Reklama

Bartoszewski - mapa biograficzna

Bartoszewski - mapa biograficzna

14.02.2007
Czyta się kilka minut
Legenda - trudno opracować legendę objaśniającą biograficzną mapę człowieka, który sam uchodzi za legendę. Mimo wszystko postanowiliśmy przedstawić graficznie kilka anegdot z 85 lat życia Władysława Bartoszewskiego.
W

WARSZAWA, Połowa sierpnia 1944 roku.

Po upadku Woli, Bartoszewski - pracownik zespołu obsługującego powstańczą radiostację "Anna" - postanawia odwiedzić brata matki, Jerzego Zbiegniewskiego. Krewny mieszka w bloku przy Alei Niepodległości. Bartoszewski zabiera niebieską przepustkę, która upoważnia do przechodzenia przez pierwszą linię frontu. Dochodzi do barykady na rogu ulicy Śniadeckich. Za powstańczymi umocnieniami rozciąga się zryta pociskami ziemia niczyja. O pobliski gmach Politechniki toczyły się ciężkie walki.

Bartoszewski podchodzi do żołnierzy strzegących barykady.

Wywiązuje się następujący dialog: "Zawołali podporucznika. Mówię: - Słuchajcie, kolego. Chcę na Aleję Niepodległości. Tam się można dostać, jak sądzicie? - A dokładnie, gdzie? - Do domu na rogu Szóstego Sierpnia. - Dojść się nie da. Ale dopełznąć, jak was nie zabiją, możecie. - A ostro strzelają? - Strzelają, strzelają. Poza tym nie mamy rozeznania, czy nie położyli min. Patrzcie, widać ledwo najbliższe kilkadziesiąt metrów, i tyle. Jak chcecie, idźcie w nocy. Za dnia nie ma sensu. Ale w nocy nie będziecie widzieli drutów. Nosicie okulary, więc pewnie mało co widzicie. Zresztą wasze ryzyko. A musicie w ogóle tam iść? - Nie, nie muszę. - A idziecie tam służbowo? - Nie, prywatnie. - O, prywatnie to bym nigdy nie poszedł. - Ale mam tam rodzinę. - Nie macie. O ile wiemy, Niemcy stamtąd wszystkich wypędzili".

Cóż zrobić, Bartoszewski wraca na Marszałkowską, skąd nadaje "Anna".

O tym, co stało się w bloku przy Alei Niepodległości, po latach będzie można się dowiedzieć ze wspomnień Władysława Szpilmana. Od lata 1943 r. pianista ukrywa się właśnie w tym domu, w obszernym pokoju na czwartym piętrze. U schyłku drugiego tygodnia Powstania "znowu wybuchła na schodach panika. Przerażeni ludzie biegali nimi w górę i w dół. Z usłyszanych fragmentów rozmów wywnioskowałem, że dom został obstawiony przez Niemców i że należało go natychmiast opuścić, gdyż ma zostać zburzony przez artylerię".

I Szpilmana, i Zbiegniewskiego, i Bartoszewskiego nie opuści szczęście.

Przeżyją wojnę.

KRAKÓW, Lato 1945 r.

W rozmowie z Andrzejem Friszke Bartoszewski wspomina: "Jadąc tuż przed 1 sierpnia pociągiem do Krakowa, spotkałem przypadkiem jedną z naszych dawnych łączniczek z BIP-u, z powstania i z okresu po powstaniu w Krakowie, Joasię Szmigierównę. Nie widziałem jej od paru miesięcy, okazało się, że wznowiła w Krakowie podjęte jeszcze w czasie okupacji studia medyczne. Nic więcej o niej nie wiedziałem. Ale elegancko dźwigałem za nią bardzo ciężką torbę".

W bagażu jest kilkaset egzemplarzy "Boju o Warszawę" - broszury, którą podziemie niepodległościowe poświęciło powstaniu.

Idą razem do kina "Świt", które mieści się w budynku Filharmonii. Ma się tam odbyć akademia w pierwszą rocznicę zrywu stolicy.

Bartoszewski: "Nie pamiętam już, czy wstęp był wolny, czy Joasia miała skądś bilety. Zajęliśmy skromnie i ostrożnie miejsca w drugiej połowie sali, nader szczelnie wypełnionej. W pierwszych rzędach zasiadali przedstawiciele nowej władzy i wojska, w tym chyba gen. Prus-Więckowski, na ogół twarze całkowicie nieznane. Zgaszono światło i na oświetlonej scenie zaczęły się przemówienia, jedno w drugie obłudne i obrzydliwe, pod pretekstem uczczenia pamięci bohaterów - nienawistny polityczny atak na oficerów i dowództwo Armii Krajowej i na całe polskie podziemie niepodległościowe, z równoczesną czkawką zachwytu dla armii sowieckiej".

Szmigierówna i Bartoszewski rzucają dwie luźno związane paczki "Boju o Warszawę". Broszury rozsypują się po sali. Organizatorzy przerywają akademię, ludzie przeciskają się do wyjścia. Bartoszewski i Szmigierówna, przytuleni niczym zakochani, przechodzą niepostrzeżenie obok stojących przy wyjściu funkcjonariuszy bezpieki.

RAMLA W IZRAELU, Jesień 1963 r.

Podczas pierwszego pobytu w Izraelu Bartoszewski odwiedza adwokata Jerzego Meringa, dzięki któremu wyszedł z więzienia w 1954 r., na trzy lata przed upływem wyroku.

Tak opowie o tym w książce "Moja Jerozolima, mój Izrael": "Jerzy Mering ożenił się kiedyś z dużo młodszą, bardzo przystojną panią, artystką, i razem wyjechali [do Izraela - red.], chyba nawet ona go do tego namawiała. Zamieszkali w Hajfie. I tam - nie chcę wchodzić w szczegóły - ad oculos ponoć stwierdził związek swej żony z innym mężczyzną. Poszedł do sklepu i kupił łom. Z tym łomem poszedł do jego domu i go zatłukł, czyli w tej sytuacji nie mogło być mowy o zbrodni w afekcie".

Bartoszewski postanawia pojechać do więzienia znajdującego się w Ramli: "Do celi - miejsca widzenia - prowadził mnie strażnik. Jak zobaczył mój polski paszport, bardzo się zainteresował. - Pan Polak? - zapytał. - A skąd Pan? - Z Warszawy. - A ja też z Warszawy - ucieszył się. - A z jakiej ulicy? - To zależy, kiedy - odpowiedziałem. - No, dawno, przed wojną. - Z Bielańskiej - powiedziałem. - Panie, ja też z Bielańskiej! - zakrzyknął radośnie i w ogóle nie chciał ode mnie odejść, tylko wypytywał o Warszawę. I mówił tak: - Panie, ja, Żyd, pilnuję Żydów w żydowskim więzieniu, w żydowskim państwie, pan sobie to wyobraża?! Czy to było przed wojną do pomyślenia?!".

Po spotkaniu z Meringiem Bartoszewski napisze do prezydenta Izraela prośbę o ułaskawienie adwokata. Liczy, że w najgorszym razie Mering dostanie skrócenie wyroku.

W 1967 r. Mering, na mocy amnestii, wychodzi na wolność.

WROCŁAW, Lata 70., Polska

Bartoszewski często odwiedza z wykładami Kluby Inteligencji Katolickiej w różnych miastach.

Dominikanin o. Maciej Zięba, wtedy mieszkaniec Wrocławia, wspomina: "Władysław Bartoszewski przyjeżdżał nocnym pociągiem wcześnie rano. Jechałem po niego na dworzec. Z tyłu, w półmroku dyskretnie czaiło się paru esbeków. Jeszcze przed wyjściem z wagonu Profesor zaczynał mówić i przez całą drogę do naszego przyjaciela, który przygotowywał śniadanie, kontynuował swą opowieść, co pewien czas żartując z paru »smutnych« panów, którzy asystowali nam w drodze. Następnie jadł śniadanie i nie przerywając jedzenia, mówił przez cały czas. Tylko on to potrafi. Potem szliśmy na uniwersytet, do biblioteki Instytutu Historii, gdzie przychodziła grupa historyków, a Profesor niestrudzenie perorował. Na obiad szliśmy do arcybiskupa, a potem jeszcze jedno, dwa krótkie towarzyskie spotkania - Bartoszewski nie przestawał mówić ani na sekundę.

Potem następowało danie główne pobytu - odczyt w KIK-u. Ludzie ściśnięci w sali i na korytarzach, z braku miejsca stali również na zewnątrz, słuchali, jak Pan Władysław wykłada najnowszą historię Polski, czyniąc, z coraz większym zapałem, dowcipne aluzje do realiów PRL-u. Huraganowy śmiech, który co chwila przetaczał się przez salę, był niebezpieczny dla zdrowia. W tak wielkim ścisku łatwo było naderwać mięśnie brzucha lub złamać żebro.

Po odczycie szliśmy zawsze do mojego domu na kolację, na którą zapraszałem paru gości. Profesor do pierwszej w nocy mówił bez chwili odpoczynku, a potem rześki i żwawy wsiadał do nocnego pociągu.

W ten sposób mniej więcej raz na kwartał miałem osiemnaście czy dziewiętnaście godzin słuchania przemawiającego bez chwili przerwy Władysława Bartoszewskiego".

NOTTULN W WESTFALII (NIEMCY), Rok 1977.

Razem z działaczem katolickim Reinholdem Lehmannem (sekretarzem generalnym organizacji "Pax Christi" i osobą odpowiedzialną za organizowanie kontaktów środowiska "Znaku" i "Tygodnika" w Niemczech) oraz z profesorem Klemensem Richterem (także z organizacji "Pax Christi") Bartoszewski omawia nowy program nauczania religii w zachodnioniemieckich szkołach.

Rozmówcy, działający na polecenie Episkopatu Niemiec, chcą skonsultować kilka zagadnień związanych z najnowszą historią Polski i osobistymi doświadczeniami Bartoszewskiego. Potem zapraszają go do gospody na obiad. Jest zupa i rumsztyk.

Po kilku tygodniach Lehmann - objęty już wówczas przez władze PRL zakazem wjazdu do Polski - pisze na łamach 46. numeru "Tygodnika Powszechnego": "Kelner zaprowadził nas do stołu. Polski gość zajął miejsce na lewo ode mnie, spojrzał krótko w prawo i na wyłożoną klinkierem ścianę i zagłębił się w karcie potraw. Na ścianie wisiał w złotej ramie worek wojskowy z zasobów zaopatrzenia Wehrmachtu, z grubą czarną swastyką na dolnej części. Hakenkreuz na ścianie w złotych ramkach w westfalskiej wsi o kilkuset mieszkańcach. Dla Polaka szczególny rodzaj obiadowania. Dla Niemca, z polskim gościem czy bez, zawstydzające. Nie wiem, co sobie myślał Bartoszewski. Nie spytałem go o to".

Następnie Lehmann zastanawia się, czy "ilość pomylonych w naszym kraju nie jest większa niż gdzie indziej".

I odpowiada: "Chcę w najbliższych dniach napisać do mego polskiego przyjaciela. Chciałbym mu powiedzieć, że zawsze unikałem zaproszenia go do restauracji w miejscowości, gdzie mieszkam. Bo tam, niedaleko ode mnie, za rogiem, śpiewają nieraz piosenki hitlerowskie. I ciągle robią sobie kpiny z Willy Brandta za gest przed pomnikiem Getta w Warszawie. W mojej miejscowości poglądy nie znajdują wyrazu na ścianie. One wychodzą z tuzina gardeł".

W swojej książce pt. "Warto być przyzwoitym" (wydanej także w Niemczech; jej współautorem był Lehmann) Bartoszewski tak opowie o incydencie w Nottuln: "Mnie nie wyprowadziło to z równowagi, bo wiem, że w każdym kraju znaleźć można głupców i ludzi niepoprawnych".

LONDYN, Zima 1981 r.

Bartoszewski spotyka się z prezydentem RP na Uchodźstwie Edwardem Raczyńskim.

Po latach opowie o tym Michałowi Komarowi: "Po przywitaniu pani Aniela Raczyńska zostawiła nas samych. Zrozumiałem, że rozmowa będzie miała charakter oficjalny, służbowy, no, nie wiem, jak to nazwać. I słyszę: - Panie Władysławie, zdecydowałem się ustąpić, a wedle konstytucji, jestem zobowiązany do wyznaczenia następcy...".

Po chwili Raczyński wyjaśnia: "Jestem starym człowiekiem. Mógłbym być pana ojcem. Chcę pana wyznaczyć na mojego następcę...".

Bartoszewski tłumaczy, że musi wracać do Polski, żeby wspierać "Solidarność".

Prezydent Raczyński na to: "Poradzą sobie bez pana, a nam przyda się człowiek, któremu ufa Lech Wałęsa".

Bartoszewski ripostuje: "Po wtóre - musiałbym mieć wsparcie politycznych ugrupowań emigracyjnych".

Raczyński: "To już zostało sprawdzone. Aprobują pana wszystkie ugrupowania, no, może z wyjątkiem prawego skrzydła endecji, ale i ten opór będzie przezwyciężony, gdy się dowiedzą, że ma pan poparcie episkopatu".

Bartoszewski dalej: "Po trzecie - musiałbym mieć wsparcie władz brytyjskich".

Prezydent Raczyński: "Zaręczam, że z tym nie będzie kłopotu".

Bartoszewski znowu: "Po czwarte - powinienem poprawić swój angielski...".

Raczyński: "Niech pan to zrobi...".

Po tygodniu namysłu Bartoszewski odmawia.

Wspomina: "Z moimi oszczędnościami? Z moimi honorariami? Ktoś musiałby płacić za mieszkanie w Londynie, utrzymanie, ubezpieczenie lekarza. Kto? Skarb Narodowy! Miałbym być utrzymaniem Polski? Nie. Nie wypada".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Były dziennikarz, publicysta i felietonista „Tygodnika Powszechnego”, gdzie zdobywał pierwsze dziennikarskie szlify i pracował w latach 2000-2007 (od 2005 r. jako kierownik działu Wiara)....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]