Reklama

Atak obronny

Atak obronny

w cyklu Strona świata
07.03.2020
Czyta się kilka minut
Donald Trump dogadał się z talibami, ale afgańska wojna jeszcze się nie skończyła. I nie wiadomo, czy prędko się skończy. Prezydent USA chce wykorzystać pokój z talibami w walce o reelekcję i uważa, że cała afgańska reszta to już nie jego zmartwienie.
Po ataku terrorystycznym w Kabulu, 6 marca 2020 r. / Fot. Tamana Sarwary / AP Photo / East News
P

Przed tygodniem, w ostatnią sobotę lutego, w katarskiej stolicy Dausze Amerykanie podpisali z talibami ugodę, która ma im pozwolić zakończyć prawie 20-letnią, czyli najdłuższą w amerykańskiej historii, wojnę i wycofać ostatnich żołnierzy spod Hindukuszu. W zamian talibowie obiecali wyrzec się przyjaźni i partyzanckiego pobratymstwa z dżihadystami z Al-Kaidy, którzy korzystając z ich gościny w Afganistanie przygotowali terrorystyczne ataki na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września. To właśnie one sprowokowały Amerykanów w październiku 2001 r. do zbrojnej interwencji, która obaliła rządy talibów w Kabulu. Błyskawiczne i łatwe zwycięstwo Amerykanów, podobnie jak w przypadku wszystkich w historii obcych inwazji na Afganistan, przerodziło się jednak w przewlekłą wojnę na wykrwawienie. Stare porzekadło mówi, że nie ma nic łatwiejszego niż podbić Afganistan. I nie ma nic trudniejszego niż zmusić go do uległości.

Pokój na weekend

Pokój świętowano w sobotę, ale już w niedzielę pojawiły się pierwsze spory i wątpliwości, jak rozumieć zapisy ugody. W poniedziałek zaś, po tygodniowej niezwykłej ciszy – talibowie przerwali walki, bo Amerykanie zapowiedzieli, że inaczej nie podpiszą z nimi żadnego porozumienia – w Afganistanie znów rozległa się strzelanina.

Już w poniedziałek talibowie ogłosili, że wracają do wojowania, a w ciągu następnych czterech dni dokonali prawie stu ataków zbrojnych niemal w całym Afganistanie. Do najpoważniejszego doszło w środę, w północnej prowincji Kunduz, gdzie talibowie zaatakowali posterunek wojska rządowego i zabili 17 żołnierzy. Dzień wcześniej zabili 5 policjantów w podkabulskiej prowincji Logar i dwóch w Helmandzie, na południu – w swoim mateczniku i twierdzy. W Helmandzie, w odwecie za napaść na rządowe wojsko, amerykańskie lotnictwo zbombardowało talibów – była to pierwsza od prawie dwóch tygodni operacja zbrojna Amerykanów. Dziennikarze „New York Timesa” podliczyli, że od podpisania ugody między Amerykanami i talibami w Afganistanie zginęło prawie 100 osób, z czego połowę stanowili cywile. Afgańskie wojsko nie podjęło w tym czasie żadnej operacji zaczepnej przeciwko talibom.

„Nie doszło do ataku w Kabulu ani żadnej ze stolic 34 prowincji kraju. Nie doszło do żadnego poważnego zamachu. Nie doszło do żadnego ataku przeciwko wojskom USA ani wojskom zachodniej koalicji – uspokajał w Waszyngtonie przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabu gen. Mark Milley. – Owszem, doszło do wielu ataków, ale wszystkie były niewielkie i wszystkie zostały odparte”. A rzecznik amerykańskich wojsk w Afganistanie płk Sonny Leggett wytłumaczył powietrzny atak Jankesów przeciwko talibom w Helmandzie: „To był atak obronny – powiedział. – Talibowie napadli na posterunek afgańskiego wojska rządowego, choć uprzedzaliśmy, że jeśli do tego dojdzie, będziemy wspierać naszego sojusznika. Gdyby nie zaatakowali, to i sami nie zostaliby zaatakowani”. „Przywódcy talibów obiecali nam, że powstrzymają się od działań zbrojnych. Wzywamy ich, by dotrzymali danego słowa” – dodał Zalmay Khalilzad, amerykański dyplomata afgańskiego pochodzenia, który wynegocjował i w imieniu Stanów Zjednoczonych podpisał w Dausze ugodę z talibami.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Wojna o pokój


W piątek w Kabulu doszło jednak do gwałtownej strzelaniny, w wyniku której zginęło prawie 30 osób, a ponad 50 zostało rannych. Uzbrojeni napastnicy zaatakowali podczas uroczystości związanych z rocznicą śmierci Abdula Alego Mazariego, jednego z przywódców afgańskich szyitów, zamordowanego w 1995 roku przez talibów. W zgromadzeniu brał udział m.in. premier Abdullah Abdullah. Talibowie, najpotężniejsza i najliczniejsza z afgańskich partyzanckich armii, zarzekają się jednak, że nie mieli z tym zdarzeniem nic wspólnego.

Afganistan dla Afgańczyków

W ugodzie Amerykanie zobowiązali się, że w ciągu 135 dni zmniejszą swoją armię w Afganistanie z obecnych około 13 tys. do 8,6 tys. (Trump i jego generałowie zrobiliby to tak czy siak) i obiecali, że jeśli talibowie dotrzymają umowy, do końca przyszłego roku wycofają spod Hindukuszu pozostałe wojska (poza żołnierzami z oficjalnych kontyngentów w Afganistanie stacjonuje kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy z prywatnych korporacji, powiązanych z rządem USA). Wraz z nimi wyjechać z Afganistanu mają też wszyscy pozostali żołnierze zachodniej koalicji. Redukcja wojsk ma być uzależniona od tego, w jaki sposób talibowie będą spełniać swoje obietnice – mają przede wszystkim wypowiedzieć sojusz Al-Kaidzie i nie wpuszczać do Afganistanu jej partyzantów, a także podjąć walkę z dżihadystami z wrogiego zarówno talibom, jak Al-Kaidzie tzw. Państwa Islamskiego. Nad przestrzeganiem tych obietnic ma czuwać wspólna, Amerykanów i talibów, komisja z siedzibą w Dausze. Jankesi zaś tylko formalnie uzależniają wycofanie swoich wojsk z Afganistanu od układu pokojowego między talibami a ich rządem z Kabulu, ustanowionym pod kuratelą Waszyngtonu.

W czterostronicowej zaledwie ugodzie z Dauhy mówi się głównie o końcu amerykańskiej wojny w Afganistanie, a mniej o przyszłości tego kraju. Trump i jego dyplomaci rozdzielili sprawy amerykańskie od afgańskich. Waszyngton chce wycofać wojska i wyplątać się z afgańskiej wojny, zostawiając samym Afgańczykom sprawy przyszłości i przyszłego kształtu ich kraju. Przedstawiciele kabulskiego rządu w ogóle w rozmowach w Dausze nie brali udziału, a talibowie nie uznają ich za prawowite władze kraju. W ugodzie z Amerykanami obiecali, co prawda, że podejmą rozmowy z Kabulem, wyznaczono nawet wstępny termin (10 marca) i miejsce spotkania (Oslo), ale wątpliwe, by do niego doszło. Po ogłoszeniu w lutym wyników zeszłorocznych wyborów prezydenckich obaj pretendenci do tronu – urzędujący od 2014 roku prezydent Aszraf Ghani i premier Abdullah – uważają się za zwycięzców i jedynych prawowitych przywódców. Spór o władzę uniemożliwia powołanie delegacji na rozmowy z talibami.

Nie umierać za Kabul

Co więcej: już nazajutrz po zawarciu przez Jankesów ugody z talibami doszło do pierwszych sporów o jej zapisy. Amerykanie obiecali talibom, że jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji z kabulskim rządem wypuści on ze swoich więzień 5 tysięcy przetrzymywanych w nich talibów. Talibowie zobowiązali się uwolnić ze swojej niewoli tysiąc jeńców – żołnierzy, policjantów, urzędników. Prezydent Ghani odmówił jednak wymiany jeńców przed rozpoczęciem rozmów pokojowych i zawieszeniem broni między talibami a Kabulem. Talibowie zaś zapowiedzieli, że dopóki do wymiany jeńców nie dojdzie, z żadnymi przedstawicielami afgańskich władz spotykać się nie będą.

Ghani opiera się Amerykanom, ponieważ obawia się, że chcąc za wszelką cenę wyplątać się z afgańskiej wojny, Trump, jego dyplomaci i generałowie gotowi są ustąpić talibom prawie we wszystkim. Już obiecali wycofać do końca przyszłego roku wojska z Afganistanu, do sierpnia znieść wszelkie sankcje wobec talibów, a ich przywódców wykreślić z międzynarodowych listów gończych i „czarnych list” najgroźniejszych zbrodniarzy i wywrotowców. Wymiana jeńców przed rozpoczęciem rozmów pokojowych i zawieszeniem broni pozbawiłaby Ghaniego kolejnego atutu w negocjacjach.

Obawy afgańskiego prezydenta podziela zresztą wielu republikańskich kongresmenów i senatorów oraz byłych urzędników z administracji Trumpa. Uważają oni, że prezydent, ze szczerego przekonania, ale też dla reelekcji, idzie na zbyt wielkie ustępstwa wobec talibów, poświęca kabulski rząd i porządki, jakie Amerykanie ustanowili w Afganistanie po 2001 roku. Że talibowie wszystko obiecają, byle pozbyć się obcych wojsk z Afganistanu, i nie dotrzymają żadnej obietnicy, kiedy obcych armii już nie będzie. I że tak naprawdę ugoda z talibami dotyczy warunków wycofania amerykańskich wojsk z Afganistanu, a nie tamtejszych wojny i pokoju.

Prezydent na telefon

Sporą konsternację w Waszyngtonie (a także w Kabulu) wywołała ponad półgodzinna telefoniczna rozmowa, jaką we wtorek odbył Trump z politycznym przywódcą talibów i ich głównym negocjatorem, mułłą Abdulem „Baradarem” Ghanim. Trump obiecał „Baradarowi”, że pośle do Kabulu szefa dyplomacji Mike’a Pompeo, żeby załatwił z Aszrafem Ghanim sprawę wymiany jeńców. Trump, który potem opowiadał, że rozmawiał z samym emirem talibów, wychwalał ich (choć oficjalnie wciąż uważani są w Stanach za terrorystów) jako afgańskich patriotów i zapewniał, że tak samo jak Amerykanie mają już dość wojny i pragną tylko pokoju. Żaden wcześniejszy amerykański prezydent nie rozmawiał z przywódcami talibów. Dlatego afgański prezydent uznał rozmowę Trumpa i jego słowa o talibach za policzek, kolejne podważenie jego autorytetu i władzy.


Polecamy: Strona świata - specjalny serwis z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego


A Trump zapowiada, że bardzo chciałby się z emirami talibów spotkać, zaprosić do Camp David. Powtarza też przy każdej okazji, że Amerykanie nie zamierzają być dłużej policjantem reszty świata, pilnować wszędzie pokoju i porządku. I że to nie z powodu sposobu, w jaki talibowie rządzili Afganistanem, Ameryka dokonała zbrojnej inwazji na ten kraj, ale dlatego że zagnieździła się tam terrorystyczna międzynarodówka, Al-Kaida.

„Proszę nie pozwolić, by ktokolwiek popsuł ugodę, jaką zawarliśmy, i uniemożliwił wam wyplątanie się z przedłużającej się wojny” – powiedział „Baradar” Trumpowi w rozmowie telefonicznej. I wygląda na to, że miał na myśli prezydenta Ghaniego i rząd z Kabulu.

Talibowie wiedzą, że ewentualne negocjacje z kabulskimi władzami – na co w ogóle nie mają ochoty – potrwają znacznie dłużej, niż to sobie wyobrażają w Białym Domu (za każdą zwłokę winić będą mnożącą żądania i warunki stronę rządową). A rozdzielając sprawy amerykańskie od afgańskich i nie uzależniając wycofania wojsk od wyników pokojowych negocjacji, Amerykanie zabiorą swoich żołnierzy z Afganistanu, zanim Afgańczycy zdążą cokolwiek między sobą ustalić. A wtedy – zdają się wierzyć talibowie – kwestię władzy i przyszłych porządków pod Hindukuszem rozstrzygną zwycięską wojną, a nie w drodze politycznych targów.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Pan Wojciech Jagielski - jak zwykle - z dużym znawstwem przekazuje aktualną sytuację dot. skomplikowanego Bliskiego Wschodu. Dziękuję!

Sadze, ze jest to afganska wersja wietnamskiego "pokoju z honorem". Zakonczy sie tak samo jak wtedy i.e. obecny rzad bez pomocy amerykanskiej upadnie. Jesli Talibowie powroca do wladzy slusznym bedzie pytanie, co bylo celem tej wojny i czy warto bylo wojowac i poswiecac zycie zolnierzy przez 19 lat? Pozdrawiam
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]