Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Z Nataszą się mijaliśmy

Z Nataszą się mijaliśmy

16.12.2013
Czyta się kilka minut
Władimir Bukowski: Kiedy człowiek po raz pierwszy głośno wyrażał swój sprzeciw wobec systemu, następował dla niego trudny okres przejściowy – większość dotychczasowych przyjaciół odsuwała się od niego.
Władimir Bukowski na swoim wiecu wyborczym w Moskwie. Rosyjski policjant sprawdza mu kurtkę wykrywaczem metali. Moskwa, 20 października 2007 r. Fot. Sergei Chirikov / EPA / PAP
Z

ZBIGNIEW ROKITA: Jak poznaliście się z Natalią Gorbaniewską?
WŁADIMIR BUKOWSKI: Zimą 1976 r., na lotnisku w Zurychu. Tego dnia przyleciałem do Szwajcarii ze Związku Sowieckiego – pod konwojem i w kajdankach. Kreml chciał wymienić mnie na przywódcę chilijskich komunistów, ­Luisa Corvalana. Władimir Maksimow i wielu innych emigrantów czekało już na mnie przed lotniskiem, Natasza była jedną z pierwszych osób, które zobaczyłem.
Jak to możliwe, że dwójka czołowych ­moskiewskich dysydentów nie poznała się jeszcze w Związku Sowieckim?
Często tak bywało, że dysydenci się nie znali, bo jeden wychodził na wolność chwilę po tym, jak drugiego wsadzali za kraty. Z Nataszą też ciągle się „mijaliśmy”. Mnie uwięzili w 1967 r., a w tym czasie Natasza jeszcze nie była szczególnie zaangażowana w ruch dysydencki – głośno zrobiło się o niej dopiero po sierpniowym proteście na placu Czerwonym w 1968 r. Kiedy wyszedłem, ona już była w psychuszce, kiedy ona zaś wyszła, ja znowu trafiłem za kratki. Pierwszy raz usłyszałem o Gorbaniewskiej w sierpniu 1968 r. Siedziałem wtedy w łagrze, gdzie więźniowie załatwili mi radio, które odbierało zachodnie stacje – tam o niej mówiono.
Protest na placu Czerwonym odbił się szerokim echem – na Zachodzie rzeczywiście było o nim głośno.
1968 r. w ogóle był przełomem dla sowieckiego ruchu dysydenckiego, przyłączyło się do nas bardzo wiele osób. Doszło wówczas do sprzężenia zwrotnego – czym więcej osób było represjonowanych, tym więcej zaczynało występować przeciwko systemowi. Regularny ruch dysydencki rozpoczął się w połowie lat 60., kiedy ludzie zaczęli obawiać się, że stalinizm może powrócić. Władze zachodziły wówczas w głowę, jak można rehabilitować Stalina, ale bez rezultatu – reakcja społeczeństwa była zbyt zdecydowana. Zdecydowana była również nasza reakcja na interwencję wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 r.: tysiące ludzi wyrażało protest podpisując listy, część trafiła za to do więzień.
Zaatakowanie Czechosłowacji przez Kreml było również symbolicznym atakiem na własny naród – władze wiedziały, że nasilający się ruch protestu wewnątrz Związku Sowieckiego można stłumić, tylko podejmując ostre kroki.
Przeciwko stłumieniu Praskiej Wiosny protestowała również Gorbaniewska. ­Mówi Pan o rosnącym w siłę ruchu dysydenckim, ale na placu Czerwonym 25 sierpnia 1968 r. razem z nią zjawiło się zaledwie siedem osób.
Zaangażowanych było nieco więcej ludzi – część miała stać z boku, żeby potem móc opowiedzieć, co się stało; niektórzy spóźnili się na protest, który skończył się po kilku minutach; jednego z dysydentów aresztowali od razu po tym, jak wyszedł z domu – władze wiedziały, że będzie chciał wziąć udział w proteście, dlatego zatrzymały go na kilka godzin, po czym jakby nigdy nic wypuściły.
Wzięcie udziału w proteście na placu Czerwonym oznaczało niemal pewne ­represje, z czego wszyscy zdawaliście ­sobie wówczas sprawę. Czego najbardziej się baliście?
Najczęściej obawiano się szpitala psychiatrycznego, a więc „psychiatrii represyjnej”. Do więzień czy obozów zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale psychuszka była dla większości nowością. Po pierwsze, trafiając do więzienia człowiek wiedział, jaki dostał wyrok i kiedy wyjdzie, a w psychiatryku nie miał tego komfortu – na „leczenie” jechało się aż do „pełnego wyzdrowienia”.
A trudno wyleczyć pacjenta, który nie jest chory. Gorbaniewskiej postawiono ­diagnozę „pełzającej schizofrenii”, a więc wymyślonej przez sowieckich lekarzy przypadłości, która w rzeczywistości nie istniała.
Tak. Po drugie, warunki w psychuszce były straszne. Więźnia mogli zabić, doprowadzić do szału, zamęczyć lekarstwami – Gorbaniewskiej podawano na przykład środki wywołujące objawy choroby Parkinsona.
Kiedy Gorbaniewska przez dwa lata przebywała w więzieniu i szpitalu psychiatrycznym, udawało jej się utrzymywać kontakt z innymi dysydentami?
Wiedzieliśmy, co się z nią dzieje, od jej matki, która jeździła do Nataszy na widzenia. Problem w tym, że nie udało się stworzyć dobrych kanałów komunikacji ze szpitalem kazańskim, gdzie przebywała Gorbaniewska – radziliśmy sobie ze szpitalami we Władimirze czy Leningradzie, ale w tym przypadku było trudniej.
Nie baliście się wówczas inwigilacji ze strony władz – szpiega, który podawałby się za przyzwoitego obywatela, a w rzeczywistości donosiłby KGB o waszych ruchach?
Od początku ruch dysydencki działał jawnie i legalnie. Dlatego było nam wszystko jedno, czy są wśród nas szpiedzy, czy nie – co za różnica, skoro nic nie mieliśmy do ukrycia? Pewnego razu jeden z naszych zdobył instrukcję KGB dla agentów o tym, jak należy inwigilować dysydentów. Wyczytaliśmy tam, że agentom pozwalano rozpowszechniać materiały w drugim obiegu, ale nie wolno im było już na przykład podpisywać zbiorowych petycji, apeli, listów. W ten sposób sprawdzaliśmy nowych – dawaliśmy im coś do podpisania i jeśli podpisywali – oznaczało to, że wszystko z nimi w porządku. Jeśli jednak ktoś się konsekwentnie migał...
...zaczynaliście coś podejrzewać.
I uważaliśmy na niego – tak. Nie mogliśmy natomiast otwarcie kontaktować się z Zachodem, dlatego nasze metody dotyczące tych kontaktów znały tylko dwie, trzy osoby spośród dwóch, trzech tysięcy aktywnie zaangażowanych w ruch dysydencki w latach 70. Sama Gorbaniewska nie miała o tym pojęcia, zajmowała się „Kroniką bieżących wydarzeń”.
A czy osoba, która, tak jak Gorbaniewska, angażowała się w ruch dysydencki, skazywała się na ostracyzm wśród znajomych; ludzie zaczynali was unikać?
Kiedy człowiek po raz pierwszy głośno wyrażał swój sprzeciw wobec systemu, wówczas następował dla niego trudny okres przejściowy – większość dotychczasowych przyjaciół odsuwała się od niego, a na zaufanie nowych trzeba było sobie zasłużyć. Dysydenci nie byli samotni, ale podejmując decyzję o włączeniu się w ruch sprzeciwu, należało być przygotowanym, że zmieni się krąg przyjaciół.
Deportacja była dla Gorbaniewskiej tragedią?  
Nie, Natasza otwarcie przyznawała, że nie wytrzymałaby kolejnego zamknięcia w psychuszce – przeszła tam przez piekło. Deportacje były ­absurdalne. W Związku Sowieckim były dziesiątki tysięcy ludzi gotowych sprzedać duszę diabłu, byleby się stamtąd wydostać – ktoś zbudował malutki okręt podwodny, żeby uciec z kraju przez Morze Czarne, ktoś inny próbował odlecieć balonem... Tymczasem nas, którzy często chcieli zostać i dalej walczyć, wyrzucali na siłę. Miało to swoje plus i minusy: z jednej strony mogliśmy w końcu wieść normalne życie i zapomnieć o prześladowaniach, z drugiej strony – będąc daleko od kraju, mogliśmy mniej zrobić dla swoich przyjaciół.
Pamięć o Gorbaniewskiej pozostanie?
Nie mam żadnych wątpliwości. Zapamiętamy ją jako poetkę, którą ceniła nawet Anna Achmatowa, zapamiętamy jej symboliczny i wspaniały gest z 1968 r. na placu Czerwonym, który na stałe wejdzie do naszej historii. Zapamiętamy ją wreszcie jako wyjątkową dysydentkę, jedną z tych osób, które przeciwstawiły się najstraszniejszemu systemowi w historii.  

WŁADIMIR BUKOWSKI jest sowieckim dysydentem i pisarzem. W sowieckich więzieniach, łagrach i zakładach psychiatrycznych spędził dwanaście lat. Od 1976 r. przebywa na emigracji, obecnie w Wielkiej Brytanii. Autor książki „I powraca wiatr”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]