Lubię tych świętych, o których nie ma żadnych zawiłych historii. Którzy, jak np. pewien kapucyński furtian, nie dokonali żadnych niezwykłych dzieł, ale byli po prostu świętymi ludźmi. Albo jak ta święta, której proces kanonizacyjny Stolica Apostolska zdecydowała się powtórzyć, chyba właśnie pod wpływem poszukiwania niezwykłości – i ostatecznie jednak, choć trwało to sporo czasu, uznała go za całkiem prawidłowy, choć święta zdawała się podejrzanie zbyt zwyczajna jak na świętą.
Przypuszczam, że czasem (często?) hagiografowie coś tam dodawali z własnej wyobraźni. Stąd ostrożność Kościoła w uznawaniu opowieści o cudach. Np. takich jak ta o pewnym świętym, któremu przełożeni zakazali czynienia cudów bez każdorazowego pozwolenia, zatrzymał więc w powietrzu spadającego człowieka i poszedł po pozwolenie. Są święci wynoszeni na ołtarze, których życiorysy są pełne wręcz nieprawdopodobnych opowieści, są jednak i ci z życiorysem na dwie kartki papieru maszynowego.
Współczuję biografom tych drugich, szukającym w ich życiu rzeczy niezwykłych, daj Boże – cudownych, ale niczego, co by się nadawało np. do filmu, nieznajdującym. A mimo to Kościół ogłosił ich bohaterów świętymi. Myślę, że ta niezwykła zwykłość będzie coraz bardziej zauważana. Bo kult świętych się zmienia, jak zmienia się myślenie o nich. Choć jego formy trwają, przynajmniej te eksponowane w książkach o duchowości, kazaniach na ich temat itd. – to naprawdę ważny pozostaje stosunek tych świętych do Boga i stosunek do siebie.
Ogłaszany właśnie świętym Carlo Acutis – o kontrowersjach wokół jego kultu piszemy w tym wydaniu – jest dla mnie dobrym tego przykładem. Życiorys tego młodego człowieka (1991–2006) jest może w pewien sposób niezwykły, ale w gruncie rzeczy podobny do wielu życiorysów jego rówieśników. Autorzy jego biogramów starają się uwypuklić jego niezwykłość, zdolności, dobre uczynki, pasje. To wszystko prawda, ale świętość – o czym czasem wypowiada się Kościół – polega na czymś, co trudne jest do opisania. Polega na relacjach z Bogiem. Dobre czyny Carla, owszem, miały miejsce, w swoich zainteresowaniach mógł mieć czasem rację, czasem mógł jej nie mieć, w swoich reakcjach na zachowanie najbliższych mógłby być dla nas wzorem, ale czasem lepiej go nie naśladować. Jest wzorem, ale w swoim odnoszeniu się do Boga. Co nie znaczy, że w swoim życiu mamy odgrywać jego życie.
Świętość jest wezwaniem skierowanym do wszystkich, lecz zarazem do każdego z nas indywidualnie. Mówiąc prościej, drogi świętości są rozmaite. Znałem ludzi, których Kościół ogłosił świętymi, ale o wiele liczniejsi są święci, których znałem, a których nikt ani błogosławionymi, ani świętymi nie ogłosił, chociaż z pewnością takimi są. Jedni u początków swojej życiowej drogi, inni w jej trakcie. Są też święci ostatniej godziny, a wszystkim, co się tym gorszą, można tylko przypomnieć, jak niewiele wiemy o zdumiewających drogach ludzkich pytań i odpowiedzi, które mogą przyjść w ostatniej godzinie życia. Albo... nie przyjść.
Postacie świętych mogą na nas wpływać, choć nie daj Boże, byśmy chcieli w swoim życiu odtwarzać ich życie. Bo każdy ma do przeżycia swoje. Każde życie jest bardzo indywidualnym dziełem sztuki. Kopiowanie nie tylko nie jest zalecane, ale po prostu niemożliwe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















