Z lekka zmoknięte myśli wędrują ku dziełu, które rozsławiło jego imię: "The weather project". Swego czasu w Hali Turbin Tate Modern Eliasson wyczarował gigantyczny zachód słońca. Słońce by się przydało, jesteśmy spragnieni słońca wskutek nadmiernie długookresowej dżdżystości, jednak słońce już było - siedem lat temu i w Londynie. Później artysta sprokurował w Nowym Jorku wodospady na rzece Hudson, bodajże, więc nie do końca wiemy, czego oczekiwać tym razem. Czego, ach, czego oczekiwać?
Dziecięcej radości zachwytu tym, co tu i teraz. Tworzywem Eliassona jest przestrzeń, a w tej przestrzeni my, zadziwieni tym, co wokół nas. Co wokół nas? Kolorowe cienie, odkrywcze lustrzane odbicia, moc atrakcji zapomnianych na salonach sztuki współczesnej. Spektakularna dziwność istnienia: świat zmienia kształt, widzimy rzeczy w nowym świetle - najczęściej dosłownie tak, światła bowiem Eliasson używa mistrzowsko. Iluzjonistyczne efekty rodem z gabinetu luster, zgrabnie wprzęgnięte w bezinteresowną służbę, mnożą się z każdym spojrzeniem (nawet za okno). Nic nie jest tym, czym się wydaje. I tak jest... piękniej.
Ni z tego, ni z owego, w ostatniej i najwspanialszej z sal Olafurowego labiryntu atrakcji znienacka nachodzi mnie niewinność dziecka zadziwionego beztroską błądzenia we mgle. W jakiej mgle? Nie - dusznej, nasączonej oparem trującym. Nie w takiej. A w jakiej? We mgle ogarniającej kolorowym niesamowitym spektrum, mgle iście eskapistycznej. Mgle bez linii frontu. W tym obłoku niewiedzy nie jestem "zmuszony się opowiadać". Dlatego odczuwam ulgę we mgle, w której tkwię, i dziękuję Islandzkiemu Magikowi Eliassonowi. Twórcy wspaniałej sztuki, która niczego ode mnie nie żąda.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















