Piszę te słowa w pociągu z Bonn do Düsseldorfu. Właśnie mijam Kolonię. Nad Renem – w kraju, który w XX wieku doświadczył najciemniejszych konsekwencji nienawiści wobec narodu żydowskiego – refleksja nad antysemityzmem brzmi inaczej. Mocniej. Poważniej. Bardziej odpowiedzialnie.
Dlatego najpierw chcę powiedzieć jasno: dziękuję polskim biskupom za ten list. Za odwagę. Za to, że nie ulegli presji krzykliwych środowisk, które pod pozorem „obrony wiary” próbują przemycać język pogardy, lęku i wykluczenia. Za to, że nazwali antysemityzm po imieniu, jako grzech, jako „deficyt miłości”, jako rzeczywistość, która niestety nie należy tylko do przeszłości.
Bo właśnie reakcje na ten list pokazują, jak bardzo był potrzebny. Z jednej strony – milczenie. W wielu parafiach list nie został nawet wspomniany. Z drugiej, oburzenie, często podszyte agresją, a czasem wręcz językiem nienawiści. To nie jest przypadek. To jest diagnoza. Dlaczego ten list jest tak ważny?
Bo przypomina coś, co dla chrześcijanina powinno być oczywiste, a jednak wciąż nie jest: że antysemityzm nie jest „opinią” ani „opcją polityczną”, ale grzechem przeciw miłości; że chrześcijaństwo nie istnieje bez judaizmu, bo wyrasta z tego samego korzenia; że nie można przypisywać Żydom zbiorowej winy za śmierć Jezusa, bo to sprzeczne zarówno z Ewangelią, jak i nauczaniem Kościoła.
I wreszcie – że Szoah jest faktem historycznym, którego negowanie nie jest „alternatywną interpretacją”, ale moralnym upadkiem i świadomym, iście „goebbelsowskim” fałszowaniem historii.
Trzeba też wiedzieć, że nie jest to list polityczny. Jednym z najczęstszych zarzutów jest to, że głos biskupów rzekomo „pomija inne tragedie” albo „jest jednostronny”. To nieporozumienie. Ten dokument nie jest analizą geopolityczną ani manifestem politycznym. To tekst teologiczny, wpisany w bardzo konkretny kontekst: rocznicę wizyty św. Jana Pawła II w rzymskiej synagodze.
Sam wybieram się tam z wizytą 13 kwietnia. Kościół nie mówi tu „o wszystkim naraz”, bo wtedy nie powiedziałby nic konkretnego. Mówi o jednym konkretnym grzechu – antysemityzmie – który nadal istnieje i wymaga nawrócenia. To, że biskupi w tym dokumencie nie rozwijają innych tematów, nie oznacza, że ich nie dostrzegają.
Nauczanie Kościoła wielokrotnie odnosi się do wojen, cierpienia Palestyńczyków, Ukrainy, migrantów czy ofiar przemocy. Wrażliwość jednak nie polega na tym, że mówimy wszystko naraz, tylko że potrafimy nazwać konkretną ranę w konkretnym momencie. Relatywizowanie jednego zła przez wskazywanie innych przejawów zła nie leczy świata. Raczej znieczula sumienie.
Istotne jest podkreślenie, że Sobór Watykański II to początek, a nie koniec dialogu. Niektórzy próbują przedstawiać nauczanie zawarte w liście jako „zdradę tradycji”. To również nieporozumienie. To, co Kościół mówi dziś o judaizmie, nie jest zerwaniem z wiarą, ale jej pogłębieniem. Sobór Watykański II nie zamknął tego procesu, ale go rozpoczął.
Chrześcijanie musieli zmierzyć się z bolesną prawdą: że teologiczny antyjudaizm współtworzył klimat, w którym mógł rozwinąć się antysemityzm. Że błędne interpretacje Pisma, stereotypy i uprzedzenia sprawiały, iż wielu uczniów Chrystusa nie potrafiło rozpoznać w Żydach braci. To nie jest „ideologia”. To rachunek sumienia Kościoła. I właśnie dlatego powrót do dawnych schematów nie byłby „obroną tradycji”, ale jej zniekształceniem.
Chciałbym również zwrócić uwagę na paradoks „obrońców papieża”. Ci sami, którzy jeszcze niedawno bronili św. Jana Pawła II, dziś odrzucają jego nauczanie, nazywając je herezją, zdradą. A przecież ten list w ogromnej mierze opiera się właśnie na jego słowach. Gdzie są dziś obrońcy papieskiego nauczania? Nie można jednocześnie powoływać się na Papieża Polaka i odrzucać jego słów tylko dlatego, że nie pasuje do naszych emocji czy uprzedzeń.
Chciałbym też odpowiedzieć na najostrzejsze i najczęściej pojawiające się w dyskusjach internetowych zarzuty pod adresem listu. Pierwszy, że „to relatywizacja chrześcijaństwa” i „odrzucenie Jezusa Chrystusa". Nie! Kościół nie mówi, że Chrystus jest zbędny. Mówi, że Boże działanie przekracza nasze schematy, a tajemnica zbawienia Izraela pozostaje w rękach Boga. To nie relatywizm. To pokora wobec tajemnicy.
Zarzut drugi głosi, że „to manipulacja historią i Biblią”. Nie! To dojrzalsza lektura Pisma, uwzględniająca kontekst, język i historię. Kościół nie usuwa trudnych tekstów, ale przestaje interpretować je w sposób prowadzący do nienawiści.
Zarzut kolejny – iż list biskupów to przejaw „braku solidarności z cierpiącymi na Bliskim Wschodzie chrześcijanami” – też jest chybiony. Sprzeciw wobec antysemityzmu nie wyklucza obrony chrześcijan. Miłość nie jest grą o sumie zerowej.
Wreszcie zastrzeżenie ostatnie: „To zdrada Ewangelii”. Nie! To antysemityzm jest zdradą Ewangelii. Bo Ewangelia zaczyna się od Izraela i bez niego staje się niezrozumiała.
Na koniec: po jakimś czasie od pierwszej lektury przeczytałem ten list jeszcze raz. I zobaczyłem w nim rzecz prostą, ale dzisiaj wcale nieoczywistą: postawę autentycznie chrześcijańską i ewangeliczną. Nie triumfalistyczną. Nie agresywną. Nie podszytą lękiem. Ale uczciwą, odważną i wewnętrznie czystą. To tekst, który nie schlebia uprzedzeniom, lecz wzywa do nawrócenia. Dlatego trzeba go nie tylko przeczytać, ale potraktować serio: przyjąć i przekładać na konkret życia.
Bo problemem nie jest wyłącznie sam antysemityzm. Problemem jest także nasze – polskich katolików – milczenie wobec niego, nasza obojętność, nasza gotowość, by uznać nienawiść za „pogląd”, a pogardę za „przywiązanie do tradycji”. A przecież tam, gdzie człowiek odmawia drugiemu godności, tam chrześcijaństwo przestaje żyć Ewangelią, a staje się karykaturą i ideologią. I właśnie dlatego wobec antysemityzmu milczeć nie wolno.
Ks. Bartosz Rajewski
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













