzajemności? Nie jestem naiwny i wiem, że nie wszyscy byliby zachwyceni. Ale wiem też, że dobrych relacji sąsiedzkich nigdy się nie wymusi.
Teraz, kiedy giną ludzie i trwa wojna, to, co napisałem, brzmi jak bajka dla grzecznych dzieci. Trudno, przynajmniej mogłem wyrazić swoje przekonanie, że pokoju ani między państwami, ani między ludźmi nie będzie bez dobrej woli i bez wiary, że jednak zawsze jest on możliwy, jeśli stworzy się sprzyjające mu warunki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















