Reklama

Ameryka Obamy: kwestia stylu

Ameryka Obamy: kwestia stylu

05.11.2008
Czyta się kilka minut
Zwycięstwo Baracka Obamy może wiele zmienić w relacjach Ameryki ze światem, a w szczególności z Unią Europejską.
P

Podkreśla się wprawdzie - i nie bez racji - że istnieje coś takiego jak obiektywne interesy supermocarstwa, wobec których konkurencyjne programy kandydatów do prezydentury są dosyć bezsilne: Ameryka musi być żandarmem świata i na to nie ma rady.

Coś na rzeczy jest, ale nawet jeśliby ta rola miałaby być odtąd wypełniana tylko w odmienionej - w stosunku do stylu Busha juniora - formie, to i tak warto takiej zmianie kibicować.

Stary styl najlepiej opisać przez sławetną formułę ukutą przez Roberta Kagana i chętnie podchwyconą wtedy przez ustępującą dziś administrację. Kagan określił - w kontekście sporu o sens amerykańskiej interwencji wojskowej w Iraku - Amerykanów jako tych "z Marsa", a więc ludzi o duszach wojowników, zaś Europejczyków jako tych "z Wenus", czyli osobników niezdolnych do czynu, czy - jak się dawniej mówiło - zniewieściałych.  Administracja George’a W. Busha chętnie brała określenie Marsjan jako komplement pod swoim adresem. I tak też - po marsjańsku - się zachowywała. Najbardziej spektakularnym tego przejawem była kwestia iracka, ale było to widoczne także na innych polach amerykańskiej polityki zagranicznej.

Co do Iraku, problem ze stanowiskiem amerykańskim polegał nie tyle na tym, że Amerykanie do Iraku weszli, ile na tym, w jakim uczynili to stylu. W Europie podnoszono często, że uzasadnienie interwencji (broń masowego rażenia w rękach reżimu Saddama Husajna oraz jego związki z Al-Kaidą) jest nieprzekonujące. W Europie zwracano uwagę, że zaprowadzenie demokracji w kraju takim jak Irak, z całym jego kontekstem kulturowym i geopolitycznym, jest niemożliwe. W Europie podpowiadano Amerykanom, że regularne działania wojskowe nie są adekwatną bronią wobec przeciwnika działającego na modłę partyzancką i mającego silne zakorzenienie u miejscowej ludności.

Dziś wiemy, że to Europejczycy mieli rację. Ale największy problem nie polega na tym, że ekipa Busha się myliła, lecz na stylu, w jakim się myliła. Przedstawiciele administracji Busha niezbyt chętnie dyskutowali o obiekcjach Europejczyków, woleli przechodzić nad nimi do porządku przy pomocy retoryki zamykającej ich oponentom usta: jesteście marzycielami, niezdolnymi do podjęcia wyzwań prawdziwej polityki, która zawsze wymaga ofiar, słowem: jesteście z planety Wenus.

Ameryka musi być żandarmem świata? Zapewne ciągle tak, choć świat się zmienia i po trosze emancypuje. Byłoby dobrze - i to nie wydaje się niemożliwe - aby pod rządami nowego prezydenta Ameryka traktowała resztę świata bardziej po partnersku. Nie wydaje się niemożliwe, aby administracja Baracka Obamy patrzyła na swoich europejskich sojuszników bez pobłażliwo-pogardliwego uśmiechu, lecz traktowała ich serio (to także zadanie dla Unii Europejskiej, aby powagą własnego postępowania uzasadniła takie traktowanie). Wtedy Ameryka nieco bardziej niż tylko żandarmem świata będzie liderem wolnego świata.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]