Paryż jest spalony słońcem, po deszczowym początku igrzysk wszyscy szukają odrobiny cienia.
W pierwszym dniu kobiecej rywalizacji w rugby, na trybunach legendarnego Stade de France zasiada 66 tys. kibiców. To rekord, nigdy wcześniej rywalizacji rugbistek nie oglądało na żywo aż tyle osób. Żal, że nie ma tu Polek.
Wychodzimy ze stadionu, tysiące ludzi zmierzają w kierunku metra i jest w tym zadziwiający spokój, który wcale nie oznacza braku emocji. Doświadczyłam tego już w poprzednich dniach. W Paryżu zewsząd płyną bodźce, ale tu jest inaczej. Trybuny doceniają wysiłek rywalizujących i oklaskują wszystkich, nawet jeśli wspierają swoich.
Areny, na których rywalizują olimpijczycy, wypchane są po brzegi, nieważne czy oglądamy kajakarstwo górskie czy judo. Francja docenia atletów, sport urasta do rangi sztuki. Widać, że miejscowych cieszy bycie w ruchu, sprzyja temu sportowa infrastruktura i przestrzeń. Wystarczą dwa drzewa, żeby rozwinąć siatkę i grać z przyjaciółmi w badmintona. Gdy spaceruję, muszę patrzeć pod nogi, bo miejscowe dzieciaki uganiają się za piłką.
Wtorek miał przynieść naszej reprezentacji nawet dwa medale. Plany Polkom pokrzyżowała Meksykanka, która pokonała wicemistrzynię świata Andżelikę Szymańską w judo. Załamana zawodniczka nie była w stanie udzielać wywiadów. Do mediów wyszła jej trenerka Aneta Szczepańska, zdobywczyni srebra na igrzyskach w Atlancie w 1996 r.

Polskie judo musi jeszcze poczekać na upragniony krążek. Podobnie zresztą jak pływanie. W tej dyscyplinie Polacy po raz ostatni stawali na podium w 2004 r. w Atenach; wówczas Otylia Jędrzejczak sięgnęła po złoto i dwa srebra.
Wciąż trzymamy kciuki za Krzysztofa Chmielewskiego, który wystąpi w finale na 200 m w stylu motylkowym. Ten dwudziestolatek z Muszelki Warszawa wystąpi w olimpijskim finale już po raz drugi, debiutował w Tokio. Rywalizował wtedy z bratem bliźniakiem: Michał pobił swój życiowy rekord, ale do awansu zabrakło 0:02 sekundy. Warszawiak pływa w Paryżu ze złamaną ręką. Po prostu wszedł do wody i powiedział, że da radę.

W ćwierćfinale jest już także Iga Świątek. To pierwsza Polka w historii, która doszła do tej fazy na igrzyskach. W środę pokonała Xiyu Wang. To nie była zresztą jedyna polsko-chińska rywalizacja tego dnia w Paryżu. Pod nowo wyremontowanym szklanym dachem Grand Palais o medal walczyły także polskie szermierki: Renata Knapik-Miazga, Martyna Swatowska-Wenglarczyk, Alicja Klasik i Aleksandra Jarecka. W rywalizacji o finał Polki przegrały z gospodyniami. „Francuzi zjedli nas dopingiem” – mówiło się na trybunach.

Naszym szpadzistkom przyszło więc walczyć o brąz z Chinkami. I działo się. A wszystko przez zamieszanie na tablicy wyników, która wskazywała, że w pojedynku prowadzą Polki, co miało zasugerować naszej zawodniczce taktykę, jaką przyjmie w pojedynku. Kiedy okazało się, że wynik był błędny, na nic zdały się protesty. Polkom zostały nieco ponad cztery sekundy na wyrównanie wyniku i doprowadzenie do doliczonego czasu gry.
„Spokojnie” – pokazała koleżankom Aleksandra Jarecka i po chwili Polki cieszyły się z remisu. W doliczonej minucie szpadzistka poszła za ciosem, mimo że nie musiała, bo Polska miała „priorytet”, co oznaczało, że w przypadku remisu to właśnie one sięgną po brąz. Jarecka zaryzykowała natarcie i zdobyła 300. medal na letnich igrzyskach olimpijskich.
– Miało mnie tu nie być – mówiła zawodniczka po występie. Mimo że osiągnęła olimpijskie minimum, a trener liczył na jej występ, działacze Polskiego Związku Szermierczego do Paryża chcieli wysłać niżej notowaną zawodniczkę. Zaprotestował zarówno klub Jareckiej, jak i PKOl.

Nie mogę napatrzeć się na jej zdjęcie – Polka pada na kolana, ręce przyciska do klatki piersiowej, krzyczy, w oczach łzy. Fotografia na pewno przejdzie do historii polskiego sportu. Jest na niej wszystko, co w sporcie najpiękniejsze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















