Afgańskie klimaty w Afryce

Mali: do minionego piątku wielu z nas, w Europie, być może nie słyszało o tym państwie w zachodniej Afryce – wprawdzie cztery razy większym od Polski, ale liczącym tylko trochę więcej mieszkańców niż Czechy.
Czyta się kilka minut

Wprawdzie w gabinetach polityków – na Zachodzie, w samej Afryce, a także w Radzie Bezpieczeństwa ONZ – o kraju tym, którego większość powierzchni zajmuje pustynia, dyskutowano intensywnie od kilku miesięcy. Dokładnie: od chwili, gdy w północnym Mali objawiła się afrykańska odmiana afgańskich talibów, ogłosiła powstanie na Saharze własnego państwa i zaczęła zwycięski marsz na południe, zajmując sporą część kraju, wprowadzając szariat i wywołując exodus kilkuset tysięcy Malijczyków, którzy nie chcą żyć w państwie islamskim. Ale trzeba było dopiero francuskiego lotnictwa, które w miniony piątek zaczęło bombardować islamistów (ponosząc też pierwsze ofiary), by sprawa trafiła do europejskich gazet.

Decyzja prezydenta François Hollande’a – podjęta w pojedynkę, na pozór w iście wielkopańskim stylu – może budzić skojarzenia z epoką kolonialną; w końcu obecne Mali było francuską kolonią (w latach 1893–1960), a Paryż do dziś uprawia swą politykę w Afryce z przekonaniem, że wobec dawnych kolonii ma szczególne prawa.

Ale akurat w tym przypadku historyczne analogie są nietrafione. Nie tylko dlatego, że francuska interwencja ma prawne umocowanie w rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ z 20 grudnia 2012 r. – dopuszcza ona użycie siły przeciw islamistom przez kraje sąsiednie (sąsiedztwo – rzecz interpretacji...). Ciągnące się przez kilka miesięcy minionego roku próby zbudowania z państw Afryki Zachodniej wojskowej koalicji, która skutecznie pomogłaby władzom i ludności Mali, pokazały, że jest to mało realne bez jednego silnego lidera. Teraz wystarczyło kilka dni francuskiej interwencji, by Afrykańczycy w ślad za Paryżem posłali swych żołnierzy (Niger, Burkina Faso) lub zadeklarowali ich posłanie (Senegal, Nigeria).

Tymczasem groźba, że Mali stanie się państwem „talibów Afryki” i ostoją dla podobnych ruchów także spoza Mali – ze wszystkimi tego skutkami dla Afryki Północno-Zachodniej oraz Europy – była całkiem realna. Powstrzymać pochodu islamistów, którzy kontrolują już dwie trzecie kraju, nie była w stanie malijska „armia rządowa”. Cudzysłów powinien być tu podwójny: od kilku miesięcy w Mali panuje chaos władzy, struktury państwa są w rozkładzie. Stąd powszechna akceptacja dla decyzji Paryża – w samej Afryce (jak słyszymy, mieszkańcy Bamako, stolicy kraju, witali „interwentów” z radością i z francuskimi flagami), a także ze strony rządów Europy i USA; Amerykanie gotowi są wspierać Francuzów także militarnie. Nawet Berlin, wahający się w sprawie interwencji libijskiej, popiera teraz (politycznie) Paryż. Postępowanie Hollande’a – który wolał nie czekać (i słusznie), aż za interwencją w Mali opowie się wspólnie Unia Europejska – można też traktować jako kolejny dowód słabości unijnej polityki zagranicznej (Unia gotowa jest jedynie wysłać do Mali dwustu doradców wojskowych).

Kontynuując afgańską analogię: akurat lekcja wyniesiona spod Hindukuszu – skąd zresztą Paryż wycofał już swych żołnierzy w pośpiechu, niezbyt solidarnie wobec sojuszników – pokazuje, że walka z „afrykańskimi talibami”, mającymi oparcie w plemionach saharyjskich Tuaregów, może trwać długo. Europa podjęła więc właśnie – rękoma francuskich żołnierzy – długoterminowe zobowiązanie i odpowiedzialność za konflikt u swoich południowych granic (wcale nie tak umownych). I wygląda na to, że jest to najlepsze wyjście z najgorszych.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 03/2013