Trzydzieści lat, mniej więcej, to wiek cezury pokoleniowej, jeśli chodzi o doznania zmysłowe z dzieciństwa wywołane przez wytwory kultury materialnej. Traktowane, dodajmy, nie zawsze zgodnie z ich przeznaczeniem zaprojektowanym przez dorosłych. Żaden peerelowski technolog nie przewidywał, że skoro dorwiemy tubkę mleka skondensowanego, to będziemy ten rzadki cymes tak mocno ssać i dociskać zębami, że zacznie ranić do krwi. Może to właśnie dzięki temu wiem do dziś, że każde słodkie musi być, dla większej ekstazy, przełamane słonym lub kwaśnym. Albo czy ktoś z tytułem inżyniera płaskich baterii przewidywał, że blaszkowate elektrody posłużą milionom malców do drażnienia języka, dzięki czemu zrozumieją, czym jest próbnik napięcia, na wiele lat przed pierwszą lekcją fizyki?
Katalogiem takich doznań kupił mnie Michał Witkowski, autor autobiografii „Wiara”, świeżo nagrodzonej czytelniczą Nike. Jest zdradliwie zabawna i potoczysta – bo pod figlami i pociesznymi dramatami dzieciństwa autor zręcznie poukrywał pierwociny sytuacji egzystencjalnych, których doświadczamy, mając kilkadziesiąt lat więcej niż tamten dzieciak wdychający „trampkowy zapach składnicy harcerskiej”.
Odkładając z uznaniem Witkowskiego: czy da się potem wdrapać na ten pokoleniowy płot? Jakie doznania zostaną moim dzieciom? Czy, wystawione na kontakt z setkami plastikowych opakowań, będą rozróżniać smakowe niuanse? Teraz jest już większy wybór, ale dwie dekady temu rodzic mimowolnie rzucał potomstwo w dżunglę plastiku. Przeczuwał przy tym, że to nie jest obojętne dla zdrowia (i planety). Dziś sporo wiadomo, ile wchłaniamy do ciała substancji z opakowań, nawet tych atestowanych po stokroć. Im bardziej coś tłuste albo kwaśne, tym więcej potrafi „pobrać”. Także alkohol, rozpuszczalnik nie tylko smutków i zgryzot.
Dziwiło mnie zatem, że przy całej fali wzmożenia wokół wódki w saszetkach nikt nie zauważył tego aspektu: że to kolejny paskudny, zbędny plastik. W tym sensie równie szkodliwe są owocowe musy i soczki w tych wszechobecnych kapciach z zakrętką. Proporcja plastiku do jabłuszka zaiste haniebna, szlag mnie trafia, kiedy widzę, jak się to zrobiło powszechne. Taki sam szlag, jaki budzi widok całodobowej wódy popakowanej w (mniej obciążające środowisko) szklane małpki.
Sto mililitrów golnięte ze szkła ma ten sam efekt, co wyssane z plastiku – skąd więc ten szum? Bo opakowanie kojarzy się tak bardzo dziecięco, niewinnie malinkowo, z huśtawką i piaskownicą. Wóda pożyczyła imaginarium z placu zabaw i to się nałożyło na absurdalnych rozmiarów panikę moralną, w jaką popadamy, kiedy coś zahacza o dzieci. Jest ich coraz mniej dookoła, więc tym bardziej nadają się na totem wszelkich strachów. Im mniej prawdziwych dzieci, tym łatwiej pod dziecięcy fantazmat podkładać cokolwiek. Skądinąd, kiedy już napotkamy te realne, traktujemy je coraz częściej jak obce ciało, przeszkadzajkę, o czym świadczą rozliczne awantury o hałas z placu zabaw czy boiska. Podwórkowy zgiełk stanowił kiedyś składnik dźwiękowego tła na równi ze zgrzytem tramwaju i gwiżdżącym czajnikiem. Dziś zaburza higieniczną ciszę.
Uwiera nas, ciągle szukających jakichś form wstępnego zbawienia na Ziemi, fakt, że nie ma ludzkiej kultury bez środków zmieniających świadomość. Ściśle reglamentowanych, ale stale obecnych. Ludzkość nauczyła się posługiwać fermentacją mniej więcej równolegle do udomowienia zboża. Nie da się tego rozdzielić, choćby nam było z tego powodu głupio. Pełni wyrzutów za te lub inne, nie całkiem uświadomione winy, rzucamy się czasem obłudnie na zastępczą ofiarę. Wstydźmy się najpierw saszetek jako takich, a nie tego, co jakiś spryciarz do nich zapakował. Plastikowy gwint nie zrani dziecka do krwi, ale to chyba jedyna jego zaleta.
Kalmary in zimino
Nie, nie na zimno. Jest już jesień! In zimino to liguryjskie określenie potraw w sosie z udziałem buraka liściowego, który wciąż jeszcze pojawia się na naszych straganach i warto go jakoś smakowicie pożegnać. W wersji wege ten sos pasuje świetnie np. do cieciorki.
- 300 g kalmarów
- 1 pęczek mangolda, czyli buraka liściowego
- 1 cebula
- 1 marchew
- 1 gałązka selera naciowego
- 100 ml białego wina
- 3 pomidory z puszki
Kroimy w paski liście mangolda i miększą część łodyg, podduszamy na oliwie z czosnkiem kilka minut, aż zwiędną. Na osobnej patelni dusimy drobniutko pokrojoną marchew, cebulę i selera (można dodać też ostrej papryczki). Zwiększamy ogień, dodajemy mangolda, wrzucamy kalmary krojone w paseczki, podlewamy winem. Kiedy odparuje, redukujemy ciepło, dodajemy pomidory, rozgniatamy je, przykrywamy całość i dusimy 20-30 minut, ewentualnie podlewając wodą i mieszając co jakiś czas, aż kalmary będą gotowe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















