Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zapiski o zapisach

Zapiski o zapisach

18.10.2014
Czyta się kilka minut
„Każdemu daj śmierć jego własną. Panie. / Daj umieranie, co wynika z życia, / gdzie miał swą miłość, cel i biedowanie. / Myśmy łupina tylko i listowie. / A wielka śmierć, którą ma każdy w sobie, / to jest ów owoc, o który zabiega / wszelki byt”.
K

Książki nadesłane, miły kłopot. Zna go każdy, kto dostaje teksty do przeczytania. Rosnące poczucie winy. Czyta się, lecz nie ma kiedy odpowiedzieć autorowi. Kiedy? Może teraz?
Pani A., dziękuję. Przeoczyłem, pewnie dlatego, że „Kochałam, kiedy odeszła” uchodzi za prozę, choć równie dobrze utwór mógłby uchodzić za poezję. Do tego małe wydawnictwo, ograniczona dystrybucja, żadnej promocji. Dlaczego się tłumaczę, skoro takich przeoczeń zdarzyło się mnóstwo, trudno powiedzieć, ile? Gdyby nie książki nadesłane...
Zazwyczaj pisanie o śmierci zaskakująco mocno okazuje się pisaniem. Z jednej strony śmierć należy do malejącego zasobu oczywistości, z pewnością nie da się jej zrelatywizować, nie odbyć, nie doznać, z drugiej zaś – wszystko, co o niej powiemy, jest relatywne, nieodbyte, niedoznane. Funeralna literatura, jak żadna inna usilnie chcąc przekroczyć swą literackość, jak żadna inna jest na nią skazana. W pisaniu o śmierci, chyba też o miłości, najciekawsze jest więc forsowanie granicy konwencji, lub może dotlenianie jej sensem, budzące szacunek, bo motywowane nie tyle przez artystyczną próżność, co przez niepogodzoną bezsilność.
W Pani dzienniku żałoby pełno języków cudzych, bibliotecznych, muzealnych, religijnych, erudycyjnych aluzji, kodów ludzkości, tematów współczesnej antropologii (kobiecość, ciało, erotyzm), a mimo to zapis zachowuje na wskroś intymny, nieegocentryczny charakter. To zasługa oznajmującego zdania i patrzenia na siebie jak na „obcą rzecz”, a także mieszania perspektyw: „Szema Israel, Szema Israel, Adonai Elohenu, Adonai Ehad, śpiewałam sobie przed snem na tyle głośno, żeby słyszeć swoje słowa. Ale to nie były moje słowa”. Jednak kluczowy jest dialog, niby naturalne uobecnianie nieobecnych w myślach i w snach, lecz zadziwiające i groźne. Rozmowy pośmiertne nie dają dokonać się żałobie, matce nie dają umrzeć za córkę, córce wrócić do życia. Życie, miłość należą tu do czasu przeszłego, który nie zamierza ustąpić teraźniejszości. Słabe ślady konsolacji, treny bez zakończenia, tylko mówienie, chwilami – w poszukiwaniu zgrozy i odrazy – okrutne: „Jesteś ciastowata, bulgocząca breją. Między ściankami trumny pływają już pierścionki i nasze zdjęcia”. Bo na to – to odejście, które wszystko zmienia – nie ma języka, są tylko różne style i rytuały na próbę, różne próby pożegnania się i oswojenia z samotnością: „»Podczas dwunastu miesięcy od pochówku należy wstrzymać się od rozrywek«. To trudne, myślę, biorąc w palce krewetkę królewską, z której spływa słodki sos teriyaki i pokazują się kawałeczki czosnku”. Jeszcze trudniejsza wydaje się myśl, że rozmowy z matką nie dzieją się naprawdę: „Mamo, a jeśli cię nie ma i to wszystko pic na wodę?”.
Książka z łatwością wznieca interpretację, można ją chwycić Freudem, feministycznie, postsekularnie, świetnie nadaje się do rozbiorów i porównań (Różewicz, Dycki, Suska, Kobierski, Mansztajn, Iwasiów), ale czy faktycznie oczekuje Pani tego, Droga Pani A.?
Z pewnością woli Pani usłyszeć, czy to jest dobra literatura. W tym momencie, w niedzielne przedpołudnie, dla mnie teraz – jest.
Uprasza się nie szydzić: dobra literatura to nie wymysł cwanych pięknoduchów, wyspecjalizowanych w uprawie opłacalnego kultu wzniosłości, jak chcą zwolennicy kulturowej Realpolitik, lecz doświadczenie czytelnika, któremu spodobało się zdanie, parę słów położonych obok siebie w nieoczekiwany sposób, z wdziękiem, zalotnie lub agresywnie, ponuro, wysoko lub nisko, budujących aurę, bohatera lub problem, kopiących pod powierzchnią wyobraźni, poruszających zleżałe uczucia, szerzących nieznaną wrażliwość, użyźniających banał, reanimujących język. Chodzi o idiom, który – jedyny bodaj – burzy mury.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]