AIDS, romantyzm i Bóg na urlopie

"Gotowanie lasagne od zawsze było moim paradygmatem tworzenia sztuki teatralnej - wyznaje żartobliwie Tony Kushner. Włoska zapiekanka jest dla nagrodzonego Pulitzerem pisarza urzeczywistnieniem idei dzieła dramatycznego jako karkołomnej kombinacji sprzecznych elementów, balansującej na krawędzi przesytu i chaosu.
Czyta się kilka minut
 /
/

Takie są też obsypane nagrodami "Anioły w Ameryce", które trafiają na deski Teatru Rozmaitości. Mimo przemian politycznych i społecznych, które zaszły w ciągu 15 lat od amerykańskiej premiery, postępującej ewolucji gustów i przewartościowania pojęcia kulturowego mainstreamu "Anioły w Ameryce" to do dziś wybuchowa mieszanka. W tym długim, pełnym odważnych rozwiązań formalnych oraz błyskotliwych dialogów, zaludnionym tłumem postaci utworze mieszają się historia i fikcja, a postacie historyczne ucinają sobie pogawędki z mieszkańcami Nowego Jorku. W jednej scenie powaga zderza się z groteską, a niewybredny żargon homoseksualistów z wysoką mową istot niebieskich.

Lekko i poważnie

To, czy polska publiczność zasmakuje w tym specyficznym daniu, zależeć będzie nie tylko od talentu wykonawców, ale także zrozumienia, kim dla współczesnych Amerykanów jest Tony Kushner i dlaczego jego monumentalny dramat wywołał w Stanach tak wielkie poruszenie.

Urodzony w 1956 r. dramatopisarz wychował się w świeckiej żydowskiej rodzinie dwojga klasycznych muzyków. Najmłodsze lata spędził w Luizjanie. W 1974 r. przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął studia nad literaturą angielską. W latach 80. zaczął pisać sztuki teatralne i wystawiać je w niezależnych teatrach. Nie interesował się błahostkami: w jego twórczości przeważają utwory poświęcone problemom ważnym z politycznego i historycznego punktu widzenia. W swoich sztukach - pisanych lekkim, dowcipnym, ironicznym językiem, pozornie nieprzystającym do powagi tematu - zgłębia Kushner fenomen fascynacji hitleryzmem ("A Bright Room Called Day"), analizuje źródła rasizmu w Ameryce ("Caroline, or Change") i przyczyny upadku sowieckiego imperium ("Slavs!").

Napisany tuż przed 11 września "Homebody/Kabul", rzecz o angielskiej rodzinie daremnie poszukującej zaginionej w Afganistanie krewnej, z dzisiejszej perspektywy wydaje się niemal proroczą wizją bezradności ludzi Zachodu wobec odmiennych kultur. Żadne jednak z dzieł Kushnera - nawet nominowany do Oskara scenariusz do głośnego filmu Spielberga "Monachium" - nie spotkało się z oddźwiękiem tak potężnym, jak napisane w 1991 r. "Anioły w Ameryce", dzieło opatrzone podtytułem "Gejowska fantazja na tematy narodowe".

Gejowska fantazja

"Anioły" to utwór dla ośmiu aktorów, z których każdy wciela się w co najmniej dwie postaci. Pierwsza część wprowadza widzów w zawikłane, przeplatające się losy bohaterów, wywodzących się z całkiem odmiennych klas i środowisk. Kulminacją jest pojawienie się skrzydlatego niebiańskiego posłańca u łoża ciężko chorego na AIDS nowojorskiego homoseksualisty. Cała część druga ma wytłumaczyć, co sprowadziło anioła na ziemski padół i jakie konsekwencje winni wyciągnąć z jego przybycia ludzie. W trwającym łącznie siedem godzin przedstawieniu przeplatają się czarny humor i biblijne aluzje, argumentacja polityczna i teatralne efekty, wzniosłość i pretensjonalność, tragedia i farsa.

Podtytuł sztuki tłumaczy, co w niej najważniejsze. Przymiotnik "gejowski" nie wymaga szczególnych wyjaśnień: większość bohaterów sztuki to homoseksualiści, a w swej najbardziej dosłownej warstwie dramat może być odczytywany jako krytyka zakłamania amerykańskiego społeczeństwa, które latami bagatelizowało epidemię AIDS, widząc w niej problem marginalny, dotyczący garstki zdegenerowanych wyrzutków.

AIDS w sztuce Kushnera nie jest wyłącznie metaforą. To rzeczywisty, palący problem społeczny i polityczny. Jego ignorowanie ujawnia najmroczniejsze sekrety amerykańskiej psyche. Jest wreszcie najprawdziwszą, śmiertelnie niebezpieczną chorobą: tą samą, która zabrała pisarzowi wielu przyjaciół i która zabiła jednego z bohaterów - Roya Cohna, utajonego homoseksualistę, niegdysiejszego współpracownika McCarthy'ego i człowieka, który wysłał na krzesło elektryczne Rosenbergów.

O ile jednak zdeklarowana "gejowskość" "Aniołów" zamyka im (przynajmniej na długi czas) drogę do listy obowiązkowych lektur szkolnych, o tyle podjęcie "tematów narodowych" decyduje o niezwykłej wartości sztuki, jej rozmachu i znaczącym miejscu na mapie amerykańskiego kraj­obrazu kulturalnego. Nawet dostrzegając i krytykując niewątpliwą pretensjonalność niektórych jej elementów, trudno odmówić Kushnerowi odwagi i ambicji. Mało kto ze współczesnych mu amerykańskich pisarzy zadaje sobie trud analizowania, czym naprawdę chce i może być dziś Ameryka, jak w praktyce wygląda wpisane w jej konstytucję "niezbywalne prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia" i jakie przeszkody stoją na drodze do wcielenia w życie tego ideału.

Trudna, ambiwalentna relacja między bohaterami "Aniołów" a ich amerykańską ojczyzną, rozłam między miłością do pięknych, głęboko humanistycznych idei a wstrętem i sprzeciwem, jakie budzi ułomność, zakłamanie i wstrętne uprzedzenia ludzi, którzy winni się czuć osobiście odpowiedzialni za realizację owych idei, to element sztuki, który okaże się najbardziej uniwersalny i znaczący dla publiczności - nie tylko w USA. W świecie, gdzie normą staje się postępujący brak zaangażowania obywateli w cokolwiek, gdzie ideały trywializują się, a autorytety upadają, pełen zaangażowania głos amerykańskiego pisarza okazuje się wartościowy nie tylko w dyskusji nad przyszłością Ameryki, ale nad perspektywami demokracji jako takiej.

Anioły na sznurkach

Kushner nie pozostawia wątpliwości co do swoich poglądów politycznych: jest jednym z ostatnich lewicowców-idealistów, wierzących w możliwość zbudowania sprawiedliwego, demokratycznego społeczeństwa, opartego na zasadach wzajemnego szacunku obywateli do siebie oraz w poszanowanie dla państwa jako instytucji stojącej na straży powszechnej wolności, równości i braterstwa.

Postawa taka może budzić uśmiech politowania w Polsce, gdzie większości ludzi lewica nie kojarzy się z niczym dobrym: jakkolwiek jednak oceniać poglądy Kushnera, trudno odmówić mu szczerości intencji i specyficznej konsekwencji. "Mapa świata, na której nie ma Utopii, nie jest warta nawet jednego rzutu oka - pomija bowiem jedyny ląd, na którym ludzkość zawsze ląduje" - powtarza pisarz za Oskarem Wilde'em. Warto dostrzec, że Kushner jest idealistą, lecz nie jest naiwny; świadomość nieuniknionej niedoskonałości wszelkich ziemskich instytucji doprowadza go zaś do wniosku, że puste niebo nad ziemią pełną śmierci, bólu i niesprawiedliwości byłoby wrednym żartem, okrucieństwem nie do pomyślenia.

Niebo, wprowadzające do dramatu element "fantazji", jest u Kushnera niemal równie niedoskonałe jak ziemia. Pełne kulejącej biurokracji, zamieszkałe przez roztargnione anioły, teatralnie opuszczające się po linach na ziemski padół, bombastyczne i groteskowe - oto niebo, z którego Bóg wyjechał na urlop. W tej dziwnej kosmologii to właśnie nieobecność Najwyższego tłumaczy, skąd bierze się ziemski chaos i rozpacz. I mimo że śmie naigrywać się z jego skrzydlatych posłańców, sprzeciwiać się im, brać się z nimi za bary - Kushner nie przestaje wierzyć, że ciągle istnieje jakaś wyższa instancja, do której można się odwołać.

Gdyby nie całkowicie współczesny język i żartobliwy ton, łatwiej byłoby dostrzec pokrewieństwo "Aniołów" z tekstem doskonale znanym każdemu Polakowi. W "Dziadach" podobnie mieszają się rzeczywistość ziemska i nadprzyrodzona, śmiertelnik wadzi się ze swoim Stwórcą po to tylko, by pojąć, że bez niego nie uratuje ani ojczyzny, ani siebie. Jeśli w romantycznym dramacie dostrzec tekst wciąż żywy i aktualny - medytację nad losem narodowym oraz nad powinnościami człowieka i obywatela, stojącego wobec problemów, które przerastają go i każą zastanawiać się nad własnym miejscem między ziemią a niebem - łatwiej dostrzec w Kushnerze urodzonego o 200 lat za późno romantyka, którym bez wątpienia pozostaje.

Dostrzegłszy w nim zaś romantycznego buntownika, szybciej wybaczymy mu kicz i pretensjonalność, w które czasami popada, mówiąc o rzeczach prawdziwie ważnych i niewątpliwie wielkich. Tym bardziej że uciekając się do nich, mieszając bez cienia wstydu to, co wysokie, i to, co niskie, udając, że pompatyczna wzniosłość wciąż jest w dzisiejszym świecie możliwa, człowiek - jak ujmuje to sam Kushner - "przyznaje, jak absolutnie niezbędne i nieodzowne są mu ciągle fundament, teoria, prawdziwie wielka idea".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 08/2007

 /
Obraz tygodnia
Za odwagę, humanizm i filozoficzną głębię. Tegorocznym laureatem Wielkiej Nagrody Jerozolimskiej został Leszek Kołakowski, drugi po Zbigniewie Herbercie Polak wyróżniony tą prestiżową nagrodą (otrzymali ją m.in. Bertrand Russell, Milan Kundera, Jorge Luis Borges). Wręczono ją podczas otwarcia 23. Międzynarodowych Targów Książki w Jerozolimie.
Język polityków. W "Odrze" (nr 2) rozmowa z prof. Ireną Kamińską-Szmaj, autorką prac o politycznym języku II i III RP, przygotowującą obecnie książkę "Język agresji w życiu publicznym. Zbiór inwektyw politycznych XX wieku". "Język III RP bardzo przypomina ten z okresu II RP, choć jest - przykro to mówić - bardziej prostacki i niedowcipny. Fantazja w tworzeniu obraźliwych wyrażeń była w międzywojniu zdecydowanie większa. Za mało jest w dzisiejszym polskim życiu politycznym zabawy. Jest za to ostra walka, w której niewiele mamy teatru, za to bardzo dużo ringu. Za mało ironii, za dużo ciosów poniżej pasa". Mistrzem inwektyw był Piłsudski: "Używał mocnych słów, obrażał ludzi, jednocześnie jednak potrafił mówić językiem bardzo pięknym, pełnym wyszukanych literackich metafor. Potrafił po prostu dobrać odpowiednie słowa do sytuacji. W wypadku dzisiejszych polityków nie mamy pewności, że potrafią posługiwać się innym językiem niż ten, którym mówią do siebie z trybuny sejmowej i do nas za pośrednictwem mediów". Dziś język polityki podporządkowany jest mediom: nie liczą się argumenty, lecz krótkość i dosadność wypowiedzi. Język polityki dostosowuje się do języka ulicy, bo politycy zakładają, że tam jest jej podstawowy elektorat, następuje więc legitymizacja agresji i wulgaryzmów. W lutowej "Odrze" warto też polecić blok prezentujący twórczość pisarzy austriackich: noblistki Elfriede Jelinek, Ilse Tielsch, Thomasa Bernharda oraz szkic o "Wiener Gruppe - mało znanym etapie poezji konkretnej".
Spór o Muzeum Sztuki Współczesnej. Rozstrzygnięto międzynarodowy konkurs architektoniczny na projekt warszawskiego Muzeum Sztuki Współczesnej; zwycięzcą został Szwajcar Christian Kerez. Projekt jest minimalistyczny i oszczędny, nawiązuje do awangardy XX wieku. Muzeum będzie budowane w latach 2010-2013. Kerez jest zafascynowany możliwością realizacji swojego projektu obok Pałacu Kultury, który jego zdaniem "stał się ikoną Warszawy, tak jak Wieża Eiffla w Paryżu". "Pałac, jak i powojenny modernizm, mogą nie być lubiane z powodu kontekstu politycznego, w którym powstały - mówi w "Gazecie Wyborczej". - Ale ja tego politycznego zaplecza nie mam. Kiedy patrzę na miasto, nie widzę jego historii, ale jego przestrzeń". Projekt wywołał burzę - na znak protestu do dymisji zamierza się podać Tadeusz Zielniewicz, dyrektor Muzeum, wspiera go Rada Programowa z Andą Rottenberg na czele. Zielniewicz zabiega o poparcie dla wyróżnionego w konkursie fińsko-polskiego projektu zespołu ALA Architects Ltd. / Grupa5 Architekci. O kontrowersjach wokół wyników konkursu pisze w tym numerze Bogusław Deptuła.