Wprowadzenie tego rodzaju - i tej wysokości - stawek za korzystanie z usług publicznej służby zdrowia zaproponował wicepremier Jerzy Hausner. Pomysłodawcy wyjaśniali, że chodzi o pogodzenie potrzeb medycznych obywateli z możliwościami finansowymi państwa. Ryczałtowe opłaty miały m.in. ograniczyć niepotrzebne - w domyśle: wynikające z hipochondrii - wizyty pacjentów, bo na darmowe usługi popyt jest nieograniczony.
Pomysł padł - m.in. wskutek sprzeciwu partyjnego zaplecza rządu, czyli SLD i UP. Jednak nie ich reakcja - dyktowana przecież li tylko propagandowymi względami - wydaje się tu najważniejsza. Istotniejsze jest samo podejście rządowych pomysłodawców do reformy systemu opieki zdrowotnej. Nie sposób zrozumieć, jak stawka 2 czy 3 złotych miała zniechęcić i przewrażliwionych stanem swego organizmu od nagabywania lekarza. Łatwo natomiast wyobrazić sobie, że czasem nawet tak niska opłata mogłaby stać się przeszkodą w szukaniu porady przez osoby faktycznie chore, ale rzeczywiście biedne (w starszym wieku cechy te często idą w parze). Oczywiste jest równocześnie, że ewentualne pieniądze zdobyte w ten sposób nie wpłynęłyby znacząco na poprawę budżetów przychodni czy szpitali.
Resort deklaruje, że jest otwarty na dyskusje. I całe szczęście. Ponieważ, co najważniejsze, póki nie rozwinie się w Polsce system konkurencyjnych ubezpieczeń zdrowotnych - kosztem faktycznego monopolu ZUS, póki nie zostanie zracjonalizowany cennik zabiegów medycznych, póki tolerowany będzie zwyczaj forowania w publicznych szpitalach pacjentów z prywatnych praktyk zatrudnionych tam lekarzy, póty wszelkie inne pomysły zmian sprowadzą się do kosmetyki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















