Agent społeczeństwa

Na marginesie politycznego zamieszania ostatnich tygodni (a dokładniej: w związku z pojawieniem się w prasie treści podsłuchiwanych przez CBA rozmów i z burzliwymi reakcjami na te publikacje) Bronisław Wildstein przedstawił krótkie, żarliwe tezy o istocie dziennikarskiego powołania. W pierwszym akapicie swego manifestu powiada autor "Doliny Nicości": "Dziennikarze są od ujawniania. Od podawania faktów, nie tylko tych oficjalnie nam dostarczanych przez rozmaite gremia, ale od wyszarpywania tych, które ci sami chcą przed nami ukryć". W akapicie drugim dopowiada: "Dziennikarze są agentami społeczeństwa, muszą być jego oczami i uszami. Powinni docierać tam, gdzie zwykły obywatel ma kłopoty z dotarciem, i dzielić się z nim wiedzą, którą w inny sposób trudno mu uzyskać" ("Rzeczpospolita" z 13 października).
Czyta się kilka minut

Słowa Wildsteina są tyleż mocne, ile nieoczywiste. W każdym razie: mnie, zwykłego obywatela, codziennie czytającego gazety, słowa te niezbyt przekonują.

"Dziennikarze są od ujawniania". Z tego wynika, że wszystko, co widzimy naokoło, jest kłamstwem bądź pozorem; tylko dziennikarze mogą się przez ten skłamany świat przedrzeć. Ich jednych obdarza publicysta "Rzeczpospolitej" instynktem dążenia do prawdy. Albo inaczej: ich jednych wywyższa, nadając im cechy filozofów i policjantów jednocześnie (można się zastanawiać, których cech jest w tym idealnym portrecie więcej).

"Dziennikarze są agentami społeczeństwa, muszą być jego oczami i uszami". Bardzo mnie to zdanie niepokoi. Dlaczego? Bo z niejasnych dla mnie samego przyczyn nie lubię słowa "agent". Bo nie lubię agentów przeszłych, teraźniejszych i przyszłych (choć zgadzam się z tym, że bywali oni i nadal bywają użyteczni dla każdej władzy). Bo nazbyt pełne pychy wydaje mi się przeświadczenie, że tylko dziennikarze widzą i słyszą. Bo nie wierzę w to, by społeczeństwo jako całość czyniło dziennikarzy swymi agentami, obdarzało ich mandatami jedynych poszukiwaczy prawdy. Dzisiejsi dziennikarze mówią w imieniu tej czy innej, mniejszej lub większej, zbiorowości; powiedzenie, że mówią i działają w imieniu społeczeństwa, jest nadużyciem lub uproszczeniem. Rzecz jasna: chciałbym wierzyć, że od tej zasady istnieją wyjątki; obawiam się jednak, że lista agentów społeczeństwa ułożona przez redaktora "Rzeczpospolitej" rozmijałaby się zupełnie z listą ułożoną przez redaktora "Gazety Wyborczej".

Patrząc na cały problem z boku, nie jestem skłonny przypisywać dziennikarzom cech nadludzi. Wystarczyłoby mi, gdyby oni sami uznali za swoje zadanie relacjonowanie faktów, szukanie związków pomiędzy nimi, wskazywanie w rzeczywistości społecznej miejsc niejasnych i budzących wątpliwości, zadawanie ludziom władzy niewygodnych pytań... Nie trzeba bezustannie grać w ujawnienia i nie trzeba przypisywać sobie funkcji agenta społeczeństwa, by być znakomitym dziennikarzem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 43/2009