Podejrzewam, że tego lata popularną rozrywką stanie się licytacja na najbardziej nawiedzone korytarze i zaplecza. Sama sobie takie przypominam, na pozycję lidera wysuwa się ten przedziwny sklep z tanią odzieżą, do którego owszem, z zewnątrz zapraszała zwyczajna, wesoła witryna, ale już by dostać się do środka, trzeba było przebyć kłębowisko niedoświetlonych, orurowanych korytarzy i schodów, a sama hala witała stosownie upiornymi mrugającymi świetlówkami.
Gdy oglądałam ze sporą satysfakcją horror „Backrooms”, bardzo zresztą przeze mnie wyczekiwany, wyobrażałam sobie naturalnie scenerie, w których mógłby powstać w Polsce, i była to niewątpliwie wartość dodana.
„Backrooms” to film szczególny – gratka nie tylko dla miłośników kina grozy, ale też folklorystyki, bo wyłonił się z fanowskiej aktywności w internecie. Zanim powstał pełny metraż, jego reżyser Kane Parsons zrealizował niezależny serial zamieszczony na YouTubie, powstały też gry.
Ale wszystko zaczęło się od creepypasty i niepokoju, jaki wywołało w pewnym anonimowym użytkowniku realne zdjęcie pustej hali sklepu meblowego w tonacji mdłych żółcieni. „Jeśli nie zachowasz ostrożności, to znoclipujesz się [słowo ze slangu gier komputerowych, które oznacza w największym, grubo ciosanym że aż wstyd, uproszczeniu, wypadniesz – przyp. O.D.] z rzeczywistości i wylądujesz właśnie w tej przestrzeni bez końca”, ostrzegał.
Creepypasta to gatunek grozy z pogranicza fikcji i folkloru. Sama opowieść jest wymyślona, ale ponieważ przypomina kategorię zwaną w folklorystyce memoratem i fabulatem (opowieść o niezwykłym zdarzeniu, nowoczesne podanie, które ma źródło w czyjejś osobistej relacji) albo legendę miejską (zwykle fikcyjną opowieść, którą ludzie przekazują sobie tak, jakby była prawdziwa i często także sami w nią wierzą), to często naturalnie „wlewa się” do codziennego życia i mowy potocznej.
Tutaj również budowa całego złożonego świata zaczęła się od jednej fotografii, której anonimowość i pozorny brak właściwości uruchomiły wyobraźnię ludzi. To w creepypastach i tzw. Cursed images, czyli niepokojących fotografiach bez kontekstu, najciekawsze: ten efekt, który kojarzy się ze złudzeniami człowieka niewyspanego lub przedmiotami, które zniekształcają się i ożywają po zmierzchu w oczach kogoś z wadą wzroku.
W świecie „Backrooms” wszystkie elementy składają się w przestrzeń, która ma być doskonale przewidywalna, nudna, bez właściwości: podwieszane sufity, lampy kasetonowe, wykładziny, kolor jajecznicowy. Wszystko ściśle praktyczne, łatwe do sprzątania i zgodne z normami BHP. Powtarzalne i jednakowe, czyli takie, jakie wielu ludziom zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Ale to właśnie staje się źródłem przerażenia. Jest tak neutralnie, nieskończenie neutralnie, że można odejść od zmysłów. Jakby jednocześnie w tle grała Siekiera: „jest bezpiecznie, jest bezpiecznie…”.
Serial „Backrooms” czerpał swoją siłę z umowności, ale pełny metraż rządzi się swoimi prawami. Dlatego fabuła kładzie nacisk na trochę inny, psychologiczny wątek. Zaplecze funkcjonuje tu jako metafora naszych własnych brudowników, niedokończonych spraw, w których snują się zmutowane złudzenia i spiętrzają ślepe uliczki, ale których opuszczenia z jakiegoś powodu odmawiamy. W filmie snują się po nich uosobienia zniekształconych wspomnień, przypominające halucynacyjne wizje starej wersji modelu językowego Dall-E (myślę, że to będzie prawdopodobnie jedyna ciekawa rzecz, która zostanie nam po smutnej epoce fascynacji sztuczną inteligencją).
Ale najciekawszym motywem jest wyciśnięcie maksymalnego horroru ze zwyczajności. W jednej z najbardziej inspirujących scen meble, przypominające do złudzenia autentyczny asortyment bardzo niegdyś modnej na Śląsku sieci „Mebel Cyroń”, wsiąkają w wykładzinę, przypominając instalację sztuki współczesnej. Nostalgia to nie droga ratunku, to wciągająca, ale pułapka – wydaje się mówić Parsons, który osadza film w roku 1990 (z oczywistych przyczyn nie mogąc go pamiętać – urodził się znacznie później).
Potencjalne dziedzictwo świata „Backrooms” to zachęta do wyostrzenia uwagi na przestrzeń, zwłaszcza tę, przez którą przemyka się bezwiednie, albo tę bezdusznie użytkową, która z zasady ma nie sprzyjać budowaniu z nią więzi. Rzeczywistość już wyprzedza tu wyobraźnię.
Pomysły sprzedawców tzw. mieszkań inwestycyjnych czy na wynajem krótkoterminowy kipią surrealizmem, którego Salvador Dali do spółki z Maksem Ernstem by nie wymyślili – np. drzwi wejściowe do mieszkania, które prowadzą prosto na sedes, czy mieszkalna piwnica o niezapomnianym prosektoryjnym klimacie, który zapewnia, z braku okien, mroźne światło podłużnej ledówki. A standaryzowane remonty przestrzeni użyteczności publicznej, z identycznymi lampami LED i siedziskami, zastępują nasze dotychczasowe polskie Backroomsy – te z PRL, z niezapomnianą zielonkawą lamperią i gumoleum.
Dzięki nim kolejne creepypasty piszą się już same.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.







