Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zbrodnia zaniechania

Zbrodnia zaniechania

13.07.2011
Czyta się kilka minut
DIETER SCHENK, autor książki o mordzie na lwowskich profesorach: Po wojnie niemiecki wymiar sprawiedliwości zaprzepaścił wiele szans, aby osądzić ten mord lub choćby tylko wyjaśnić jego przebieg. Rozmawiał Wojciech Pięciak
W

Wojciech Pięciak: Jak to się stało, że napisał Pan książkę o lwowskim mordzie?

Dieter Schenk: Kilka lat temu skontaktował się ze mną prof. Tomasz Cieszyński, syn jednego z zamordowanych profesorów. Powiedział, że przeczytał moje książki o Poczcie Polskiej w Gdańsku i Forsterze, i dlatego zwraca się do mnie ze sprawą, którą próbował zainteresować kogoś w Niemczech, jak dotąd bezskutecznie. Był tym bardzo rozczarowany. Powiedział, że po lekturze moich książek ma do mnie zaufanie. Zapytał, czy nie napisałbym o mordzie na polskich naukowcach we Lwowie. Muszę przyznać, że wcześniej nie wiedziałem o tym wydarzeniu. Moja niewiedza była zresztą typowa dla Niemiec: wprawdzie to, co działo się we Lwowie latem 1941 r., jest mniej więcej znane, ale to konkretne wydarzenie, czyli mord na uczonych, już nie. Odwiedziłem prof. Cieszyńskiego we Wrocławiu i postanowiłem zająć się tematem.

Spora część Pana książki mówi o tym, jak sprawę lwowskiego mordu traktowano w RFN. Oskarża Pan zachodnioniemiecką prokuraturę, że nie chciała ścigać jej sprawców.

W Niemczech Zachodnich postępowanie przeciw członkom "Grupy Operacyjnej do Zadań Specjalnych" (Sonderkommando z.b.V.), która dokonała tego mordu, a która liczyła ok. 250 osób, prowadziła od 1964 r. prokuratura w Hamburgu. Ciągnęło się ono z przerwami do 1994 r., kiedy zostało ostatecznie zamknięte. W międzyczasie kilka razy je umarzano, po czym następowały protesty m.in. rodzin zabitych, sprawę otwierano więc na nowo, aby znów ją zamknąć itd. W śledztwie powtarzały się nazwiska ludzi, którzy powinni zostać uznani za podejrzanych, ale prokuratorzy uczynili wszystko, aby nie doprowadzić ich przed sąd. Przejrzałem akta i stało się dla mnie oczywiste, że po stronie prokuratury nie było woli, by sprawę wyjaśnić i sformułować akt oskarżenia, choćby tylko wobec głównych podejrzanych.

Dlaczego?

Było to typowe dla tamtych czasów. Wymiar sprawiedliwości w Niemczech Zachodnich długo traktował czasy III Rzeszy jak zam­kniętą epokę, do której lepiej nie wracać. Powiadano, że przecież główni winowajcy zostali skazani w Norymberdze, że odbyły się już inne procesy i to wystarczy. Taka mentalność, że przeszłość należy odkreślić "grubą kreską", dominowała nie tylko w wymiarze sprawiedliwości, ale generalnie w sferze publicznej, także w polityce, we wszystkich partiach, jak również w mediach. Oczywiście były wyjątki, ale nieliczne. W efekcie albo nie podejmowano śledztw, albo, jeśli je podjęto, ciągnęły się w nieskończoność. Ściganie blokowali ludzie, którzy sami byli obciążeni, ale po 1949 r. sprawowali ważne funkcje. Jak np. prokurator generalny landu Dolna Saksonia, w czasie wojny członek tzw. sądu specjalnego.

Ale w latach 70. w wymiarze sprawiedliwości RFN niemal nie było już ludzi aktywnych zawodowo w okresie III Rzeszy.

Nowe pokolenie prawników, które w RFN zastąpiło przechodzących na emeryturę ludzi z "brunatną" przeszłością, zostało ukształtowane przez nich właśnie, przez eksnazistów, którzy byli dla nich wzorcami, nauczycielami, przełożonymi. W efekcie ludzie z powojennego już pokolenia prawników zostali "zainfekowani" myśleniem poprzedników. Tacy byli prokuratorzy, którzy ukręcali łeb śledztwom w sprawie mordu lwowskiego.

Dziś nastawienie niemieckiej prokuratury i sądów w nielicznych już takich sprawach wygląda inaczej. W maju skazano Iwana Demjanjuka, strażnika, który "tylko" pilnował obozu zagłady; 30 lat temu nie postawiono by mu nawet zarzutów. W książce opisuje Pan przypadek esesmana, który podczas przesłuchania przyznał, że rozkazał zabić we Lwowie 70-80 Żydów; sprawa nie miała ciągu dalszego. Prawo w RFN nie zmieniło się w ciągu minionych 60 lat, a jednak zmieniło się orzecznictwo. Dlaczego?

Po pierwsze, zmienili się ludzie: do instytucji państwowych przyszło kolejne pokolenie. Po drugie, zmienił się klimat społeczno-polityczny. Także pod wpływem tego, co od lat 90. publikowała generacja młodych historyków. Tymczasem sposób interpretacji litery prawa - i w ogóle to, jak zachowują się instytucje państwa, także wobec spraw historycznych - nie jest czymś niezmiennym i zawieszonym w próżni, lecz pozostaje w "sprzężeniu zwrotnym" z klimatem społeczno-politycznym. Dziś w Niemczech panuje szeroki konsens, że zbrodnie z czasów II wojny należy ścigać, dopóki żyją ostatni sprawcy.

W 2001 r. opublikował Pan książkę o tym, jak eksnaziści budowali po 1949 r. w RFN jedną z głównych instytucji policyjnych: Federalny Urząd Śledczy, BKA. Wtedy nie mógł liczyć Pan na współpracę policji. Tymczasem dziś kolejne instytucje, jak ministerstwa, koncerny itd., same zlecają historykom badanie własnej przeszłości z okresu III Rzeszy i powojennego.

Tę zmianę nastawienia widać dobrze właśnie na przykładzie BKA. Przez kolejne dekady BKA nie chciał, aby ktoś zajmował się jego przeszłością. Dopiero w 2007 r. ówczesny jego szef oświadczył, że urząd chce stawić czoło historii i jest gotów ujawnić akta z czasów powojennych. W sferze publicznej ten krok nie zaszkodził wizerunkowi BKA. Przeciwnie: fakt, że niezależni, zewnętrzni historycy mogli teraz badać historię BKA, odebrano bardzo dobrze.

BKA to jeden z wielu przykładów. Można chyba mówić o tendencji do "rozliczeń z (zaniechanymi) rozliczeniami", czyli z okresem powojennym i udziałem eksnazistów w tworzeniu nowych Niemiec? Nawet wywiad BND otwiera powojenne archiwa.

Ze służbami specjalnymi sprawa nie wygląda tak dobrze. BND nie robi tego dobrowolnie. Dopiero sprawy sądowe, wytaczane przez historyków i dziennikarzy, zmusiły niedawno BND do ujawnienia dokumentów, które pokazują, jak wielu eksnazistów tam służyło. Jeszcze gorzej wyglądało to w Urzędzie Ochrony Konstytucji [kontrwywiad - red.], którego "brunatne" uwikłanie w okresie powojennym było poważniejsze niż BND. Gdy pisałem książkę o BKA, trafiłem na taką historię: rekrutowaniem ludzi do BKA zajmował się Paul Dickopf, później dyrektor BKA [w III Rzeszy funkcjonariusz SD, tj. Służby Bezpieczeństwa SS - red.]. Przyjął taką strategię: gdy widział, że kandydat jest mocno obciążony służbą w gestapo czy SS, nie przyjmował go do BKA, ale kierował do powstającego także w tym czasie Urzędu Ochrony Konstytucji. Do dziś Urząd broni się przed tym, by niezależni historycy mogli zbadać jego początki.

Z członków "Grupy Operacyjnej", winnych mordu na lwowskich profesorach, nie żyje już nikt. Czy to zatem sprawa zamknięta?

Sprawcy nie żyją, od tej strony nic już nie można uczynić. Wymiar sprawiedliwości RFN - co jasno wynika z akt - zaprzepaścił wiele szans, nie tylko aby osądzić ten mord, ale też aby wyjaśnić jego przebieg. A możliwości było wiele. Np. nigdy nie wydano nakazu aresztowania wobec żadnego z podejrzanych. Choć można było mieć nadzieję - wiem to z własnego doświadczenia - że gdy podejrzany posiedzi kilka tygodni, będzie skłonny do mówienia. Były też przypadki, że ludzie, którzy w 1941 r. należeli do tej "Grupy Operacyjnej", zostali już wcześniej w RFN skazani za inne zbrodnie. Można było podjąć próbę skłonienia ich do zeznań w więzieniu, wychodząc z założenia, że skoro ktoś ma dożywotni wyrok, to zechce mówić o tym zdarzeniu, skoro i tak nie ma to znaczenia dla jego sytuacji. Można było podjąć takie próby, ale ich nie podjęto. A to tylko dwa przykłady niewykorzystanych możliwości. Dlatego moja książka jest także aktem oskarżenia wobec niemieckiego wymiaru sprawiedliwości.

Dieter Schenk

Jeden z najciekawszych historyków niemieckich zajmujących się Polską, za pisarstwo historyczne zabrał się dopiero mając ponad 50 lat. Wcześniej Schenk - rocznik 1937, prawnik i kryminolog - zajmował kierownicze stanowiska w Federalnym Urzędzie Śledczym (BKA; odpowiednik amerykańskiego FBI). Wspomina, że postanowił odejść ze służby, gdy - będąc odpowiedzialnym za międzynarodowe kontakty BKA - zobaczył, z jaką obojętnością niemieckie władze traktują łamanie praw człowieka w Trzecim Świecie.

Odszedł z Urzędu i poświęcił się publicystyce historycznej.

Do dziś wydał szereg książek, których tematem jest okres 1933-45 i lata powojenne: czas budowania nowych Niemiec, często przy udziale ludzi z "brunatną" przeszłością. Jego książka o obronie Poczty Polskiej w Gdańsku w 1939 r. (wyd. niemieckie 1995, polskie 1999), w której dowiódł, że pocztowcy padli ofiarą mordu sądowego, przyczyniła się do formalnej rehabilitacji zamordowanych przez niemiecki sąd (ponad 50 lat po wojnie!). Otrzymał za to tytuł honorowego obywatela Gdańska.

W Polsce ukazały się też jego biografie Alberta Forstera (szefa NSDAP w Gdańsku, odpowiedzialnego za zbrodnie na Polakach) i Hansa Franka (generalnego gubernatora okupowanej Polski).

W ub. roku Schenk opublikował w Niemczech historię Wawelu w okresie okupacji (to tzw. Bilderbuch: książka składająca się z tekstu i fotografii). Jak powiedział w rozmowie z "Tygodnikiem", pracuje teraz nad podobną publikacją o wojennych dziejach Gdańska.

Książka Schenka o mordzie na polskich profesorach we Lwowie ukazała się w Niemczech w 2007 r. - i była pierwszą niemiecką publikacją książkową o tym wydarzeniu.

Jej polski przekład pt. "Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie. Holokaust w Galicji Wschodniej" ukaże się jesienią w wydawnictwie Wysoki Zamek (www.wysokizamek.com.pl). "Tygodnik" jest patronem medialnym publikacji.

Na zaproszenie syna jednego z zamordowanych w 1941 r., Dieter Schenk uczestniczył w uroczystości odsłonięcia pomnika we Lwowie.

WP

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]