Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Z drugiej strony widać lepiej

Z drugiej strony widać lepiej

24.09.2018
Czyta się kilka minut
Zakończył się 43. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Konkurs główny był nadzwyczajnie bogaty. Obok mocnych filmów zaangażowanych wybijały się te, które wyrazistym charakterem pisma wyrażały stany najbardziej intymne.
Joanna Kulig w filmie „Zimna wojna” / Kino Świat
Joanna Kulig w filmie „Zimna wojna” / Kino Świat
W

Wygra ten „Kler” czy jednak nie? Odważą się czy ugną pod polityczną presją? Tego rodzaju spekulacje, wywołane paniką albo ekscytacją („Smarzowski nawołuje do antykościelnej rebelii!” lub „Nareszcie ktoś pokazał, jak jest!”), poprzedzały rozdanie gdyńskich nagród. Okazało się to sporem drugorzędnym. Jury na czele z Waldemarem Krzystkiem doceniło wagę „Kleru” (przyznając mu nagrodę specjalną oraz Jagnie Janickiej za scenografię), podobnie jak publiczność, dziennikarze, kina studyjne oraz festiwale polskich filmów za granicą. Ale wygrała „Zimna wojna”, czyli artystyczna, nie publicystyczna twarz polskiego kina, o zupełnie innej sile oddziaływania. Film Pawła Pawlikowskiego tak mocno wyróżniał się swoją czystością, że można darować sobie spiskowe teorie.

Okolice religii

Niewątpliwą zasługą „Kleru”, prócz tego, że bezpośrednio nawołuje do dyskusji o miejscu Kościoła w dzisiejszym społeczeństwie, nade wszystko zaś do rozliczenia go z ukrytych grzechów, jest postawienie pytania o pozycję artysty w dzisiejszej Polsce. Dlaczego reżyser zmuszony był kręcić część zdjęć w Czechach? Czy dziś Polski Instytut Sztuki Filmowej ze swoim nowym dyrektorem sfinansowałby ten niewygodny dla wielu projekt? Ale są też pytania z innej parafii: o skuteczność tego rodzaju kina. Czy zastosowany przez reżysera „przesadyzm” w opisie kościelnych patologii tylko rozgrzebie mrowisko, czy przyczyni się choć trochę do jego oczyszczenia? Czy kogoś obrazi, zniesmaczy, zaszokuje, czy jednak może, mimo wszystko, skłoni do refleksji?

Z pewnością Smarzowski dotarł tam, gdzie nie udało się zbliżyć innym twórcom krytycznym wobec polskiej rzeczywistości: Małgorzacie Szumowskiej w „Twarzy” i Andrzejowi Jakimowskiemu w „Pewnego razu w listopadzie”. Przeskoczył bowiem poziom karykatury, publicystykę zamienił na przypowieść, by ostatecznie zafundować widzowi przejście przez czyściec. Nie stworzył przy tym arcydzieła – raczej kolejne dzieło do szpiku „smarzowskie”: wyciosany siekierą „ostry film zaangażowany”, który ma jednocześnie śmieszyć i boleć (więcej o „Klerze” w następnym numerze „Tygodnika”).

Co ciekawe, tuż obok filmu, który uderza w zdeprawowanych księży, pokazano w Gdyni tytuły mocujące się na poważnie z samą istotą religijności. Bartek Konopka w „Krwi Boga” w średniowiecznym kostiumie i etnograficznej scenerii odbywa krucjatę do źródeł religii. Grany przez Andrzeja Pieczyńskiego samotny rycerz, próbujący schrystianizować pogańską wyspę, staje w obliczu innego sacrum, które każe mu zrewidować pojęcie wiary. I byłby to kolejny traktat o związkach religii i władzy, o boskim milczeniu, religijnej pysze, miłosierdziu czy założycielskiej roli ofiary, gdyby nie nad wyraz intensywna forma tego filmu, zarówno w warstwie dźwięku, jak i obrazu (nagroda za zdjęcia dla Jacka Podgórskiego). Chwilami film jest tak inwazyjny dla naszych zmysłów, że przestaje być komunikatywny. Docenić jednak należy próbę znalezienia nowego języka dla tego, co archetypiczne, abstrakcyjne i tylekroć już przywoływane na ekranie. 

Krzysztof Zanussi w „Eterze” takich wymagań sobie nie stawia. Raz jeszcze ożywia mit faustowski, tym razem u progu I wojny światowej, osadzając akcję filmu w wojskowej twierdzy, gdzieś na pograniczu zaboru rosyjskiego i Austro-Węgier. Lecz choć dotyka kwestii etycznych bardzo dziś istotnych z punktu widzenia rozwijającej się nauki i technologii (bohater eksperymentujący z eterem staje się panem życia i śmierci), całość pozostaje martwa, zastygła w swoim historycznym kostiumie. Czegóż my tu nie znajdziemy: zmierzch dawnej Europy, cyniczny rozum i obłęd, bluźnierstwo i egzorcyzmy, perwersyjne maskarady i rosyjską ruletkę. A do tego mamy jeszcze rzadko oglądanego w kinie Jacka Poniedziałka, który tworzy postać tyleż bezwzględną, co charyzmatyczną. Kiedy jednak podszyta Dostojewskim historia awanturniczo-szpiegowska zyskuje nagle swój diaboliczny rewers, i to bardzo dosłownie podany, wyparowują gdzieś niepokój, tajemnica, cały wszeteczny urok bohatera. Pozostaje wykład o odkupieniu i nieśmiertelnej duszy.

Historie bez histerii

Równie istotne, co zmagania z religią, stały się dla polskiego kina obrachunki historyczne. Zapomnijmy na chwilę o filmach robionych na zamówienie, zgodnych z obowiązującą polityką historyczną czy rocznicowym kalendarzem, bo życie historii odnalazło się gdzieś indziej.

Nagrodzony Srebrnymi Lwami „Kamerdyner” Filipa Bajona odzyskuje dla polskiego kina epikę, aczkolwiek inspiracje filmowymi freskami Viscontiego czy Bertolucciego są tu powierzchowne. Sam reżyser ma zresztą w tym gatunku spore zasługi, choć od czasu największej z nich, czyli „Magnata”, minęły już ponad trzy dekady. Tym razem odpomina
XX-wieczne dzieje Prus Wschodnich. Zakazana miłość niemieckiej hrabianki i kaszubskiego bękarta, poddana dodatkowo historycznym zawirowaniom, komplikuje odwieczne podziały klasowe i narodowościowe. Prócz odtworzenia nazistowskiego mordu w Piaśnicy, prócz języka kaszubskiego czy barwnej postaci Bazylego Miotke, granej przez Janusza Gajosa i wzorowanej na „królu Kaszubów” Antonim Abrahamie, film przywołuje przede wszystkim okrutną ironię Historii, która lubi poniżać wywyższonych, wywyższać poniżonych, choć nikomu nie przyznaje zwycięstwa.

Nieoczywisty wymiar heroizmu prezentuje także „Ułaskawienie” Jana Jakuba Kolskiego (nagroda za scenariusz oraz dla najlepszej aktorki Grażyny Błęckiej-Kolskiej i dla Moniki Onoszko za kostiumy). Reżyser powraca do rodzinnych Popielaw, by wskrzesić legendę swego wuja, „żołnierza wyklętego”, który nie zaznał spokoju nawet po śmierci. Z żałobnego kina drogi, filmowych kronik domowych i motywów rodem z antycznej tragedii składa Kolski niepasującą do dzisiejszej narracji opowieść, oczyszczoną z propagandy, histerycznych emocji, lecz i z nadmiaru realizmu magicznego zwanego niegdyś kolszczyzną. W tej chwilami makabrycznej, a chwilami figlarnej „balladzie z trupem” śmiertelni wrogowie: rodzice zabitego oficera i hitlerowski niedobitek, noszą nawzajem swoje brzemiona – wspólnie dźwigają trumnę, narażają życie, współodczuwają w niedoli.

Jeszcze bardziej brawurowo poczyna sobie z historyczną materią nagrodzony za reżyserię Adrian Panek. W „Wilkołaku” dzieci uwolnione z obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen zamieszkują zrujnowany pałac, osaczony przez sfory zdziczałych psów – a może przez byłych esesmanów zamienionych w wilki? Twórca „Daas” czerpie z horroru, choć w gruncie rzeczy gatunek służy tutaj metaforze: mówi o ukąszeniu przez zło, zarażeniu obozem, o szukaniu bestii w człowieku, ale i człowieka w bestii.

Gorzej polskie kino radzi sobie z historią najnowszą. „Autsajder” Adama Sikory dowodzi braku pomysłu na opowiedzenie współczesnym, czym był stan wojenny. Bo to dzisiejsi millenialsi zdają się być adresatami filmu. Bohaterem jest ich rówieśnik, apolityczny student ASP, który ­zostaje przypadkiem zatrzymany przez milicję i odsiaduje wyrok, najpierw obok górników z „Wujka”, to znów w celi z kryminalistami, wreszcie z więźniami politycznymi, którzy odmieniają jego polityczną świadomość. Miała to być zapewne lekcja poglądowa na temat zbrodniczego systemu, przypominająca nam dzisiaj, jak kruchym darem jest wolność. Zabrzmiała cokolwiek anachronicznie, zwłaszcza wobec tego, co proponuje współczesne kino obywatelskie w wydaniu Smarzowskiego czy Szumowskiej.

Autor, autor, autor!!!

Tegoroczna Gdynia była przede wszystkim festiwalem różnorodności, świętem kina autorskiego. Obok filmów zaangażowanych, tych potrzebnych i tych nie całkiem koniecznych, szczególnie wybijały się takie, które drobnym, acz wyrazistym charakterem pisma wyrażały stany najbardziej intymne. Uhonorowany nagrodą specjalną Marek Koterski powrócił z tragikomedią „7 uczuć”, gdzie jego syn Michał wciela się w dziecięcą wersję Adasia Miauczyńskiego. Naśladując film przyrodniczy, tyle że z ludźmi w rolach głównych, i prostą czytankę z elementarza, twórca „Dnia świra” z udziałem plejady aktorów – któż inny mógł obsadzić Joannę Kulig jako matkę Katarzyny Figury? – stworzył groteskową i równocześnie przejmująca psycho-
dramę. Dorośli w roli dzieci (bo wszyscy przecież jesteśmy skrzywdzonymi dziewczynkami i chłopcami) przywołują najbardziej bolesne momenty: z domu, ze szkoły, z podwórka, a słynna fraza Koterskiego (połamana, pełna komicznych powtórzeń) nadaje im ton melodyjnej skargi. Niby wszystko to już widzieliśmy – w „Umarłej klasie” Kantora, w „Ferdydurke” Gombrowicza, a finałowy manifest „jak kochać dziecko” dopowiada nam wszystko do końca. Lecz nawet skatologiczny humor nie jest w stanie odebrać „7 uczuciom” ich terapeutycznych właściwości, służących przepracowaniu samotnego dzieciństwa. 

Jakże inaczej kliniczny dyskurs samotności rozgrywa Agnieszka Smoczyńska w „Fudze” (nagroda za drugi film). Jej bohaterka, grana przez Gabrielę Muskałę, odpowiedzialną również za scenariusz, po dwóch latach nieobecności wraca do rodzinnego domu, lecz nie pamięta, kim była wcześniej. Zaburzenie zwane fugą dysocjacyjną oddziela ją od najbliższych, ale może oznaczać także ucieczkę od roli, w jaką została kiedyś wtłoczona. Zdjęcia Jakuba Kijowskiego (też nagrodzone) po mistrzowsku kreują aurę wyobcowania. I choć dowiadujemy się, co takiego wyparła z siebie Kinga vel Alicja, twórczynie pozostawiają nam przestrzeń dla coraz to nowych wątpliwości i domysłów – jakkolwiek jest to dowolność wyznaczona przez precyzyjne nakreślone ramy.

Podobnej samodyscypliny trochę brakuje „Ninie”, czyli debiucie Olgi Chajdas, nagrodzonym w konkursie „Inne Spojrzenie”. Miłosne zachłyśnięcie, które staje się udziałem dojrzałej mężatki i młodej dziewczyny, ma za to w sobie żarliwość, która sprawia, że zarówno presja obyczajowego tabu, jak i sportretowane w filmie środowisko LGBT stają się tylko tłem dla coraz bardziej obezwładniającego uczucia.

Z kolei Janusz Kondratiuk w „Jak pies z kotem” przepisuje swoje emocje związane z odchodzeniem brata, zmarłego w 2016 r. reżysera Andrzeja Kondratiuka, na język czarnej komedii rodzinnej. Sporo musiało kosztować twórcę tak głębokie odsłonięcie swojej relacji z umierającym – kiedy starszy z braci, ten bardziej uznany, staje się całkowicie zależny od młodszego. Znamiona przekroczenia nosi także rola żony Andrzeja, Igi Cembrzyńskiej (Aleksandra Konieczna), niezdolnej z powodu choroby alkoholowej do opieki nad mężem ani do samodzielnego życia. Ryzyko się, jak widać, opłaciło. Ten nierówny film, bo pracujący na silnych osobistych przeżyciach, zaowocował dwoma nagrodzonymi rolami drugoplanowymi: Olgierda Łukaszewicza i Aleksandry Koniecznej oraz kolejną po Koterskim filmową autoterapią, obejmującą równocześnie twórców, bohaterów i widzów.

Ręka zza kulis

„Chodźmy na drugą stronę. Tam jest lepszy widok” – ta fraza z finału „Zimnej wojny” u jednych wywołuje metafizyczne dreszcze, u innych złośliwe komentarze, ale stała się najkrótszym podsumowaniem filmu Pawlikowskiego i jednym z sekretów jego sukcesu. Główna nagroda, przewidywana i zasłużona, wzbogacona w Gdyni statuetką za montaż (Jarosław Kamiński) i za dźwięk (Maciej Pawłowski, Mirosław Makowski), to triumf kina, które wychodząc od polskich problemów, potrafi przebić się na tę drugą stronę. Z love story zanurzonej w ponurym PRL-u, sklejonej z piosenek, klisz pamięci i filmowych powidoków, udało się Pawlikowskiemu stworzyć uniwersalny komunikat, zupełnie jak w latach 90. Kieślowskiemu.

Ktoś powie, że pięknoduchowskie wykwity sztuki filmowej nie są dobre na dzisiejsze czasy. Że bardziej potrzebujemy zbiorowej terapii szokowej – tytułów bezceremonialnie obnażających nadużycia ze strony przedstawicieli władczych instytucji, takich jak kler właśnie. Siła polskiego kina polega jednak na tym, że ciągle jest w nim miejsce i na „Zimną wojnę”, i na filmy Smarzowskiego. Na wycyzelowaną w najdrobniejszym szczególe artystyczną ekspresję i krytyczny głos w palących sprawach. Jest miejsce na niepokojące eksperymenty Jagody Szelc (jej „Monument” wyróżniono w konkursie „Inne Spojrzenie”) i wystawne kino Bajona. Na filmy o kobietach opłakujących swoich „wyklętych” synów („Ułaskawienie”), filmy o kobietach alkoholiczkach („Zabawa zabawa” Kingi Dębskiej) i o kobietach kochających inne kobiety (wspomniana „Nina”). I niechaj tak zostanie. 

Podczas finałowej gali czuło się w powietrzu coś nowego, choć zarazem dziwnie znajomego. Widzowie TVP Kultura mogli zobaczyć lekko ocenzurowaną retransmisję z uroczystości. Jakaś tajemnicza ręka zza kulis próbowała dyscyplinować prowadzących, a wiceminister kultury pod czerwonym krawatem wygłosił przemówienie o niczym – jakby tylko chciał zaznaczyć swoją urzędniczą obecność.

 Tymczasem tegoroczny festiwal gdyński pokazał, że rodzime kino broni się przed ręcznym sterowaniem. Równie źle znosi takie manipulacje polski widz. Bo przecież nagonka na „Kler”, nakręcona w dużej mierze przez tych, którzy filmu jeszcze nie widzieli i swoje opinie budowali na podstawie zwiastuna tudzież zasłyszanych opinii, może spowodować tylko jedno: wzmożone zainteresowanie. 

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do pisma „EKRANy”, „Kino” i miesięcznika psychologicznego „Charaktery”. Jest współautorką takich publikacji, jak: „Panorama kina...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 19 na 20 października do momentu zakończenia głosowania w wyborach samorządowych 21 października. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej - czyli publicznie nakłaniać lub zachęcać do głosowania w określony sposób, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny od 500 tys. do miliona zł.  

 

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Znany reżyser wziął na warsztat stały temat ludowego dowcipu, świeckiej literatury Średniowiecza oraz telewizyjnych kabaretów, zagęścił, doprawił witriolem i - wyszedł mu kasowy przebój (to prawdopodobne), ale na jakże prowincjonalną miarę. Jak musi reżyser żałować, że kiedy zatwierdzano scenariusz kilka, kilkanaście miesięcy temu, nie wiedział nawet, gdzie leży Pensylwania, a tym mniej, co szykuje tamtejsza Wielka Ława na sezon kinowy 2018/2019. Próżno teraz zaklinać się w Gdyni, że zależy mu na wsadzeniu za kraty pedofilów w sutannach. Gajos i Więckiewicz pedofilami? Kto przytomny w to uwierzy? Chłopy takie jak my, tylko jeszcze bardziej chciwe i jurne. Na widok bucików na furtce parafii będą ludziska dowcipkować, że ksiądz z wikarym mają z głowy gwiazdkowe prezenty. Drugi znany reżyser stał się mimowolnym wspólnikiem w odmówieniu najważniejszej nagrody pierwszemu. Żeby tylko w świecie tak tego nie zrozumieli. Tak orły same się uziemiły, a o filmowym drobiu to i gadać nie warto.

i cześć mu i chwała za to, niegodziwości i chciwość kleru były dotąd tematem tabu w przestrzeni kultury masowej - Pańskie dowcipkowanie po obrzeżach na niewiele się zda, to czas pokaże, jak film zostanie przyjęty i oceniony - póki co widać, że wzbudza wielkie zainteresowanie i aprobatę tych, co [domyślam się, że w przeciwieństwie do Pana] go widzieli

i dlatego nie wypowiadam o nim sądów, które wymagają obejrzenia całości (warsztat reżyserski, gra aktorów, jakieś interpretacje wątków i postaci itp.). Odnoszę się wyłącznie i bardzo ogólnie do treści, tak jak zechciał mi ją na zachętę przybliżyć producent i dystrybutor w streszczeniach i zwiastunie wyświetlanym w kinach. Obejrzałem chcąc nie chcąc trzykrotnie. Znając się cokolwiek na marketingu sztuki (nie filmowej, ale jednak) zakładam, że film w całości nie jest bardziej, a może nawet jest mniej skandalizujący. Po prostu skandal dobrze się sprzedaje. Otóż o najbardziej dziś nośnym skandalu pedofilskim - właśnie mamy kolejną odsłonę, tym razem w Niemczech - nie ma tam nic, może poza żartami (w zwiastunie jest jeden). Jeśli się mylę, to wystarczy napisać: "nieprawda, film dotyczy pedofilii wśród księży". To jak? Dotyczy czy nie dotyczy? Nie jest też moją intencją zniechęcanie do obejrzenia filmu, który, jak napisałem, może być kasowym sukcesem. Chociaż po reakcjach na zwiastun nie sądzę, żeby jakimś oszałamiającym. Zwiastun jakiejś głupawej komedii w stylu "Dnia świra" - widziałem go również trzy razy - bardziej bawił publiczność w kinie, do którego chadzam. Myślę, że kabaret o klechach ludzie widzieli już zbyt wiele razy, ale oczywiście mogę się mylić co do potencjału odwiecznych dowcipów. Kiedyś pewien znajomy entuzjazmował się "Testamentem psa", wystawianym akurat w Rozmaitościach. Przytoczyłem najwidoczniej nieznaną mu fraszkę Reja, opartą na tym samym koncepcie. Był rozbawiony, ale i jakby trochę rozczarowany, że to w sumie tak mało obrazoburcze, skoro po czterech wiekach żadnemu obrazowi nie zaszkodziło.

takie mam wrażenie, że Pana także uwiera to, że ten film w ogóle powstał, że k t o ś się o ś m i e l i ł w końcu głośno powiedzieć i pokazać, o czym ludzie gadają już od pokoleń w całej Polsce, i że tak duże zainteresowanie wzbudził - a wie Pan czemu wzbudził?... bo Polacy od dawna c z e k a l i na tego k o g o ś

po przeczytaniu entuzjastycznej recenzji na Filmwebie (J. Popielecki "Zło w dom"). Zasadniczo potwierdza ona moje intuicje, chociaż autor zapewnia odstraszonych zwiastunem, że nie oddaje on klimatu i istoty filmu (sorry, panie reżyserze, ale nie ja to panu montowałem). Nie są to bowiem wbrew pozorom "toporne jasełka" w stylu Vegi, który służy tu jako antyteza "stylu, rzemiosła i artystycznej subtelności", lecz głęboki moralitet. Co prawda, jak się recenzentowi wypsnęło na końcu, zrobiony bez wiary w gotowość odbiorcy do zagłębiania się w subtelności. Nie chodzi mi jednak już o film, ale o takie "typowo smarzowskie przebłyski" w samej recenzji i komentarzach. Na przykład to: "nie spodziewałbym się też linczów i palenia kościołów" (pod wpływem filmu). Mnie w ogóle takie obawy nie przyszłyby do głowy. Co sobie roi pan Popielecki wypowiadając te uspokajające słowa? Z ulgą je wypowiada, czy może żalem? Albo to: "Smarzowski oddaje sprawiedliwość swoim bohaterom, nie spuszcza całego chrześcijaństwa do kibla, niuansuje". Dzięki łaskawco, za spuszczenie tylko części chrześcijaństwa(!), ale mimo wszystko jesteśmy w kiblu. I na zakończenie jeden z komentarzy: "doskonale, rezerwacja na piątek poszła. Wycie prawiczków i pasożytów w sutannach osłodzi seans. : D". I to chyba mówi wszystko. Przynajmniej część tych, co na ten film czekali - sądząc po komentarzach wcale niemała - tak naprawdę czeka na lincz. Zastępczy, w wersji soft, bez palenia kościołów, ale jednak lincz, którego chcą być dopingującymi widzami. Jeśli cokolwiek mnie w tym filmie uwiera, to właśnie ta świadomość. "I co ja wtedy robię? Wychodzę z kina". ;)

'nie widziałem, nie chcę widzieć, nie podoba mi się' - dlatego nie podoba, że film naruszył ważne także dla Pana t a b u? może właśnie t o Pana uwiera, a skoro tabu, to lepiej byle jaki pretekst znaleźć aby tylko nawet tego słowa nie wypowiedzieć? - bo znawcy tematu twierdzą, że Smarzowski zrobił go jak poprzednie, po swojemu i tyle, więc skąd te nagłe pretensje? - i powtórzę, czemu ten film takie zainteresowanie budzi i czemu ludzie na taki przekaz czekali - dlatego, że właśnie po raz pierwszy ktoś się o d w a ży ł i potrafił g ł o ś n o powiedzieć o czym od dawna się po domach w całej Polsce opowiada - b i s k u p _ j e s t _ n a g i, i chciwy do tego, ma za uszami więcej niż niejeden Kowalski - i to bardzo niezdrowa sytuacja była, proszę Pana, że mieniący się spadkobiercami Jezusowej tradycji i roszczący sobie prawo nie dość, że do moralizowania i osądzania, to jeszcze do wydawania przepustek do raju, sami postawili się ponad wszelkie sądy, a swą demoralizację i niegodziwości skrzętnie przed światem w poczuciu zupełnej bezkarności skrywali - niepotrzebnie epatuje nas Pan tekstami o paleniu kościołów i linczach - nie, proszę Pana, lud Boży czeka i łaknie słów p r a w d y i czynów sprawiedliwych, i jak kiedyś jedynie w radiu na krótkich falach można było usłyszeć prawdę o świecie, w którym żyliśmy i pół Polski co wieczór przystawiało uszy do radioodbiorników, tak i dziś jest wielki popyt na prawdę i są tacy, którzy starają się ją zagłuszać, świadomie albo nie, Pan do nich przyłączył - a tama już d a w n o temu pękła, dokładnie kiedy chciwi biskupi upchnęli kolanem religię w szkołach by nie dość, że wygodniej indoktrynować, to jeszcze z tego zyski czerpać - tak przystąpili do szykowania dla siebie trumny Jegoekscelencje, a ostatnie gwoździe do niej zaczęli wbijać kiedy w swej pysze niepohamowani cyrograf z samym Belzebubem podpisali, dla władzy i pieniędzy porzucili Ewangelię, poświęcili się politykierstwu - i kościołów nikt nie pali, baranki głosują jak Pan w kinie, tyle że w kościołach - nogami - i nikt na lincz nie czeka, a na całą prawdę o tym obłudnym i zakłamanym środowisku, demonstrują i protestują przed zabarykadowanymi bramami biskupich pałaców, wieszają nie księży pedofilów, tylko dziecięce buciki ich ofiar na drzwiach kościołów - na koniec, ja nie wiem, czy mi się film podoba, bo go nie widziałem - ale zobaczę na pewno, bo pałka się przegła, jak mawiał klasyk +++ p.s. recenzje Pan czyta więc proszę bardzo, w TP mamy od wczoraj materiał na temat filmu, całkiem świeży i sensowny, p. A.Piotrowskiej, tam bym się raczej spodziewał Pańskich komentarzy, do tamtego tekstu się odnoszących - ale Pan w recenzji chyba raczej potwierdzenia s w o i c h opinii szuka, a nie autorskich ciekaw

"Kler jest pełen kłamstw i manipulacji. Na przykład zamiast prawdziwego biskupa w filmie występuje podstawiany i na dodatek opłacany aktor - Janusz Gajos!!!" [Andrzej Rysuje Milewski, andrzejrysuje.pl]
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]