Reklama

Szeroko znane w wąskich kręgach

Szeroko znane w wąskich kręgach

25.04.2022
Czyta się kilka minut
Czy obrońcy praw człowieka z czasów ZSRR mają swoich kontynuatorów? A może dzieje ruchu dysydenckiego w Rosji to już rozdział zamknięty?
Josif Brodski w swoim mieszkaniu w Nowym Jorku, 1987 r. CZESŁAW CZAPLIŃSKI / FOTONOVA
R

Radzieckie środowisko dysydenckie unikało polityki, jego działalność miała charakter etyczny. Nazywano ich różnie: inakomysliaszczije, a więc „myślący inaczej”, chociaż Władimir Bukowski wyjaśniał, że inaczej myśli nie on, lecz autorytarna władza sprzeciwiająca się podstawowym wolnościom obywatelskim. Z czasem najpopularniejsze okazało się pojęcie ukute przez zagranicznych korespondentów akredytowanych w Moskwie – „dysydent”, czyli ­buntownik. Większość z nich uważała się po prostu za obrońców praw człowieka.

Byli ludźmi różnych pokoleń, rozmaitych życiorysów i poglądów. Najstarsi mieli za sobą doświadczenie łagrów stalinowskich, młodsi wchodzili w dorosłość już po odwilży, w czasach breżniewowskich. Niektórzy, jak generał Piotr Grigorienko, przez wiele lat prominentny oficer armii radzieckiej, lub Jurij Orłow, znakomity fizyk i założyciel Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, byli członkami partii, przeszli przez ideologiczne zauroczenie i długo jeszcze żywili rewizjonistyczne złudzenia. Inni, jak Andriej Amalrik, Anatolij Marczenko czy Siergiej Kowalow, nigdy nie poddali się pokusom systemu. Długo byli niewielką grupką przyjaciół. Zorganizowany ruch dojrzał dopiero na początku lat 70. XX w.

Cicho. Oni jeszcze nie wiedzą

Początki ruchu dysydenckiego były jakby przypadkowe. W 1964 r. w Leningradzie sądzono Josifa Brodskiego za tzw. pasożytnictwo – niepracujący pełnoletni podlegali sankcjom kodeksu karnego. Chociaż sam Brodski nie był dysydentem, lecz po prostu młodym niezależnym poetą, stenogram z jego sądu przygotowany przez obserwującą proces dziennikarkę Fridę Wigdorową stał się „wydarzeniem pradysydenckim”. Zapis krążył w samizdacie, został też opublikowany na Zachodzie i nadał sprawie Brodskiego szeroki rozgłos. Właśnie rozgłos okazał się najlepszą formą obrony.

Chociaż proces Brodskiego zakończył się drakońskim wyrokiem kilkuletniego zesłania, pierwsza od czasów odwilży próba sądowego rozprawienia się z pisarzem pokazała, że nie było już powrotu do strasznych procesów epoki stalinowskiej – z wszechwładną prokuraturą i poniżającymi samokrytykami sparaliżowanych strachem oskarżonych.

Narodziny świadomego ruchu dysydenckiego przypadają na czasy procesu historyka literatury i krytyka Andrieja Siniawskiego oraz tłumacza Julija Daniela. Sądzono ich w 1966 r. z artykułu 70. kodeksu karnego za „agitację lub propagandę prowadzoną w celu osłabienia władzy radzieckiej” – za publikowanie na Zachodzie (m.in. w miesięczniku „L’Esprit” i „Kulturze” Jerzego Giedorycia) opowiadań sygnowanych pseudonimami – chociaż ani pisanie pod pseudonimem, ani drukowanie za granicą formalnie nie było w ZSRR karalne.

W grudniu 1965 r. na placu Puszkina w centrum Moskwy w rocznicę uchwalenia konstytucji radzieckiej Aleksandr Jesienin-Wolpin, wybitny matematyk-logik i syn Siergieja Jesienina, zorganizował manifestację z żądaniem otwartego i sprawiedliwego sądu nad dwójką pisarzy. Był to pierwszy od wielu lat uliczny protest w ZSRR. Jesienin-Wolpin był legalistą – uważał, że żądanie uwolnienia oskarżonych byłoby nadużyciem, to mógł zrobić tylko niezawisły sąd po rozpoznaniu sprawy. Dlatego rolą protestujących było właśnie żądanie niezawisłego procesu.

Protest trwał zaledwie kilka minut, nie wznoszono okrzyków, nie utrudniano ruchu ulicznego, pokazano dwa transparenty – z żądaniem sprawiedliwego procesu i z żądaniem przestrzegania radzieckiej konstytucji. Wśród znajomych Jesienina-Wolpina krążyło anegdotyczne streszczenie jego rozmowy z jednym ze sceptycznych przyjaciół: „Alik, naprawdę chcesz, żeby bolszewicy szanowali swoje własne prawo? – Tego właśnie chcę. – Ale jeśli zaczną szanować prawo, przestaną być bolszewikami. – Cicho, jasne, że tak. Ale oni jeszcze o tym nie wiedzą”.

Szanujcie konstytucję radziecką

O umówionej godzinie na placu Puszkina zebrało się około 200 gapiów, ale samych protestujących było zaledwie kilkunastu. Wszystkich błyskawicznie zatrzymano, a późniejsze przesłuchanie Jesienina-Wolpina i surowa logika, jakiej się trzymał – obracająca sytuację w absurd – zrobiły furorę w środowisku: „Miał pan transparent z napisem »Szanujcie konstytucję radziecką?« – Tak, miałem – Po co napisał pan takie hasło? – Żeby szanowano konstytucję radziecką. – Uważa pan, że ktoś jej nie szanuje? – Nic takiego nie zostało tu napisane. – Dlaczego manifestacja odbywała się akurat dzisiaj? – A gdybym pierwszego maja stanął na placu z transparentem »szanujcie dzień pierwszego maja!« – zdziwiłoby to pana? Dzisiaj jest rocznica konstytucji radzieckiej”.

Tak oto w praktyce wypróbowano najważniejszą dysydencką zasadę – legalizm. Obrońcy praw człowieka w ZSRR zawsze działali w zgodzie z obowiązującym prawodawstwem radzieckim.

Proces Siniawskiego i Daniela miał jeszcze jedną konsekwencję. Aleksandr Ginzburg, młody redaktor, niegdyś wydawca słynnego niezależnego almanachu literackiego „Sintaksis”, przygotował z tego procesu „Białą Księgę”. Był to przede wszystkim stenogram posiedzeń sądu. Ginzburg spotykał się codziennie z żonami oskarżonych, Marią Rozanową i Łarysą Bogoraz, i szczegółowo zapisywał ich relacje. Ale nie tylko. Do zbioru dołączył listy protestacyjne, które nie mogły się ukazać w cenzurowanej prasie, oraz omówienia procesu z prasy zachodniej i artykuły propagandowe z gazet radzieckich. Powtórzył zatem i rozbudował pomysł Fridy Wigdorowej – jej też, na stronie tytułowej, dedykował tę pracę.

Najważniejsze jednak było to, że jeden egzemplarz maszynopisu Aleksandr Ginzburg przekazał korespondentom zachodnim (książka szybko ukazała się we Francji i w Niemczech), drugi natomiast podpisał imieniem i nazwiskiem, dopisał adres i zaniósł do siedziby KGB na Łubiance. Akcja ta, jak łatwo przewidzieć, skończyła się szybkim aresztowaniem i wieloletnim wyrokiem, ale Ginzburg ufundował w ten sposób drugą obok działania zgodnego z prawem świętą zasadę dysydencką. Była to zasada działania otwartego, publicznego, odrzucającego jakąkolwiek konspirację.

Kiedy dwa lata później w tzw. procesie czworga sądzono Ginzburga, podobną „Białą Księgę” przygotował inny ważny dysydent radziecki, Paweł Litwinow, wnuk komisarza spraw zagranicznych Maksima Litwinowa.

Dzieje obrońców praw człowieka w ZSRR są zatem łańcuchem akcji i reakcji – opresyjnych działań władzy i dysydenckich odpowiedzi na te opresje. Proces Brodskiego nagłośniła Frida Wigdorowa, kiedy władze zaatakowały Siniawskiego i Daniela, wspomógł ich Aleksandr Ginzburg. Władza rozprawiła się więc z Ginzburgiem, ale szykany procesowe wobec niego opisał i upublicznił Paweł Litwinow. Po kolejnych dwóch latach przed sąd i na zesłanie trafił także Litwinow. Jego miejsce zajęli inni.

A kto będzie pomagał felczerowi?

Na przełomie lat 60. i 70. środowisko dysydenckie prowadziło dyskusję o możliwych skutecznych formach działania. Dojrzewała myśl o powołaniu niezależnej organizacji.

Poglądy w tej sprawie były różnorakie. Jedni twierdzili, że wyraźna struktura nada wagę protestom i listom otwartym. Inni uważali natomiast, że ludzie i sposoby działania pozostaną bez zmian, różnica będzie nominalna, a ryzyko odwetu ze strony władz gwałtownie wzrośnie, ponieważ zaniepokojona powołaniem struktury KGB spróbuje szybko się z nią rozprawić. Czas miał pokazać, że i jedni, i drudzy mieli rację. Tymczasem jednak przeważyła argumentacja o konieczności założenia organizacji. Powołana wówczas Grupa Inicjatywna działała kilka lat i wydała kilkadziesiąt raportów o naruszeniach praw człowieka.

Koniec lat 60. to także legendarny protest przeciwko agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. W sierpniu 1968 r. na plac Czerwony wyszło osiem osób, m.in. Łarysa Bogoraz, Paweł Litwinow i Natalia Gorbaniewska.

W tym czasie pojawił się też pomysł wydawania podziemnego pisma. Samizdat radziecki, szczególnie literacki, miał długą i bogatą tradycję. Tym razem jednak szło o coś nowego – wydawnictwo regularne i informujące o przypadkach łamania prawa przez władzę. Pierwszy numer „Kroniki Wydarzeń Bieżących” ukazał się w kwietniu 1968 r. i był niemal w całości poświęcony relacji z procesu Aleksandra Ginzburga i Jurija Gałanskowa. Pismo pęczniało z numeru na numer, ale zawsze trzymało się zasady: żadnych komentarzy, żadnych felietonów, żadnych manifestów, tylko obiektywne, nawet nieco suche informacje o zdarzeniach. W ciągu 15 lat wyszły aż 63 numery „Kroniki”.

Połowa lat 70. to przede wszystkim powołanie przez Jurija Orłowa Moskiewskiej Grupy Helsińskiej – konsekwencja rozmów Moskwy i Waszyngtonu oraz „trzeciego koszyka” poświęconego prawom człowieka, kwestii, jak się wtedy wydawało ekipie Breżniewa, drugorzędnej, ogólnikowej i bez znaczenia.

Nieco później powstała także Grupa Robocza do Badań Wykorzystywania Psychiatrii w Celach Politycznych. Mroczna i długa jest tradycja umieszczania dysydentów w więzieniach psychiatrycznych i poddawania ich (m.in. Gorbaniewskiej, Bukowskiego, Grigorienki czy Leonida Pluszcza) torturom z użyciem silnych neuroleptyków. W działaniach Grupy Roboczej przejawiała się kolejna ważna zasada dysydencka – niesienie pomocy bez ograniczeń, jeśli to możliwe wszystkim i zawsze. Aleksandr Podrabinek, obok Wiaczesława Bachmina, dzisiejszego szefa Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, założyciel Grupy, mówił o tym tak: „Mnie zawsze szokowała tradycja pomagania represjonowanym według klucza narodowego albo przynależności do grupy zawodowej. To zwłaszcza dotyczyło poparcia zagranicznego. Żydzi pomagają Żydom, Ormianie – Ormianom, Litwini – Litwinom. Fizycy pomagają fizykom, malarze – malarzom, pisarze – pisarzom. A kto będzie pomagał na przykład felczerowi albo windziarzowi? Zagraniczne pielęgniarki i dozorczynie? Wszystko to była jakaś głupota, uprzedzenia i nonsens”.

Co dalej

Dzisiaj stajemy przed pytaniem o spuściznę dysydencką we współczesnej Rosji. Czy obrońcy praw człowieka z czasów Związku Radzieckiego mają swoich kontynuatorów? Czy ich dorobek zrobił na kimś wrażenie, zasiał jakieś ziarno? A może ich dzieje to już rozdział zamknięty?

Cóż, wypada przywołać słowa Kowalowa o ciągłym pozostawaniu w mniejszości. Z dysydenctwem radzieckim wiążą się dwa popularne powiedzonka: pierwsze to słynny toast „wypijmy za sukces naszej beznadziejnej sprawy”, a drugi to ciągłe przekonanie, że sprawy dysydenckie są „szeroko znane w wąskich kręgach”.

A jednak, chociaż zlikwidowano (jestem pewien, że zaledwie czasowo) samą instytucję, istnieje i będzie istnieć aktywne środowisko Memoriału. Powstaniu Memoriału patronował pod koniec lat 80. Andriej Sacharow, najważniejsza postać wśród obrońców praw człowieka w ZSRR, a jednym z założycieli stowarzyszenia był nieżyjący już Arsienij Roginski, również więzień polityczny, twórca almanachu „Pamiat”. Memoriał od przeszło trzydziestolecia wykonuje tę pracę, którą Roginski zapoczątkował w „Pamiati”.

Istnieje także znakomity portal OVD-Info informujący precyzyjnie i błyskawicznie o nadużyciach służb mundurowych, procesach politycznych, przesłuchaniach, aresztowaniach, zatrzymaniach, rewizjach i służący pomocą prawną we wszystkich tych sytuacjach. Nie przypadkiem OVD-Info bywa nazywane nową „Kroniką Wydarzeń Bieżących”, a młodzi twórcy portalu chętnie się do tradycji „Kroniki” przyznają. Dodajmy, że założycielami OVD-Info są dzieci i wnuki dawnych dysydentów epoki radzieckiej.

Panorama rosyjskich organizacji pozarządowych, dzisiaj likwidowanych, gnębionych ustawami o organizacjach niepożądanych i „agentach zagranicznych”, jest wyjątkowo bogata i różnorodna. Wymieńmy – poza mediami niezależnymi, jak Dożd’ czy Meduza – choćby kilka z nich: „Assocyjacyja Gołos” monitorująca przebieg wyborów w Rosji, „Rus’ sidjaszczaja” zapewniająca pomoc prawną i medyczną więźniom odsiadującym wyroki polityczne, portal gulagu.net śledzący i opisujący przypadki przemocy i tortur w koloniach karnych, „Poslednij adres” upamiętniający ofiary terroru stalinowskiego czy portal dissernet założony przez grupę niezależnych naukowców, badający przypadki plagiatów naukowych przede wszystkim wśród polityków i urzędników kremlowskiej partii Jedna Rosja, wreszcie rozmaite inicjatywy samokształceniowe i kulturalne.

Czy wszyscy oni odwoływaliby się do spuścizny dysydenckiej sprzed 60 lat? Być może nie. A jednak wyrośli z tej samej tradycji i dzisiaj służą tym samym ideałom. ©

MAREK RADZIWON jest publicystą, pisarzem. Wydał m.in.: „Wstyd było milczeć. Świadectwa radzieckich dysydentów” (2013) i „Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem” (2017). W latach 2009-14 był dyrektorem Instytutu Polskiego w Moskwie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]