Chmury nad globem

Ostatnio zajmowałem się tu głównie problemami kultury, i to kultury w Polsce, w końcu bliższa koszula ciału. Dziś zamierzałem mówić o nowej książce Rymkiewicza, jego encyklopedii Słowackiego, która bardzo mnie zajęła, ale zdecydowałem, że czas wrócić do spraw globalnych.
Czyta się kilka minut

Chodzi o zagrożenia związane z klimatem i energetyką. Fachowcy amerykańscy nie powątpiewają już w gwałtowne ocieplanie się klimatu związane z emisją dwutlenku węgla do atmosfery. Przewidują kolejne tornada, burze i pożary lasów na wielką skalę, nie tylko w Stanach. Uważają, że trzeba szukać środków zaradczych. Tymczasem tocząca się do ostatnich dni walka wyborcza zepchnęła problemy długofalowe na drugi plan. Być może po definitywnym zwycięstwie Busha Amerykanie znów do nich wrócą, zawsze jednak sprawy bieżące, jak wojna w Iraku czy wystąpienie bin Ladena, bardziej okupują uwagę publiczności.

Z nie całkiem jasnych powodów bardziej rozgrzewa się półkula północna. Ocean Lodowaty zmienia się w otwarte morze i przestaje być przyjazny dla żyjących tam stworzeń, poczynając od białych niedźwiedzi. Odczuwamy to pośrednio i w Polsce; dzisiaj było plus dwadzieścia stopni Celsjusza, a zbliża się połowa listopada. Niebezpieczny jest jednak nie tyle stan aktualny, ile nieuchronne postępy globalnych zagrożeń. Nie jest tak, by zaniechanie kroków ratunkowych doprowadziło do nagłej zapaści, raczej sytuacja będzie się zwolna pogarszała. Liczba ginących gatunków wzrasta, oceany dostarczają coraz mniej ryb...

Stany Zjednoczone - jedna dwudziesta ludności świata - spożywają jedną trzecią energii. Ciągły trend wzrostu obejmuje też inne kraje. Przywódcy Chin spodziewają się, że za kilkanaście lat większość obywateli ich miliardowego kraju będzie miała samochody. W roku 2020 Chiny będą emitowały więcej dwutlenku węgla w atmosferę, aniżeli dzisiaj USA. Zasoby ropy w końcu się wyczerpią, a technologie, które miały ją zastąpić, są na ogół dyskredytowane. Żeby zastąpić ją na przykład wodorem, należałoby w USA zużywać dziennie 230 tysięcy ton tego gazu. Skąd go brać? Dla jego uzyskania należy przecież dokonać elektrolizy wody: trzeba włożyć energię, aby ją otrzymać. Niemcy budują tak zwane parki wiatrowe, które dają energię trzy do pięciu razy droższą aniżeli energia z kopalin, w ilości znacznie niewystarczającej, a w dodatku zaśmiecają krajobraz. Mówi się też o komórkach fotoelektrycznych, ale gdyby nawet całą Saharę obrócić w gigantyczny poligon wychwytujący energię słoneczną, koszt jej przekazywania byłby szalenie wysoki. Zabudowanie takimi komórkami jednego metra kwadratowego kosztuje 500 dolarów i realizacja projektu dla samych Stanów Zjednoczonych pochłonęłaby połowę rocznego dochodu narodowego brutto tego kraju.

Sposobem na powstrzymanie nieustannych wzrostów obecności dwutlenku węgla w atmosferze byłoby jego składowanie w opustoszałych kopalniach czy pieczarach. Nikt się do tego nie pali ze względu na wysokie koszta - chodzi o skomplikowane technologie, które nie przyniosą niestety doraźnych zysków. Gospodarka kapitalistyczna poszczególnych państw nie jest zorientowana altruistycznie; zawsze się mówi, że ktoś inny powinien zrobić to, co zrobić należy.

Wedle wielu fachowców najlepszym rozwiązaniem byłby rozwój energetyki nuklearnej. I tu jednak pojawiają się wątpliwości. Właściwie należałoby co dziesięć dni uruchamiać nowy reaktor dużej mocy; pomysł utopijny, zwłaszcza że w społeczeństwach panuje irracjonalny lęk przed tą energetyką. Najlepsze z istniejących elektrowni jądrowych, tak zwane powielaczowe, nie tylko zużywają paliwo, ale i dostarczają, jako produkt niejako uboczny, pluton. Panuje strach, że zwiększanie światowej masy plutonu ułatwi dostęp doń organizacjom terrorystycznym.

Nie mamy rozwiązań, są tylko zawieszone w powietrzu hipotezy i projekty. Mówi się o tym, by udoskonalić technologie, jakich używali już Niemcy w czasie wojny, mianowicie wodorowanie węgla. Koniunktura na węgiel w skali światowej bardzo się poprawiła. Podobno jedna z naszych spółek węglowych zaczęła produkować węgiel nieistniejący, wydobywany tylko na papierze... Na dłuższą metę nie jest to jednak rozwiązanie.

Uzgodnić kroki doraźne, służące szybkiemu podratowaniu sytuacji, z dalekosiężnymi, związanymi na przykład z ratowaniem klimatu czy szukaniem źródeł energodajnych, jest trudno, zwłaszcza że organizacje, które powinny się tym zajmować, jak Unia Europejska czy amerykańska NAFTA, wcale się do tego nie palą. A poza zagrożeniami długofalowymi mamy i krótkofalowe.

Za naszą wschodnią granicą pojawiła się perspektywa dwóch Ukrain, zachodniej i wschodniej, tak silny podział głosów nastąpił tam w wyborach prezydenckich. Byłoby nie do pomyślenia, żeby jakiś Chirac albo Schröder zjawił się w Ameryce podczas walki wyborczej i głosił wyższość któregoś z kandydatów. A Putin pojechał do Kijowa i przy zupełnej bierności Europy i świata mówił, co chciał. Arafat umiera w podparyskim szpitalu i nie wiadomo, co się stanie w Palestynie.

Co zrobi neokonserwatywna administracja Busha, też nie wiemy; podobno Colina Powella ma zastąpić pani Condoleezza Rice. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Nie bardzo poczuwam się do ufności w stosunku do Amerykanów jako zbawców świata i byłem zaskoczony tym, do jakiego stopnia społeczeństwo polskie zechciało udzielić Bushowi kredytu politycznego. Uważałem, że przegrana Busha byłaby ze wszech miar zdrowa, ponieważ Kerry skłaniał się do koncyliacyjnych kroków, które umożliwiłyby ponowne zjednoczenie świata zachodniego. Tymczasem rów, który administracja Busha wykopała pomiędzy Ameryką i Europą, tylko się pogłębia.

W Polsce powinniśmy dbać o zachowanie politycznej równowagi, tymczasem partie, które prą do władzy, jak na przykład Liga Polskich Rodzin czy Samoobrona, nie mają żadnych koncepcji politycznych ani ekonomicznych. Brak nam idei prowadzących. Status quo nie jest zresztą niekorzystny, rząd Belki jakoś się trzyma w dziwnym balansie, a i nasza waluta jest dziwnie odporna na zagrożenia światowe. Czytałem o zagrożeniu pozycji Kwaśniewskiego; w dużej mierze chodzi, jak mi się zdaje, o polityczne intrygi, które służą storpedowaniu władzy prezydenta. Można go nie lubić, ale wątpię, by takie postępowanie okazało się dobre.

Czym to wszystko się skończy? Oczywiście historia nie może mieć końca, ale mogą w niej następować dosyć gwałtowne zmiany i uchyby, i takie niebezpieczeństwo właśnie przed ludzkością stoi. Nadchodzi okres przełomu, stare metody gospodarowania i rządzenia będą musiały z wolna ustąpić jakimś nowym, ale te nowe jeszcze nie powstały. Żebym wiedział, co należy zrobić, zaraz bym powiedział - ale nie wiem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 46/2004