Jan Tomasz Gross potrzebował czterech lat, by zrozumieć, o czym właściwie mówi relacja Szmula Wasersztajna. Czytelnicy pierwszego wydania "Sąsiadów" potrzebowali pół roku na zrozumienie, o czym właściwie pisze Gross (wcześniej prawie niezauważony przeszedł film Agnieszki Arnold). Ile będzie potrzebowało polskie społeczeństwo na przyswojenie wiedzy o tym, co się działo w miasteczkach Łomżyńskiego w lipcu 1941 r.?
Rozmowa niedokończona
Pewne jest jedno: podobnej debaty, jak ta sprzed 10 lat, wolna Polska nie przeżyła. Ówczesny dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN Paweł Machcewicz we wstępie do wydanej przez Instytut publikacji "Wokół Jedwabnego" zauważa, że w szczytowym okresie, wiosną 2001 r., ukazywało się na ten temat sto kilkadziesiąt tekstów miesięcznie (początek fali to artykuł Jacka Żakowskiego "Każdy sąsiad ma imię" i rozmowa z prof. Tomaszem Szarotą, opublikowane w "Gazecie Wyborczej" 6 miesięcy po wydaniu "Sąsiadów"). Machcewicz przywołuje w tym kontekście głośny "spór historyków" niemieckich, którzy w latach 80. XX w. dyskutowali o wyjątkowości nazizmu i zbrodni popełnionych przez rodaków, a ich debata miała wielki wpływ na przemianę postaw opinii publicznej (inni porównywali polski spór do innej dyskusji niemieckiej: po premierze "Gorliwych katów Hitlera" Daniela Goldhagena, a nawet do sprawy Dreyfusa).
Pytanie tylko, dlaczego dyskusja tak gwałtowna, w której wybitni intelektualiści formułowali tezy o końcu romantyczno-mesjańskiego paradygmatu ("Jakakolwiek zatem mogłaby zaistnieć wspólnota określana mianem »polskości« czy »ojczyzny«, będzie musiała być zbudowana niemal na nowo. Odbudowana na gruzach" - głosił np. Marcin Król na łamach "Res Publiki"), urwała się jak nożem uciął po uroczystościach rocznicowych w Jedwabnem? Czy tylko dlatego, że jednym z jej motorów napędowych była kwestia, w jaki sposób uczczona zostanie pamięć zamordowanych Żydów w lipcu 2001 r. (czy prezydent i Episkopat powinni przeprosić), a toczone równolegle śledztwo IPN zamknęło usta najgłośniejszym krytykom "Sąsiadów"?
Polowanie na Grossa
Zważywszy na to, jakie polemiki wywoływały kolejne książki Grossa, byłaby to odpowiedź zbyt prosta. Za każdym razem oprócz prób podważenia warsztatu "socjologa", uprawiającego "marnej jakości publicystykę historyczną", z podniesioną przyłbicą formułowano kwestię szkodliwości narodowego "samobiczowania się". Programowym tekstem dla zwolenników tej postawy był artykuł "Westerplatte czy Jedwabne", opublikowany przez Andrzeja Nowaka w "Rzeczpospolitej". "Jest to starcie historii chwały narodowej z historią narodowej hańby, a raczej agresywne natarcie tej drugiej na pierwszą" - pisał Nowak, sugerując IPN-owi zmianę przedmiotu badań i przestrzegając, że prymat historii "krytycznej" nad "monumentalną" (czyli Jedwabnego nad Westerplatte) musi prowadzić do osłabienia więzi społecznych. Polityka historyczna IV RP była u bram.
Andrzej Paczkowski, podsumowując debatę nad "Sąsiadami", podzielił pojawiające się w niej głosy na "afirmatywne", "obronno-otwarte", "obronno-zamknięte" i "odrzucające". Rzecznicy pierwszego stanowiska podpisywali się pod tezami Grossa, zwolennicy postawy "obronno-otwartej" uznawali udział Polaków w mordzie za bezsporny, ale krytykowali samą książkę, wskazując na metodologiczne błędy oraz konieczność prowadzenia dalszych badań zarówno nad wydarzeniami z lipca 1941, jak i ich kontekstem (Paczkowski wymienia w tej grupie m.in. Machcewicza i Szarotę). Bardziej radykalne stanowisko podkreślało kluczową rolę Niemców i tłumaczyło sprawców zbrodni postawami Żydów pod okupacją sowiecką, nazwanymi przez Tomasza Strzembosza "Przemilczaną kolaboracją".
Paradoksalnie historyk, dla którego uczczenia Gross pisał wstępną wersję "Sąsiadów" (artykuł "Lato 1941 w Jedwabnem" ukazał się w tomie "Europa nieprowincjonalna", przygotowanym na 70-lecie urodzin Strzembosza), stał się jego głównym polemistą. I on, i np. Marek Jan Chodakiewicz czy Piotr Gontarczyk, kwestionowali wiarygodność dokumentów ze śledztw w sprawie zbrodni w Jedwabnem, prowadzonych przez UB w czasach stalinowskich (skądinąd Gross też traktował je z dystansem), zdarzały się im też próby zdezawuowania relacji Wasersztajna jako pochodzącej od rzekomo długoletniego funkcjonariusza UB (Chodakiewicz twierdził nawet, w wywiadzie dla "Naszego Dziennika", że podyktowała ją "kobieta związana z NKWD").
Byli też tacy historycy, jak Jerzy Robert Nowak i Ryszard Bender, których niezliczone publikacje na łamach "Naszego Dziennika", "Niedzieli" czy "Myśli Polskiej" badacz tej debaty Piotr Forecki streszcza jednym dłuższym zdaniem: "Żydowski historyk Gross napisał utkaną z kłamstw i pomówień książkę, która jest kolejnym dowodem na istnienie powszechnego na Zachodzie zjawiska antypolonizmu, a jej głównym celem jest obarczenie Polaków współodpowiedzialnością za Holokaust, przypisanie im genetycznego antysemityzmu oraz wymuszenie od nich reparacji finansowych i zwrotu pożydowskiego mienia". Wyliczenie obelg, jakimi określano autora "Sąsiadów" w prasie narodowo-katolickiej nie przystoi łamom "Tygodnika".
Liczenie szkieletów
Listę "żydowskich grzechów", jakie przywołano przed 10 laty, rozszerzono nawet (w "Naszym Dzienniku") na "grubą kreskę". Nic dziwnego, że publicysta wydawanego przez Antoniego Macierewicza "Głosu" podsumowywał: "Sprawa Jedwabnego pozwoliła na przypomnienie ogromu żydowskich zbrodni (...). Przypomniano udział Żydów w dziele fizycznej eksterminacji najlepszych synów Narodu Polskiego, jak i w dziele mordowania polskiej kultury i nauki, fałszowania historii, prześladowania Kościoła i wypaczania umysłów kilku pokoleń Polaków".
Oprócz tego przez wiele tygodni szukano dowodów, że mieszkańcy Jedwabnego wykonywali niemieckie rozkazy, każdą poszlakę witając tytułami w stylu "Niemcy spalili" czy "Bez udziału Polaków". Rzeczywiście, jak zauważył Adam Zagajewski, "Archeologia tej stodoły przekraczała nasze oczekiwania"... W "Naszej Polsce" pisano, że wśród spalonych ciał były zwłoki katolików; członkowie Komitetu Obrony Dobrego Imienia Miasta Jedwabne oświadczali, że mieszkańcy miasteczka "nie wykonali polecenia niemieckiego dowódcy, który zmuszał ich do podpalenia stodoły, w której byli Żydzi, za co 2-3 Polaków zostało rozstrzelanych. Stodołę musieli podpalić sami Niemcy". Strzembosz i Gontarczyk analizując te same co Gross materiały procesowe dowodzili, że rola Niemców w wydarzeniach 10 lipca była absolutnie pierwszoplanowa. Ostatnią deską ratunku dla zwolenników tej wersji wydarzeń były łuski znalezione podczas ekshumacji - choć późniejsze badania wykluczyły, by miały związek ze zbrodnią.
Oczywiście ekshumacja zweryfikowała liczbę ofiar (Gross mówił o 1600, zaś prokurator IPN - o ok. 300 osobach spalonych w stodole i ok. 40-50 zamordowanych wcześniej). Pytanie tylko, co ta zmiana wnosi do oceny moralnej czynu. "Ktoś powiedział, i bardzo mnie to zabolało, że wystarczy z podanej przez Grossa liczby ofiar skreślić jedno zero. Nie można tak mówić, bo zbrodnia pozostaje zbrodnią bez względu na liczbę ofiar" - mówił "Tygodnikowi" abp Henryk Muszyński.
Naruszona niewinność
Bo bodaj ważniejszy od poziomu historycznego dyskusji był poziom moralny. "Jedwabne - mówił w "TP" ówczesny prezes IPN Leon Kieres - może okazać się naszym katharsis. To ostatni moment, aby się oczyścić - nigdy już nie osiągniemy w społeczeństwie takiego napięcia i takiej woli wyjaśnienia tej sprawy". Joanna Tokarska-Bakir w tekście pod wiele mówiącym tytułem "Obsesja niewinności" rozprawiała się z "żałosną odmową spojrzenia w głąb siebie". Wtórował jej na łamach "Gazety Wyborczej" Dariusz Czaja, pisząc, że "niewyznane winy, nieuświadomione podłości nie ulatują w niebyt. Tkwią wciąż w podświadomości, tocząc ją od wewnątrz".
Wyznawano więc winy: nie tylko te dotyczące Jedwabnego, ale całokształtu stosunków polsko-żydowskich podczas II wojny i w dziesięcioleciu ją poprzedzającym ("Trudno nie skojarzyć tej zbrodni z przedwojennym antysemityzmem" - pisała m.in. Hanna Świda-Ziemba). O wdzięczności dla Grossa za stworzoną Polakom możliwość przejrzenia się w lustrze mówili zarówno publicyści katoliccy, Zbigniew Nosowski i ks. Stanisław Musiał, jak i osoby nieodwołujące się wprost do nauczania Kościoła - Barbara Skarga, Jerzy Jedlicki, Adam Michnik czy Jan Nowak Jeziorański. Także Zdzisław Krasnodębski pisał w "Znaku", że "doniosła i dla polskiego czytelnika bolesna" książka Grossa "obala ostatecznie wygodne i uspokajające polskie sumienie przekonanie, że Polacy byli tylko świadkami, że nigdy nie byli sprawcami zbrodni popełnionych na Żydach w czasie II wojny".
Nawet jeśli część dyskutantów nie ustrzegła się publicystycznej przesady ("Jedwabne to nowe imię Holokaustu" - wołał w "Rzeczpospolitej" ks. Musiał), dokonujący się w polskiej prasie rachunek sumienia nie miał precedensu w europejskich debatach. Dostrzegali to zwłaszcza obserwatorzy zagraniczni, np. Jean-Yves Potel, autor opublikowanej także po polsku książki "Koniec niewinności", czy Timothy Snyder, którego "Skrwawione ziemie" omawialiśmy w poprzednim numerze "TP".
Modlitwa pokutna
Znamienne, że 10 lat temu w kwestii odpowiedzialności Polaków za zbrodnie w Jedwabnem możliwy był wspólny język autora "Sąsiadów" i wybitnego przedstawiciela polskiego Kościoła. "Zastanawiając się nad tą epoką, musimy oczywiście pamiętać, że nie istnieje coś takiego jak wina zbiorowa, i że za zabójstwo odpowiedzialny jest tylko morderca" - pisał Gross. Jednak warto zadać pytanie, "czy jako zbiorowość złączona autentycznie przeżywaną więzią duchową, która daje nam tytuł do odczuwania wspólnoty losów - myślę o dumie narodowej i poczuciu tożsamości, zakorzenionych w doświadczeniu historycznym wielu pokoleń - nie jesteśmy odpowiedzialni również za dokonania haniebne przodków i współziomków? Innymi słowy, czy możemy sobie z toku dziejów dowolnie wybierać schedę, do której się poczuwamy, ogłaszając że »to jest Polska właśnie«?". Abp Muszyński mówił w "Tygodniku" niemal tymi samymi słowami: "Za każdą zbrodnię odpowiada bezpośredni sprawca, ci jednak, którzy są z nim związani więzami religijnymi czy narodowymi, choć nie ponoszą osobistej winy, nie mogą się czuć zwolnieni od odpowiedzialności moralnej za ofiary tego mordu".
Nie zmienia to faktu, że droga Kościoła do aktu skruchy związanego z wydarzeniami w Jedwabnem nie była prosta, a znaczyły ją m.in. sprzeczne wypowiedzi kard. Józefa Glempa. Najpierw, w wywiadzie dla Radia Józef, prymas potwierdzał udział Polaków w zbrodni i zapowiadał "przeproszenie Boga za grzechy przodków i przeproszenie potomków pokrzywdzonych", później wyrażał oczekiwanie, że także "żydowska strona dokona rachunku sumienia i odbędzie się przeproszenie Polaków". Ostatecznie do "kupczenia aktami moralnymi" (określenie ks. Musiała) nie doszło, choć aby ratować sytuację rabin Michael Schudrich udzielił wywiadu KAI, w którym mówił, że Żydzi byli nie tylko ofiarami, ale mieli wśród siebie "złych ludzi, którzy krzywdzili innych". "To dla nas wielkie wyzwanie: żebyśmy potrafili przyznać się i powiedzieć dokładnie to samo o współodpowiedzialności czy nawet o współwinie tych Polaków, którzy faktycznie uczestniczyli w zbrodniach" - komentował te słowa abp Muszyński.
W sprawie samej zbrodni i sposobu jej upamiętnienia biskupi nie mówili jednym głosem. Wśród zwolenników aktu skruchy byli przede wszystkim abp Muszyński i abp Józef Życiński, wśród przeciwników - biskup łomżyński Stanisław Stefanek, który w jednej z homilii wygłoszonych w Jedwabnem mówił, że w "ataku" na tę miejscowość chodzi o pieniądze, a przeciwko Polsce i Polakom ktoś "rozkręca spiralę nienawiści takiej, która kazała Neronowi podpalić Rzym i rzucić za to potwarz na chrześcijan". O "chorobliwym" pomyśle przepraszania mówił także ks. Waldemar Chrostowski, a ks. Henryk Jankowski umieścił w instalacji Grobu Pańskiego w kościele św. Brygidy fragmenty spalonej stodoły z napisem "Żydzi zabili Pana Jezusa i proroków i nas także prześladowali".
Nie zmienia to faktu, że 27 maja 2001 r. w warszawskim kościele Wszystkich Świętych odbyło się nabożeństwo pokutne, podczas którego biskupi przeprosili Boga za zbrodnie w Łomżyńskiem. "Chcemy, jako pasterze Kościoła w Polsce, stanąć w prawdzie przed Bogiem i ludźmi, zwłaszcza przed naszymi żydowskimi braćmi i siostrami, odnosząc się z żalem i skruchą do zbrodni, która w lipcu 1941 roku wydarzyła się w Jedwabnem i gdzie indziej, zaś wśród sprawców byli także Polacy i katolicy" - mówił we wprowadzeniu do modlitwy kilkudziesięciu ubranych w czarne sutanny hierarchów bp Stanisław Gądecki. Żaden z uczestniczących w nabożeństwie biskupów nie pojechał jednak 10 lipca do Jedwabnego - o uczestnictwo w modlitwie z ramienia Episkopatu będący na miejscu ks. Adam Boniecki został poproszony przez telefon, tuż przed rozpoczęciem ceremonii.
Jak zachowywali się wówczas politycy? Historyczne przeprosiny w Jedwabnem wygłosił ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski, któremu towarzyszył minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski (premier Jerzy Buzek przemawiał dzień wcześniej na warszawskim Koncercie Pamięci Ofiar Tragedii), do Jedwabnego pojechali także politycy UW i SLD (choć Leszek Miller miał powiedzieć, że użycie słowa "Jedwabne" kosztuje go 2 proc. spadku poparcia). Charakterystyczne, że w debatach z tamtego okresu próżno szukać głosu liderów nowo powstałej PO.
Co zmienili "Sąsiedzi"?
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że debata sprzed 10 lat... nic nie zmieniła. W przeprowadzonym w listopadzie 2002 r. sondażu OBOP, dla większości tych, co mieli zdanie, Jedwabne było bardziej zbrodnią Niemców niż Polaków. 7 lat później 57 proc. biorących udział w sondażu Pentora dla Muzeum II Wojny Światowej wskazywało, że to Niemcy są winni. "»Naród bohaterów i ofiar« broni upiększającego go autostereotypu i niechętnie przyjmuje informacje z nim sprzeczne" - komentował w "Gazecie Wyborczej" niedawne badania OBOP-u, przeprowadzone po publikacji "Złotych żniw", prof. Antoni Sułek.
Jedna z hipotez tego badacza mówi, że problem z przyjęciem tez Grossa leży w formie jego książek. Ostre oceny, wyrazisty bezpośredni język, nieukrywanie emocji "może i mieści się w konwencji eseju, ale taka forma ma swoją cenę - bardziej porusza, niż przekonuje" - pisze Sułek. Debata z miejsca staje się konfrontacyjna i brak w niej tego, co Marek Czyżewski z Uniwersytetu Łódzkiego nazwał "pracą pośredniczącą" - "prowadzi to raczej do utwardzenia stanowisk niż do wypracowania jakiegoś wieloperspektywicznego obrazu, który przekonałby większą niż dziś, a może i w ogóle większą część społeczeństwa".
Co każe przypomnieć wnioski Michała Cichego, który na kilka lat przed Grossem także wywołał burzę tekstem "Polacy-Żydzi: czarne karty powstania", a który następnie przepraszał powstańców warszawskich za zbyt uogólniające zdania: "Dziś uważam, że tak zaognione sprawy jak polsko-żydowski spór o pamięć wymagają subtelności psychoterapeuty albo spowiednika, a nie determinacji chirurga. Bolesnych nieufności nie uleczy się cięciem bez znieczulenia".
Oczywiście na poziomie historycznym dyskusja o Jedwabnem nie okazała się jałowa. W IPN równocześnie z toczącym się śledztwem przygotowano wspomniane już tomy "Wokół Jedwabnego", których poniekąd dalszym ciągiem była inna publikacja zbiorowa "Polacy i Żydzi pod okupacją niemiecką 1939-45". Jej redaktor Andrzej Żbikowski już poza Instytutem wydał "U genezy Jedwabnego. Żydzi na Kresach Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej wrzesień 1939 - lipiec 1941" - lekturę obowiązkową dla tych, którzy chcieliby łączyć zbrodnię w Jedwabnem z zachowaniami społeczności żydowskiej pod okupacją sowiecką. Najważniejsze miejsce wśród odpowiadających na słowa Grossa o "potrzebie nowej historiografii" zajęli naukowcy z Centrum Badań nad Zagładą Żydów, a wśród nich autorzy wydanych w tym roku książek "Jest taki piękny słoneczny dzień..." i "Judenjagdt", Barbara Engelking i Jan Grabowski.
Nie, dziś już nie powiemy z taką łatwością, że Żydów na terenie Polski mordowali Niemcy wspierani przez jednostki pomocnicze rekrutowane spośród Ukraińców czy Łotyszy, a najgorsze, za co możemy winić Polaków, to niewielka grupa "szmalcowników". Dziś historycy nie będą pomijać źródeł, po które jako pierwszy sięgnął właśnie Gross: tzw. sierpniówek (akt procesów, wytaczanych na mocy dekretu PKWN z sierpnia 1944 r.), ale też relacji niedoszłych ofiar, znajdujących się choćby w archiwach Żydowskiego Instytutu Historycznego. Obraz "upiornej dekady" stał się pełniejszy - choć uwaga ta nie dotyczy np. podręczników (Joanna Tokarska-Bakir zauważa, że społeczne poglądy dość wiernie odzwierciedlają to, czego uczymy się w szkole).
Dziś sprawa Jedwabnego nie jest przedmiotem kontrowersji wśród tzw. liderów opinii. Na obchody rocznicy mordu tym razem wybiera się biskup. A społeczeństwo? Wciąż aktualna jest obserwacja Jerzego Jedlickiego sprzed 10 lat: "Prawdziwa bariera wznosi się między korpusem sprawdzonej wiedzy historycznej a wiedzą potoczną, która dostępne informacje przepuszcza przez gęsty filtr uprzednio ugruntowanych sądów, uprzedzeń i osobistych wspomnień". Za pomocą elektrowstrząsów (do których Jacek Leociak porównał niedawno w "Tygodniku" metody stosowane przez Grossa) skamieliny polskich postaw naruszyć się nie udało - jesteśmy na początku długiej terapii.
Korzystałem m.in. z "Wokół Jedwabnego" (red. P. Machcewicz, K. Persak), IPN 2002, "Następstwa Zagłady Żydów. Polska 1944-2010 (red. M. Adamczyk-Garbowska i F. Tych), UMCS i ŻIH 2011 oraz Piotr Forecki "Od »Shoah« do »Strachu«. Spory o polsko-żydowską przeszłość i pamięć w debatach publicznych", Wydawnictwo Poznańskie 2010.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















