Christoph Willibald Gluck: "Orphée et Eurydice"

Pierwszy jest zachwyt: bogactwem brzmienia, zmiennością rytmu, energią wykonania, emocjonalnością muzyki. Drugie jest katartyczne zasmucenie, wynikające z głębokiej prawdy przedstawianego dzieła. Nie sposób przecież nie wzruszyć się, kiedy Orfeusz (Richard Croft) śpiewa po raz pierwszy Euridice!; kiedy po chwili orkiestra zatańczy pierwszy taniec śmierci (Pantomime des Nymphes et des Berges); kiedy kochanek z ufnością i tanecznym krokiem postanowi ruszyć do Hadesu (kończąca pierwszy akt aria L'espoir renait dans mon âme).
Czyta się kilka minut

Nie sposób nie bać się, kiedy już do niego zejdzie; kiedy duchy ciemności i śmierci powiedzą powtarzane przerażająco głośno “No!", coraz głośniej; mimo to Orfeusz wciąż stara się je przebłagać (frazy “Spectre. Larve. Ombres terribles!", kwieciste melizmaty na słowie “malheurs"). Nie zapłakać wreszcie, kiedy nieubłaganie zbliża się czas śmiertelnego ostatniego spojrzenia; kiedy Eurydyka (Mireille Delunsch) z niewinną, jakże zachwycającą naiwnością, będzie go o to prosić.

Minkowski ma w sobie dużo z małego dziecka. Tak szczery, naturalny i - wydawałoby się - prosty jest jego sposób na muzykę. Euforia, z jaką podchodzi do partytury. Jakby zawsze czytał ją pierwszy raz, za każdym razem na nowo, na świeżo, pokazując nieznane strony i blaski. Szuka źródeł tej muzyki, korespondencji z innymi dziełami. Jeśli je odnajdzie, to pokaże z całą okazałością (echa “Czterech pór roku" Vivaldiego w Air de Furies!).

Szuka miejsc, które można powtórzyć, przestawić, w których można dokonać drobnego, ale znaczącego retuszu (w nagraniu wykorzystał paryską wersję dzieła z 1772 roku z tenorową-męską partią Orfeusza). Jeśli piano, to na granicy słyszalności, jeśli forte, to tak, żeby zniszczyć smyczek. Wszystko, by zwiększyć dawkę emocji. By muzyka była jeszcze bardziej żarliwa, niż nam się wydawało, że może być. By dobrać się do najgłębszego i podskórnego nerwu i pulsu.

Zupełnie genialna (i odkrywcza) jest u Minkowskiego relacja napięć. Przypływ i odprężenie, ściśnięcie i rozluźnienie, narastanie i opadanie, crescendo i decrescendo, przyspieszanie i zwalnianie. Wszystko zmienne, pozbawione schematyzmu (tego Minkowski nie znosi). To jak znak firmowy. Na szczęście francuski dyrygent nie musi go zastrzegać. Jest nie do podrobienia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 21/2004