Z wodą nie da się walczyć, ale można współpracować

Zbigniew Karaczun, sozolog: Polska nie ma spójnej polityki zarządzania skutkami kryzysu klimatycznego. Nie jesteśmy na nie – jako państwo i obywatele – przygotowani. Infrastrukturalnie, merytorycznie ani mentalnie.
Rozlana rzeka Nysa Kłodzka w okolicy Otmuchowa, woj. opolskie. 17 września 2024 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News
Rozlana rzeka Nysa Kłodzka w okolicy Otmuchowa, woj. opolskie. 17 września 2024 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News

Agata Kaźmierska, Wojciech Brzeziński: A może zmiany klimatu nie mają nic wspólnego z powodziami na południowym wschodzie Polski?

Dr hab. Zbigniew Karaczun, prof. SGGW: Lato było rekordowo ciepłe i cały rok zapewne będzie kolejnym najcieplejszym w historii pomiarów. To oznacza, że zwiększa się parowanie, a jeśli w atmosferze jest więcej wilgoci, to opady są silniejsze. Jednocześnie rosnąca ilość gazów cieplarnianych zatrzymuje w atmosferze większą ilość ciepła. A im więcej energii w atmosferze, tym gwałtowniej się ona rozładowuje. Stąd wzrost siły i częstości zdarzeń ekstremalnych. Z tymi zjawiskami mamy właśnie do czynienia.

O tym, że tak będzie wyglądać nasza nowa rzeczywistość, mówią w zasadzie wszystkie raporty o zmianach klimatycznych.

I takich zjawisk ekstremalnych będzie coraz więcej. Zresztą już teraz to obserwujemy. W Polsce liczba dni, gdy pada nawalny deszcz – powyżej 70 mm w ciągu doby – oraz dni z katastrofalnym deszczem, powyżej 100 mm, rośnie średnio o dwa-trzy w ciągu dekady. Teraz to średnio 4 dni na rok, choć w tym roku będzie ich więcej. Jednocześnie mamy co roku co najmniej pięć-sześć katastrofalnych wichur, podczas gdy w latach 90. rocznie występowało jedno, góra dwa takie zjawiska. Do tego fale upałów są coraz dłuższe i intensywniejsze. Według prognoz np. w Warszawie do 2070 r. nastąpi 4,5-krotny wzrost prawdopodobieństwa występowania fal upałów trzydniowych z temperaturami ponad 30 stopni Celsjusza, a w przypadku pięciodniowych fal upałów wzrost będzie aż ośmiokrotny.

I o tym też zgodnym chórem mówią wszyscy klimatolodzy. Jest źle, będzie jeszcze gorzej.

Tylko nie wiemy, jak dużo gorzej. Na razie wzrost średniej temperatury jeszcze nie przekroczył 2 stopni Celsjusza, więc przyjmujemy, że jesteśmy po względnie bezpiecznej stronie zmian klimatycznych. Przekroczenie 2 stopni może jednak uruchomić procesy, których nie jesteśmy do końca w stanie przewidzieć, bo system przyrodniczy i klimatyczny nie zmieniają się w sposób liniowy. Jedna z hipotez jest taka, że skutkiem roztopienia się lodowca na Grenlandii może być zatrzymanie prądu zatokowego, Golfsztromu, który ogrzewa Europę. I efektem globalnego ocieplenia może być powrót lodowca w niektóre rejony Europy lub bardziej surowych warunków niż obecnie.

Wszystkie dostępne scenariusze skutków zmiany klimatu w Polsce wskazują, że możemy się spodziewać pogłębiania zaburzeń w gospodarce wodnej. Od 2011 r. mamy u nas permanentną suszę letnią i jeśli nie powstrzymamy zmian klimatu, nasz kraj będzie dalej wysychać. A to oznacza pogłębianie problemów z rolnictwem i wzrost kosztów żywności. Już zmienia się struktura upraw. Jeszcze 50 lat temu nie było u nas warunków dla uprawy kukurydzy, a dziś staje się ona podstawowym zbożem.

Wiemy też, że pojawią się nowe szkodniki oraz nowe choroby roślin, zwierząt i ludzi. W Europie zaczął się pojawiać ostatnio wirus ebola i inne choroby, które wcześniej występowały tylko w cieplejszym klimacie. A ofiarami tych zmian – o czym rzadko się u nas mówi – będą ludzie najsłabsi ekonomicznie, którym najtrudniej będzie sobie poradzić ze wzrostem cen czy dostępem do opieki zdrowotnej.

Punktu zwrotnego, o którym Pan mówił, jeszcze nie przekroczyliśmy, a to znaczy, że system klimatyczny wciąż jeszcze jest przewidywalny i wiemy, na jakie ekstremalne zjawiska się przygotowywać. Przygotowujemy się?

Nie mamy długoterminowego, ponadpartyjnego programu. Takiego, który wskazywałby dokładnie, w jaki sposób Polska będzie uczestniczyła w osiągnięciu neutralności klimatycznej i będzie dążyć do redukcji emisji gazów cieplarnianych, wypełniając obowiązki nałożone zarówno przez Protokół Paryski, jak i nasze zobowiązania w ramach Unii Europejskiej. Z drugiej strony – co w kontekście tej powodzi jest znacznie ważniejsze – nie mamy planu, jak w kontekście skutków zmiany klimatu będziemy budowali bezpieczeństwo i odporność całego państwa.

Mam pretensje do polityków o to, że nie uwierzyli naukowcom, którzy ostrzegali przed konsekwencjami zmian klimatycznych. W przypadku zapobiegania powodziom postawili w zasadzie wyłącznie na inżynierskie metody zarządzania, czego teraz zbieramy konsekwencje. Mamy wały przeciwpowodziowe, ale te wały okazują się niewystarczająco skuteczne w przypadku naprawdę dużych powodzi. Mamy tamy i te tamy też nie wytrzymują naporu wielkiej wody. A do tego nie mamy dobrej koordynacji pomiędzy różnymi podmiotami, czego przykładem była spółka skarbu państwa, która w trakcie powodzi i kulminacji fali powodziowej zrzuciła wodę ze swojego zbiornika bez konsultacji z innymi, przyczyniając się do zwiększenia problemu.

Mamy przecież Politykę Ekologiczną Państwa z 2019 r. I Strategię Adaptacji Polski do Skutków Zmian Klimatu z 2012 r. Obie mają być realizowane do 2030 r. Są złe?

Pytanie, czy Politykę Ekologiczną Państwa czytał minister infrastruktury, który jest odpowiedzialny za zarządzanie rzekami. Czy czytali ją inni ministrowie i koordynują między sobą jej wprowadzanie w życie. Czy znają ten dokument wicepremierowie i szef rządu?

Dziś rozmawiamy o powodzi, która doprowadziła do wielkiej tragedii i strat materialnych, ale zapominamy o konsekwencjach suszy, które są z ekonomicznego i przyrodniczego punktu widzenia znacznie poważniejsze. Czy ktoś się tym zajmuje? Podobnie było w przypadku skażenia, które w 2022 r. zabiło Odrę. Za każdym razem reagujemy dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii, bo spójnej polityki zarządzania skutkami kryzysu klimatycznego po prostu nie ma. Nie jesteśmy na nie, zarówno jako państwo czy samorządy, jak też jako instytucje i obywatele, przygotowani, nie tylko infrastrukturalnie, ale także organizacyjnie, mentalnie i merytorycznie.

Zamiast tego jesteśmy dobrzy w tworzeniu dokumentów. Strategia Adaptacji Polski do Skutków Zmian Klimatu powstała nie tylko dla całego kraju, ale rząd nawet sfinansował przygotowanie takich strategii dla 44 największych miast w Polsce. Ostatnio zapowiedziano, że wszystkie miasta liczące powyżej 20 tys. mieszkańców będą musiały przygotować takie plany. Będą musiały to jednak zrobić z własnych funduszy. Nie ma też pewności, czy zabezpieczone zostaną środki, żeby te plany zrealizować. Ale idźmy dalej. Gminy mają obowiązek przygotowania programów ochrony środowiska, ale często większość z nich zleca przygotowanie takiego dokumentu firmie zewnętrznej, bo urzędnicy samorządowi nie mają czasu, a bywa, że i wiedzy, aby to zrobić samodzielnie. Moi doktoranci przeanalizowali ponad sto takich programów z różnych miast w Polsce i znaleźli takie, które były pisane w oparciu o jeden wzorzec, zmieniały się tam tylko dane geograficzne. Nawet błędy ortograficzne czy interpunkcyjne były kopiowane, bo robiła to ta sama firma na jedno kopyto. Obawiam się, że z lokalnymi planami adaptacji będzie tak samo, zwłaszcza jeśli ich tworzenie nie zostanie powiązane z finansowaniem działań w nich zaproponowanych.

To co powinniśmy zrobić?

Oparta na wiedzy naukowej polityka adaptacji do zmian klimatu powinna powstawać na poziomie państwa, województw i gmin, a wszystkie te plany powinny być ze sobą spójne. Tego dziś nie ma, a nawet jeśli w jakimś regionie pojawia się dobry plan, to nikt nie egzekwuje jego wykonania. Na gminy nałożono dużo obowiązków, również – jak już powiedziałem – w zakresie przygotowywania dokumentów, i gminy są przyzwyczajone do tego, że budują jakieś strategie, piszą jakieś dokumenty, bo taki jest wymóg prawny. Nikt natomiast nie sprawdza, czy gmina wywiązuje się z tego, co jest w planie, czy nie, bo nie ma  żadnych konsekwencji, jeśli władze samorządowe robią coś przeciwnego niż zaplanowano. Gdyby przyznawanie funduszy było powiązane z wdrażaniem celów dokumentów lokalnych, zapewne to by się zmieniło. Ale dziś takich mechanizmów po prostu nie ma.

Światełkiem w tunelu są przepisy, które nakażą gminom do 2025 r. przygotować plany zagospodarowania przestrzennego. Dziś rozmawiamy o powodzi, która niesie tragiczne konsekwencje dla ludzi i dla infrastruktury. Dobre zagospodarowanie przestrzenne sprawiłoby, że straty spowodowane przez takie ekstremalne zjawiska byłyby mniejsze, choćby dlatego, że nie byłoby pozwoleń na stawianie budynków czy obiektów infrastruktury na terenach zalewowych. Tego w Polsce od czasu powodzi w 1997 r. nie zrobiono.

Co z Pana perspektywy jeszcze zaniedbano?

Przez przeszło 25 lat nie słuchano naukowców, którzy przekonywali, żeby stawiać na rozwiązania oparte na naturze, bo są po prostu najskuteczniejsze. W 2010 r., gdy zapowiadano, że fala powodziowa w Warszawie będzie o 20 cm wyższa niż wysokość wałów i miasto szykowało się na powódź taką, jak trzynaście lat wcześniej we Wrocławiu, stolicę uratowało przerwanie wałów w pobliżu Kazimierza Dolnego i Sandomierza. Oczywiście, wiele wsi na tych terenach ucierpiało, ucierpiał też Sandomierz, ale obniżyło to wysokość fali powodziowej i uratowało Warszawę. Mimo tych doświadczeń, ani w tym regionie, ani w żadnym innym, nadal nie ma poważnych rozmów z rolnikami o stworzeniu systemu zatrzymywania wody na łąkach, które będą pełniły funkcję polderów zalewowych.

Zamiast zatrzymywać w sposób bezpieczny dla ludzi wodę tam, gdzie opadła, co ważne jest także w kontekście wysychania Polski, odprowadzamy ją jak najszybciej do Bałtyku. Tak samo nie ma myślenia o tym, że zaprzestanie wycinki górskich lasów zwiększa retencję i spłaszcza falę powodziową. Gdyby tych wycinek w ostatnich latach nie było tak dużo, dziś problemy byłyby znacznie mniejsze. Na te tematy nie ma jednak poważnej dyskusji, nie mówiąc o wdrażaniu rozwiązań.

Czytając dyskusje w mediach społecznościowych można odnieść wrażenie, że dzieje się coś wręcz przeciwnego, a o to, że powódź jest tak katastrofalna, oskarżani są dziś ekolodzy, bo protestowali przeciw budowie zbiorników retencyjnych.

Nie pamiętam już, który z ministrów w 2010 r. opowiadał, że za powódź odpowiadają ekolodzy, bo chronią bobry, a te niszczą wały przeciwpowodziowe. Z tej wypowiedzi wynikało, że to nie państwo powinno dbać o stan tych wałów, tylko ekolodzy, a bobry powinny trzymać się od nich z daleka. Obstawiam, że teraz gdy powodzianom zostanie udzielona najpilniejsza pomoc, znów zacznie się szukanie winnych i znów wina zostanie zrzucona na ekologów.

Jeśli naprawdę chcemy być bezpieczni, to właściwym kierunkiem jest m.in. zarządzanie wodą, a nie walka z nią, bo walkę z wodą zawsze przegramy. Jeśli nauczymy się z nią współpracować, przewidywać, gdzie może wylać, i budować w taki sposób, by infrastruktura była na nią gotowa, będziemy bezpieczniejsi. Mamy zresztą takie doświadczenia. Mieszkańcy terenów położonych nad Bugiem od stuleci żyli na terenach zalewanych co roku i wiedzieli, co robić, żeby ich domy były bezpieczne. Wiedzieli też, gdzie mają przeprowadzić zwierzęta inwentarskie w momencie, kiedy idzie fala powodziowa.

Jest Pan sygnatariuszem apelu naukowców do parlamentarzystów o nadanie trybu priorytetowego adaptacji do zmian klimatu. Apel pojawił się, gdy trwała już powódź. Piszecie: „Ostrzegaliśmy, a nie widzimy skutecznej inicjatywy politycznej mającej na celu uchronienie obywateli”. Sądzi Pan, że tym razem to coś da?

Podpisaliśmy dziesiątki takich listów i odbyliśmy setki rozmów z politykami. Jak dotąd były mało skuteczne, co niestety widać.

Są jednak pewne powody do optymizmu. Rozmawiałem przed wyborami zarówno z marszałkiem Sejmu Szymonem Hołownią, jak i wicepremierem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Odniosłem wówczas  wrażenie, że są mocno przejęci kwestią zmiany klimatu i jej skutkami. Jednocześnie premier Donald Tusk mówił o tym, że będąc przewodniczącym Rady Europejskiej, zrozumiał, jak poważny jest to problem, a lewica była jedną z partii, które poparły przed wyborami „Manifest 100 dni dla polskiej przyrody i klimatu” przygotowany przez Koalicję Klimatyczną.

Można to wszystko traktować jako przedwyborcze zapowiedzi, ale ludzie, którzy wybierali obecnie rządzących, mieli nadzieję, że te postulaty zostaną spełnione i nowa władza znacznie bardziej efektywnie i aktywnie zajmie się polityką klimatyczną. To budzi we mnie nadzieję, że w końcu podjęte zostaną działania, których dotąd nie było. Z tego powodu tym, czego dziś oczekuję, jest to, że wreszcie powstanie zespół zajmujący się tym problemem i wypracuje rozwiązania, które zostaną przez rząd sfinansowane i wdrożone. Nie musi być duży, ale ważne, by byli w nim zarówno przedstawiciele rządu, jak i opozycji, organizacji pozarządowych, samorządy i naukowcy. Oni wszyscy muszą wspólnie spróbować stworzyć program budowy bezpieczeństwa klimatycznego do 2050 r.

A jeżeli ta władza zlekceważy zagrożenia i nie będzie podejmowała działań mających na celu adaptację Polski do skutków zmian klimatu, czyli zwiększenia bezpieczeństwa nas wszystkich, to zostanie odrzucona przez społeczeństwo. Dlatego myślę, że rządzący nawet we własnym interesie powinni potraktować problem poważniej niż miało to miejsce dotąd.

Najsmutniejszą refleksją, jaką mam, patrząc teraz na skutki powodzi, jest myśl: a nie mówiłem? Przecież was przed tym od lat ostrzegaliśmy. Te tragedie i katastrofy, które już lata temu przewidywaliśmy, teraz dzieją się na naszych oczach.

Rozmawiali Agata Kaźmierska i Wojciech Brzeziński

Dr hab. Zbigniew Karaczun jest profesorem Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, pracuje w tamtejszej Katedrze Ochrony Środowiska i Dendrologii. Jest współzałożycielem Koalicji Klimatycznej oraz Climate Action Network Central and Eastern Europe.

Profesor Zbigniew Karaczun // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News

 


Upały w Krakowie - kurtyna wodna. Kraków, 20 czerwca 2023 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter

Jak zmienia się klimat w Polsce?

Średnia roczna temperatura dla poprzedniej dekady przekroczyła 9 st. Celsjusza. Jest wyższa od średniej w okresie 1961-1990 o 1,5 st. (wówczas – biorąc pod uwagę wszystkie pory roku – średnia temperatura w Polsce wynosiła 7,5 st. Celsjusza). Z opublikowanego w ubiegłym roku w magazynie „Scientific Reports” badania uczonych z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu wynika, że do końca stulecia średnia temperatura powietrza w Polsce może wzrosnąć od 1 do 5 st. Celsjusza.

Do 1990 r. odnotowywano w Polsce średnio trzy dni, gdy temperatura przekraczała 30 st. Celsjusza. W ostatniej dekadzie było ich średnio 14-15.

W latach 1961-1990 było średnio 69 dni z temperaturą poniżej zera, w ostatniej dekadzie – średnio 48. W 2020 r. w niektórych regionach Polski temperatura spadła poniżej zera zaledwie 3-4 razy.

Śnieg, który zalegał w minionych dekadach przez średnio 40-90 dni, w poprzedniej dekadzie pojawiał się na mniej niż 20 dni na zachodzie kraju i na 60 dni na wschodzie. W 2020 r. pokrywy śnieżnej w zasadzie nie było.

Przybywa opadów (z badania naukowców z UMK wynika, że wzrosną o 5-16 proc. do końca stulecia), a jednocześnie zmienia się ich struktura – przybędzie dni o większej dobowej sumie opadów.

Raport „Zmiany temperatury i opadu na obszarze Polski w warunkach przyszłego klimatu do roku 2100” opublikowany przez Instytut Ochrony Środowiska wskazuje, że – w zależności od tego, na ile zredukujemy globalną emisję gazów cieplarnianych – dni z ekstremalnymi opadami przybędzie. W scenariuszu optymistycznym ten przyrost będzie niewielki, ale w scenariuszu pesymistycznym średnio na obszarze Polski możemy spodziewać się nawet tygodnia niszczycielskich nawałnic każdego roku.

W ciągu ostatnich stu lat roczna liczba dni, w których występowały burze, nie zmieniła się istotnie, choć w latach 1951-2018 ich liczba wzrosła na wschodzie Polski, a zmniejszyła się na zachodzie. Wydłużył się natomiast sezon burzowy. Wciąż najczęściej pojawiają się one latem, choć jednocześnie zwiększa się prawdopodobieństwo występowania ich w półroczu zimowym (między październikiem a marcem). Coraz częściej do burz dochodzi też wiosną.

AK, WB


Punkty krytyczne dla klimatu

To „wzmacniające się sprzężenie zwrotne w systemie klimatycznym”, które staje się tak silne, że „po przekroczeniu pewnego progu staje się ono samonapędzające”. Opublikowane w 2022 r. w magazynie „Science” badanie identyfikuje kluczowe punkty, które wpłyną na jakość życia ludzi lub funkcjonowanie wszystkich systemów środowiskowych.

Są wśród nich: 

  • stopnienie lodowców Grenlandii
  • rozpad lodowców zachodniej Antarktydy
  • przerwanie ciągłości funkcjonowania Golfsztromu
  • zanikanie lasów deszczowych Amazonii
  • uwolnienie do atmosfery metanu uwięzionego w wiecznej zmarzlinie
  • zanikanie kry lodowej w Arktyce
  • wymarcie raf koralowych

Badacze podkreślili, że część z nich ma kwalifikację „prawdopodobne” nawet przy globalnym ociepleniu na poziomie 1,5 st. Celsjusza. Wszystkie uznaje się za „możliwe”, biorąc pod uwagę wciąż rosnące temperatury.

AK, WB

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Klimat nie poczeka