Złota Ola: skąd się wzięły olimpijskie sukcesy polskich wspinaczek

Mamy nowy sport narodowy. Stolicami wspinania na czas są Tarnów i Lublin. Królową: Aleksandra Mirosław.
Czyta się kilka minut
 ze złotym medalem Igrzysk Olimpijskim w spinaczce sportowej. Paryż, 8 sierpnia 2024 r. // Fot. Franck Fife / AFP / East News
ze złotym medalem Igrzysk Olimpijskim w spinaczce sportowej. Paryż, 8 sierpnia 2024 r. // Fot. Franck Fife / AFP / East News

Gdy 7 sierpnia, dwunastego dnia XXXIII Letnich Igrzysk Olimpijskich, stają pod 15-metrową ścianką w podparyskim centrum wspinaczkowym Le Bourget, polski sport olimpijski stoi już także w Paryżu pod ścianą. Od pięciu dni i brązu Igi Świątek trwa impas, w klasyfikacji medalowej Polska spada na 53. miejsce, poniżej debiutantek tej statystyki, Świętej Łucji i Dominiki, krajów, o których wyspiarskim istnieniu wiedzą prędzej wytrawni widzowie lekkoatletyki niż uczniowie z piątkami z geografii. Jest jeszcze przed półfinałowym thrillerem siatkarzy zakończonym awansem do olimpijskiego finału i rozstrzygniętą podobnym wynikiem bokserską walką Julii Szeremety.

O tym, co dzieje się dookoła, nasze reprezentantki we wspinaczce sportowej, dwie Aleksandry: Kałucka i Mirosław, wiedzą jednak niewiele. Przed rozpoczęciem igrzysk wylogowały się z mediów społecznościowych, ograniczyły kontakt z mediami. Zamknęły się w wieży skupienia, bo w konkurencji wspinaczkowej, w której bieg trwa nieco ponad 6 sekund, a każde potknięcie czy nawet lekkie zawahanie może odebrać szanse na zwycięstwo, czysta głowa i koncentracja są równie ważne jak talent i fenomenalne przygotowanie fizyczne.

Nic pewnego

Zwłaszcza pod taką presją, jakiej poddali je kibice, może nie tak liczni jak tenisowi fani Świątek, ale także skorzy do tego, by już przed igrzyskami wieszać medal na szyi przynajmniej jednej z nich – Aleksandry Mirosław, uchodzącej od miesięcy za faworytkę do złota. Ugruntowała tę pozycję w odbywających się dwa dni przed finałami eliminacjach, w których dwukrotnie poprawiała własny rekord świata – najpierw o 0,03 s, a następnie o 0,15 s. Ten finalny olimpijski rekord, 6,06 s, wymagający korekty poświęconego Mirosław muralu w Lublinie, to czas, w jakim jeszcze 13 lat temu biegali po sztucznej ścianie najszybsi mężczyźni.

Wyniki rozbudzają nadzieje kibiców, ale znawcy zawodów wspinaczkowych, zwłaszcza „czasówek”, wiedzą, że wciąż nic nie jest pewne. Tu nie ma kilku wyścigów, w których można poprawić słabszy start, trzech prób czy rund, repasaży po przegranym biegu. Na krótkim dystansie 15-metrowej ściany o pięciostopniowym przewieszeniu, liczącej po 20 jednakowych dużych chwytów i 11 małych stopni, nie ma czasu na poprawę nawet najmniejszego błędu.

Po wygraniu biegów ćwierćfinałowych przez obie Ole układ pucharowej drabinki uniemożliwia polski finał, choć z drugiej strony gwarantuje obecność w nim jednej z nich. Aleksandra Kałucka nie lubi słowa rywalizacja, woli mówić o współzawodnictwie i właśnie współzawodnicząc w półfinałowym biegu z najszybszą na igrzyskach Aleksandrą Mirosław, osiąga swoją „życiówkę”, a także domowy rekord sióstr Kałuckich. Tylko jedna z bliźniaczek mogła bowiem wystartować w igrzyskach, w których każdemu krajowi przysługiwały po dwa miejsca w obu żeńskich i męskich konkurencjach wspinaczki sportowej. W zawodach kwalifikacyjnych Aleksandra uzyskała lepszy wynik od Natalii, mistrzyni świata z 2021 r.

Błyskawiczne bliźniaczki

Bój o igrzyska nie był pierwszym, które stoczyły razem. Tarnowskie bliźniaczki urodziły się bowiem za wcześnie, w siódmym miesiącu ciąży, w Boże Narodzenie 2001 r. Lekarze prognozowali, że nigdy nie będą widzieć ani chodzić. Rodzice skupili się na żmudnej rehabilitacji, która przyniosła nadspodziewane efekty. Dziewczynki zyskały sprawność przewyższającą przeciętnych ludzi. Biegają po ścianie zaledwie ułamki sekundy wolniej od najszybszej na świecie Mirosław. Każda z nich nie widzi na jedno oko, co jednak, jak podkreślają, ani we wspinaczce, ani w życiu im nie przeszkadza. Nie wiedzą bowiem, co to znaczy widzieć normalnie.

W biegu o brązowy medal Aleksandra widzi świecący się na zielono czasomierz ze swoim wynikiem i hidżab dobiegającej prawie dwie sekundy później po błędzie w dolnej części ściany Indonezyjki Rajiah Sallsabillah. Dzień później rodak tejże, Vedriqq Leonardo, zdobędzie złoto w męskiej konkurencji z czasem 4,75 s. Dwie setne szybszym od pokonanego Chińczyka, zaś jedną wolniejszym od poprawiającego także o 0,01 s własny rekord świata w starciu o brąz Amerykanina Sama Watsona.

W finałowym pojedynku Aleksandry Mirosław z Chinką Deng Lijuan też decydują ułamki sekundy. Albo mgnienie oka, którego czas według naukowców zamyka się w 80 milisekundach. Szybszym „strzałem”, czyli wyskokiem do panelu wyłączającego czas stopera, Aleksandra Mirosław zdobywa złoto – pierwsze polskie w tych igrzyskach i zarazem pierwsze w historii w debiutującej na nich konkurencji.

Wiele ścianek

Na olimpiadzie pojawiła się wprawdzie wraz z całym wspinaniem sportowym już trzy lata temu w Tokio, podczas pandemicznych, przełożonych o rok igrzysk. MKOl przyjmując wspinaczy pod olimpijskie skrzydła, zaoferował im na początek walkę we wspinaczkowym wieloboju, który obejmował trzy konkurencje: bouldering, wspinaczkę na prowadzenie i tę na czas, co premiowało zawodników mierzących się z trudnością sztucznej ściany. Specjaliści od czasówek nie mieli w tym formacie szans na medal, zwycięstwo w jednej trzeciej rywalizacji z pobitym wówczas także rekordem świata dało Aleksandrze Mirosław 4. miejsce.

Było mniej więcej tak, jakby nasza najlepsza sprinterka w biegach płaskich Ewa Swoboda miała w ramach biegowego wieloboju przebiec jeszcze 800 i 10 000 m. O ile jednak wspinaczka na czas faktycznie przypomina rozgrywającą się w pionie dyscyplinę lekkoatletyczną, o tyle bouldering, czyli wywodzące się ze wspinania na wielkie głazy rozwiązywanie ruchowych problemów na przewieszonej ściance czterometrowej wysokości, wygląda dziś raczej na ekstremalną gimnastykę sportową z elementami parkouru niż na klasyczne wspinanie.

Do niego najsilniej nawiązuje konkurencja na prowadzenie, czyli wspinaczka na sztucznej ścianie z liną i dolną asekuracją. Układ chwytów w będącym w Paryżu osobną konkurencją dwuboju był dziełem routesetterów, czyli architektów stanowiących dla zawodników zawsze nową zagadkę boulderowych problemów i wspinaczkowej drogi. W Paryżu w tej grupie byli także Polacy: Olga Niemiec, Piotr Pustelnik i Tomasz Oleksy.

Ten ostatni kilkanaście lat temu należał do światowej czołówki w boulderingu i wspinaczce na czas. Podobnie jak siostry Kałuckie, Edyta Ropek, mistrzyni Europy i medalistka mistrzostw świata, oraz Marcin Dzieński, także były mistrz świata, pochodzi z Tarnowa, polskiej stolicy wspinania na czas. Jego drugim najważniejszym centrum jest obecnie Lublin, w którym trenuje nasza mistrzyni olimpijska.

Stroma droga

Wspinaczka na czas, co potwierdzają medale w Paryżu, jest naszą narodową konkurencją, choć jak przyznaje jej weteran, Andrzej Marcisz, ma ona radziecki rodowód. To w ZSRR odbywały się pierwsze zawody, mimo że ich współczesne standardy i parametry ściany są ideą Francuza Jacky’ego Godoffe’a, z którym Marcisz rywalizował niegdyś w europejskich zawodach. Gdyby wspinaczka sportowa wcześniej trafiła do rodziny dyscyplin olimpijskich, Polska mogła mieć już kilka medali. Jej droga na olimpiadę była jednak długa i stroma.

Właściwie, sięgając do olimpijskiej prehistorii, zaczęła się już u zarania ruchu olimpijskiego, gdy jego ojcowie sformułowali zamysł nagradzania na każdych igrzyskach najwybitniejszego wspinaczkowego dokonania minionego czterolecia. W praktyce medale za alpinizm wręczono tylko trzykrotnie, począwszy od igrzysk w Paryżu w 1924 r., na których nagrodzono uczestników brytyjskiej wyprawy na Mount Everest za dotarcie na najwyższą osiągniętą wówczas przez człowieka wysokość.

Pomysł włączenia wspinaczki do programu igrzysk wrócił dopiero w latach 90., gdy popularność święciły już sztuczne ściany i rozgrywane na nich międzynarodowe zawody, w tym najsłynniejsze we włoskim Arco. Jednym z ich pierwszych polskich uczestników był właśnie Marcisz. Uczestniczył też w zawodach pokazowych, które odbyły się w 1992 r. w Albertville w ramach… zimowych igrzysk olimpijskich. – Po nich okazało się jednak, że jest za mało państw, w których uprawiana jest wspinaczka sportowa. A wspinaczka na czas była konkurencją niszową, traktowaną po macoszemu. Dalej jest tak trochę traktowana, choć myślę, że teraz to się diametralnie zmieni. Już po Tokio nastąpił jakościowy skok w rozwoju ścianek wspinaczkowych – mówi.

Duplantis w spódnicy

Aleksandra Mirosław, pierwsze międzynarodowe sukcesy odnosząca pod nazwiskiem Rudzińska, olimpijskiemu laurowi podporządkowała życie. Trenuje pod okiem męża Mateusza w lubelskim Klubie Wspinaczkowym Kotłownia. Jest żołnierką, czy raczej – jak mówi z dumą – żołnierzem Wojska Polskiego, należy do Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego. Po Tokio stała się Duplantisem we wspinaczkowych lycrach. Podobnie jak szwedzki skoczek o tyczce, pobija od wtedy własne rekordy świata, w Paryżu już po raz dziesiąty.

Jednak Armand Duplantis w najważniejszych zawodach nie przegrywa – Mirosław się to zdarza, choćby w dwóch ostatnich mistrzostwach świata, z których przywoziła brąz – i nie ma aktualnie żadnej groźnej konkurencji, a we wspinaczce sportowej ta depta 32-latce po piętach. Za cztery lata w Los Angeles będzie z pewnością jeszcze silniejsza.

„Czasówki” mogą zostać zdominowane przez młode zawodniczki i zawodników z Chin i USA, bo to – nawet w porównaniu ze wspinaniem na trudność – dosyć tanie, w sensie nakładów finansowych, medale. Popularnym sportem ta konkurencja staje się też w bogatej w talenty Indonezji. Nie odpuszcza wschód, z Ukrainą i Kazachstanem, a do stawki dołączają też kraje zachodu Europy, zwłaszcza Francja i Włochy. Po radości z sukcesu potrzeba zatem znowu ciężkiej pracy, aby świat nas nie przegonił, jak w lekkoatletyce i kajakarstwie, dyscyplinach, w których niedługo przed olimpiadą odnosiliśmy światowe sukcesy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Złota Ola