Reklama

Wybór Afgańczyków

Wybór Afgańczyków

w cyklu STRONA ŚWIATA
27.09.2019
Czyta się kilka minut
Zamiast cieszyć się lub martwić pokojem, który po dwudziestoletniej wojnie Amerykanie chcieli zawrzeć z talibami, Afgańczycy, ryzykując życie, wybierają prezydenta. A jego panowanie i tak zależeć będzie od dalszego przebiegu wojny.
Afgański pracownik Niezależnej Komisji Wyborczej (IEC) z urną wyborczą, którą będzie ładował na ciężarówkę, Herat, 25 września 2019 r. / FOT. HOSHANG HASHIMI/AFP/East News
W

W pierwszym tygodniu września wszystko wskazywało, że Amerykanie dobiją targu z talibami i trwająca od 2001 roku najnowsza odsłona toczącej się od prawie pół wieku afgańskiej wojny dobiegnie końca. Zalmay Khalilzad, wyznaczony przez amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa na głównego negocjatora w rozmowach z talibami, chwalił się, że po prawie rocznych rokowaniach ugoda była już gotowa. Talibowie i afgański prezydent Aszraf Ghani zaproszeni do Camp David, by ją uroczyście i w świetle jupiterów podpisać. Wyglądało na to, że zapowiedziane na koniec września wybory prezydenckie w Afganistanie, i tak już dwukrotnie przekładane, okażą się niepotrzebne, a nowy afgański przywódca zostanie wybrany przy „okrągłym stole”.

Ugoda pod Hindukuszem

Umowa z talibami została jednak w ostatniej chwili zerwana. Trump oznajmił, że nie będzie układał się z kimś, kto nie potrafi powstrzymać się od wojny nawet na czas negocjacji. W rzeczywistości, jak nikt inny, pragnął spektakularnego triumfu w Camp David, a podpisania ugody odmówili talibowie, którzy nie chcieli mieć niczego wspólnego z afgańskim prezydentem Ghanim, którego nie uznają i uważają za marionetkę Amerykanów (Afgańczyk był wykluczony z rozmów między talibami i Amerykanami). Będą tego żałowali, bo ugoda, którą mieli podpisać, była w praktyce bezwarunkową kapitulacją Amerykanów. Drugą taką trudno im będzie wytargować.

Zgodnie z niedoszłym układem pokojowym Amerykanie jeszcze w tym roku mieli wycofać jedną trzecią z 15 tysięcy żołnierzy stacjonujących w Afganistanie, a do końca przyszłego roku – wszystkich pozostałych. Amerykanie mieli też zamknąć wszystkie (pięć) bazy wojenne w Afganistanie i kazać kabulskiemu rządowi wypuścić z więzień wszystkich jeńców talibów. W zamian Amerykanie żądali jedynie obietnicy talibów, że nie wpuszczą do Afganistanu dżihadystów i nie pozwolą, by z afgańskiej ziemi zagrozili oni Ameryce, ani jej sojusznikom. Zawieszenie broni, jakiego mieli przestrzegać talibowie, miało dotyczyć jedynie wycofujących się Amerykanów – z pozbawionym amerykańskiego wsparcia afgańskim wojskiem rządowym mogli nadal walczyć. Jankesów nie interesowały przyszłe porządki w Afganistanie, ani kształt przyszłych władz – miało to zostać ustalone między kabulskim rządem i talibami podczas rozmów, których terminu nawet z grubsza nie określono. Amerykanie gotowi byli się wyrzec wszystkich demokratycznych zmian, jakie zaprowadzili pod Hindukuszem. Zgadzali się nawet na to, by już teraz Afganistan wrócił oficjalnie do nazwy Muzułmański Emirat, jaką nosił pod panowaniem talibów (1996-2001), przez co Waszyngton uznawał ich – a nie ustanowiony przez siebie rząd w Kabulu – za prawowite afgańskie władze.

Jak zostać zbawcą

Trump gotów był na to wszystko, byle, jak kiedyś Jimmy Carter z egipskim prezydentem Anwarem Sadatem i izraelskim premierem Menachemem Beginem, podpisać ważny międzynarodowy układ pokojowy, zakończyć amerykańską wojnę w Afganistanie, najdłuższą jaką kiedykolwiek toczyła Ameryka, i do przyszłorocznych wyborów prezydenckich stanąć jako zbawca i mąż stanu, i zapewnić sobie reelekcję.

W przedwyborczym roku Trumpowi tylko na tym zależy, a hasło „America First” zmieniło – przynajmniej chwilowo – znaczenie na „Trump First”. Troska o reelekcję pochłonęła Trumpa tak bardzo, że umknęło mu chyba, iż zaprosił talibów do Camp David i chciał z nimi hucznie podpisywać pokój w rocznicę terrorystycznych zamachów z 11 września 2001 roku na Waszyngton i Nowy Jork. Przeciwko tak korzystnej dla talibów ugody pokojowej protestowali też amerykańscy wojskowi i politycy, w tym prezydencki doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, który zapłacił za to posadą.

Trump bardzo niechętnie wycofał się w końcu z politycznego targu z talibami, a za pretekst posłużył mu kolejny, dokonany przez nich zamach bombowy w Kabulu, w którym zginęło kilkanaście osób, w tym amerykański żołnierz (w Afganistanie w tym roku zginęło już 17 amerykańskich żołnierzy, ale żadna wcześniejsza śmierć nie spowodowała zerwania negocjacji z talibami). W rzeczywistości do uroczystego podpisania pokoju w Camp David i tak by nie doszło, bo przywódcy talibów zabronili swojej delegacji występu w wymarzonym przez Trumpa telewizyjnym spektaklu. Optymiści w Waszyngtonie twierdzą, że Trump postąpił sprytnie, wycofując się z niekorzystnej dla Ameryki ugody i że następną amerykańscy dyplomaci wytargują na lepszych warunkach. Jeśli nie dla samego Trumpa, to dla Ameryki, jej sprzymierzeńców i protegowanych.

Talibowie wyjechali z Waszyngtonu ogłaszając, że gotowi są w każdej chwili wrócić do rozmów, bo inaczej afgańskiej wojny skończyć się nie da. Po drodze pod Hindukusz i do Kataru, gdzie mają swoją oficjalną ambasadę, zajechali jednak do Moskwy, Teheranu i Pekinu, żeby tamtejszym rządom opowiedzieć o swoich rozmowach z Amerykanami.

Afgańczycy nie na żarty przestraszeni, że Trump za reelekcję sprzeda ich talibom, nie darli szat z powodu fiaska z Camp David. Zmartwiła ich za to myśl, że wobec niepowodzenia pokojowych rokowań z pierwszego tygodnia września, w ostatnim tygodniu miesiąca przyjdzie im wybierać prezydenta.

Bieg z zagrożeniem życia

Od obalenia talibów w 2001 roku w Afganistanie przeprowadzono już trzy wolne, prezydenckie elekcje, a do pierwszych z nich Afgańczycy odnosili się z entuzjazmem, uważając za symbol korzyści z amerykańskiej inwazji: że także pod Hindukuszem zapuszczają korzenie nowe, światowe, demokratyczne porządki. W pierwszej, z 2004 roku, zwyciężył Hamid Karzaj, rządzący z namaszczenia Amerykanów od końca 2001 roku jako premier. W 2009 roku Karzaj wygrał ponownie, a w 2014, gdy po drugiej i ostatniej kadencji musiał złożyć władzę, zastąpił go obecnie panujący Aszraf Ghani.

Nawet gdy Amerykanie układali się jeszcze z talibami, pomijany w rozmowach Ghani upierał się, że prezydenckie wybory w Afganistanie trzeba koniecznie przeprowadzić, by ich zwycięzca – czyli on sam – mógł potem występować wobec talibów jako prawowity przywódca. Karzaj, który choć nie zajmuje żadnego stanowiska, wciąż zalicza się do najbardziej wpływowych afgańskich polityków, twierdzi, że prezydencka elekcja jest niepotrzebna. Miałaby sens, gdyby wcześniej porozumiano się z talibami, a tak może tylko pogorszyć sytuację w kraju, i zwiększyć liczbę ofiar. „Nie czas na wybory. Wcześniej trzeba zacząć rozmawiać z talibami o pokoju – powiedział Karzaj w wywiadzie dla Associated Press. – Ale nie tak jak ostatnio Amerykanie, w tajemnicy, za plecami. Ta wojna została Afgańczykom narzucona, my w niej tylko giniemy. Kazać dziś Afgańczykom wybierać prezydenta, to jak namawiać ciężko chorego na serce, żeby wystartował w biegu maratońskim”.

Wojną i powyborczym chaosem straszy też Gulbuddin Hekmatjar, weteran wojen z lat 80. przeciwko armii radzieckiej, domowej z lat 90. i tej ostatniej, przeciwko Amerykanom. Hekmatjar, niegdysiejszy faworyt Amerykanów, jest jednym z głównych sprawców dzisiejszego afgańskiego nieszczęścia. W latach 80. walczył z Rosjanami, ale równie zaciekle z innymi mudżahedinami, rywalizując z nimi o pierwszeństwo w kolejce po amerykańskie dolary. Kiedy po wycofaniu wojsk sowieckich przegrał wyścig o władzę w Kabulu, wywołał wojnę domową, która doprowadziła Afganistan do całkowitego upadku. Ponownie pokonany, przystał do talibów, a trzy lata temu, w zamian za amnestię i obietnicę udziału we władzy, zgodził się przejść na stronę rządową. W sobotę będzie ubiegał się o prezydenturę i grozi, że jeśli wybory zostaną oszukane, w kraju wybuchnie nowa wojna. „Lepiej, byśmy nie musieli żałować, że wróciliśmy do Kabulu” – straszy.

Niebezpieczny wybór

Wszystkim dotychczasowym wyborom w Afganistanie towarzyszyły oskarżenia o oszustwa na skalę niemal przemysłową, a także zbrojne ataki i zamachy bombowe talibów, którzy za każdym razem próbują sabotować elekcję. Po zerwaniu pokojowych rozmów, zarówno talibowie, jak Amerykanie nasilili walki, w których tuzinami giną cywile. Już sierpień, gdy polityczne targi zdawały się zmierzać do szczęśliwego końca, okazał się wyjątkowo krwawy – codziennie ginęło po sto osób.

Strach przed zamachami bombowymi i talibami, a także niewiara, że demokratycznie wybrany przywódca zaradzi kłopotom, sprawiają, iż znawcy afgańskiej polityki obawiają się o wyborczą frekwencję. Talibowie kontrolują ponad połowę kraju, a jedna trzecia z lokali wyborczych ze względów bezpieczeństwa nie zostanie w ogóle otwarta. Niewiara Afgańczyków w demokratyczny wybór jest w tym roku tym większa, że choć o prezydenturę ubiega się kilkunastu pretendentów, tak naprawdę liczą się tylko dwaj – ci sami, którzy rywalizowali już pięć lat temu: urzędujący prezydent, 70-letni Pasztun (pasztuńskie ludy stanowią większość ludności kraju i tradycyjnie wydawały spośród siebie afgańskich władców) Aszraf Ghani, i młodszy od niego o dziesięć lat premier dr Abdullah, pół-Pasztun, pół-Tadżyk, uchodzący za politycznego przedstawiciela Tadżyków, przedsiębiorczych i wpływowych, choć stanowiących co najwyżej czwartą część ludności.


CZYTAJ WIĘCEJ

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie teksty są dostępne bezpłatnie. CZYTAJ TUTAJ →


W 2014 roku, oskarżając się nawzajem o wyborcze kanty, niemal wywołali wojnę. Wybuchłaby zapewne, gdyby nie ówczesny szef amerykańskiej dyplomacji John Kerry, który przekonał Abdullaha, by uznał wygraną Ghaniego, a Ghaniego, żeby podzielił się z Abdullahem władzą i powierzył mu posadę premiera. Ich niezgodne, 5-letnie rządy przypadły na czas, gdy zachodnie wojska wycofały się z Afganistanu (z końcem 2014 roku), a wraz z nimi spadło zainteresowanie Zachodu afgańskimi sprawami i gotowość, by łożyć na utrzymanie kabulskiego rządu. Przeciągająca się wojna, gospodarcze kłopoty, polityczne kłótnie i powszechna niepewność sprawiły, że tak Ghani, jak i Abdullah nie jawią się Afgańczykom jako zbawcy.

Jeśli żadnemu z rywali nie uda się już w sobotę zdobyć ponad połowy głosów, znów, jak pięć lat temu, dojdzie do dogrywki między dwoma najsilniejszymi. W 2014 roku w roli rozjemcy i arbitra między Ghanim i Abdullahem wystąpili Amerykanie. Tym razem trudno na to liczyć. Po fiasku nowego układu pokojowego z Camp David, niepocieszony i urażony Trump zapowiedział, że Amerykanie nie będą więcej afgańskim ani niczyim policjantem i kazał obciąć pomoc dla afgańskiego rządu o ponad 150 mln dolarów. Oficjalnie – za korupcję, nieoficjalnie – za krytykę, jakiej afgański prezydent nie szczędził mu za to, że za jego plecami układał się z talibami.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]