Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ziarna racji

Ziarna racji

01.10.2012
Czyta się kilka minut
Jest mało prawdopodobne, byśmy wychodząc z diametralnie różnych doświadczeń i interesów, często nie do pogodzenia, doszli kiedykolwiek do powszechnego porozumienia, do modelu „sprawiedliwego społeczeństwa”.
N

Niezdolni do osiągnięcia zgody, możemy co najwyżej dopracować się formuły dość ogólnikowej, ograniczonej do oczywistego dla wszystkich „twardego jądra” sprawy – ale bez uprzedzeń wobec przyszłych konkretyzacji i nie kusząc się o wyprzedzenie przyszłych meandrów wielogłosowej na ten temat debaty. Jako taki właśnie rodzaj formuły ogólnej proponowałbym zasadę następującą: „sprawiedliwe społeczeństwo” to społeczeństwo trwale wyczulone na wszelkie przypadki niesprawiedliwości i zawsze skwapliwe do podjęcia działań je korygujących, bez czekania na porozumienie co do modelu uniwersalnego. W nieco innych i być może prostszych słowach: idzie mi tu o społeczeństwo dbające o dobro warstw klas najbardziej upośledzonych i zagrożonych w swej zdolności do praktycznej realizacji formalnego prawa ludzkiego do godnego bytu – a więc do przekształcenia „wolności de iure” w „wolność de facto”.

Formuła taka przyznaje pierwszeństwo proponowanej przez Richarda Ror-ty’ego „polityce kampanii” przed konkurencyjną koncepcją „polityki ruchu”. Punktem wyjścia tej drugiej jest obranie modelu, jeżeli nawet nie „idealnie” sprawiedliwego społeczeństwa („idealnie”, czyli a priori bez potrzeby, możliwości i chęci dalszego doskonalenia), to przynajmniej sprawiedliwego „w pełni” czy „pod każdym względem”. „Polityka ruchu” upiera się przy mierzeniu/ocenie wszelkich rozwiązań ich wpływem na skrócenie dystansu między stanem rzeczy a ich ideałem, a nie przez zwiększenie lub zmniejszenie na bieżąco ogólnej ilości ludzkiego cierpienia powodowanego przez istniejące niesprawiedliwości. Z kolei „polityka kampanii” obiera odmienną strategię: zaczyna od zlokalizowania niepodlegającego wątpliwości przypadku cierpienia, podąża przez diagnozę niesprawiedliwości tkwiącej u jego podstaw, a kończy podjęciem działań ku jej naprawie. Nie traci czasu na próby (niewątpliwie bezsensowne) rozwiązania (bez wątpienia nierozwiązywalnych) kwestii możliwych konsekwencji takich działań dla przyspieszenie bądź opóźnienia nadejścia „idealnej sprawiedliwości”.

Prosi się, by tę charakterystykę pożądanej strategii uzupełnić równie szkicowym opisem taktyki, jaką dla osiągania celów strategicznych należałoby stosować – a zwłaszcza w naszym wielokulturowym i wielocentrycznym, coraz bardziej zdiasporyzowanym świecie. Warta uwagi jest tu niedawna propozycja jednego z najtęższych dziś umysłów humanistycznej socjologii – Ryszarda Sennetta; formuła trójdzielna, która w moim przynajmniej rozumieniu artykułuje i kodyfikuje intencje Józefa Mirosława Życińskiego i sposoby, w jakie te intencje w życie przetwarzał. Sennett proponuje „nieformalną, otwartą współpracę”. Każde z trzech pojęć na tę formułę się składających jest istotne.

„Nieformalność” znaczy, że przystępuje się do dzieła bez z góry ustalonych i uznanych za niepodważalne reguł postępowania – spodziewając się, i to na ogół słusznie, że wyłonią się one, ku ogólnemu zadowoleniu uczestników, w praktyce współpracy. „Otwartość” to tyle co założenie, że ostateczny wynik współdziałania nie jest z góry dany, że trzeba udzielać uwagi wszystkim wytaczanym w jego toku argumentom, przyznać prawo głosu wszystkim uczestnikom, jako że w każdej opinii kryć się mogą ziarna racji, których przyswojenie lub choćby zrozumienie wszystkich uczestników wzbogaci. I wreszcie „współpraca” raczej niż dyskusja... O ile do dyskusji przystępuje się z reguły z zamiarem „wygrania własnej sprawy” i pokonania tych, co się z nią nie zgadzają, mając na celu pouczanie i przekonanie kontrahentów o własnej racji, to we współpracy nie ma wygranych ani przegranych, zwycięzców ani pokonanych. Jej celem jest nie tylko pouczanie, ale i wzbogacenie własnej wiedzy. Każdy jest tu nauczycielem i uczniem na przemian czy naraz. Debata okazuje się często gęsto grą o sumie zerowej; ze współpracy wszyscy uczestnicy mogą wyjść wzbogaceni.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]