Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wzbogacone klatki

Wzbogacone klatki

20.08.2018
Czyta się kilka minut
Z moich amatorskich obserwacji wynika, że zwyczaj piątkowej „wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych” zanika.
FOT. GRAŻYNA MAKARA
L

Ludziom trudno chyba pojąć, w jaki sposób chwała Boża zwiększy się, jeśli spożyją tego dnia sushi zamiast boczku. Z kolei znaczna część tych, którzy jednak ów obyczaj zachowują, czyni to, jak przypuszczam, z przyzwyczajenia (które nosi często dumną nazwę tradycji).

W mojej duchowości ta praktyka nie zajmowała nigdy specjalnego miejsca. Traktowałem ją jako archaiczną (z czasów, w których mięso było wielkim rarytasem) niby-szykanę, która jednak na tyle się zakorzeniła, że nikomu nie chce się podjąć ryzyka jej zniesienia i powiedzenia po prostu: „Katolicy! Piątek to szczególny dzień. Jeśli Ten, który wtedy umarł, jest dla was ważny – próbujcie o tym pamiętać. Nie jesteście przedszkolakami, sami wiecie, co zrobić, żeby ten dzień różnił się od innych”.

Dziś, w obliczu zagrożenia, jakim dla podarowanej nam przez Boga planety staje się nadprodukcja niskiej jakości, za to bardzo taniego mięsa, ze zdumieniem zauważam, że ludzie sami odkrywają sens jednodniowej wstrzemięźliwości (w firmowych stołówkach i w restauracjach coraz bardziej popularne stają się np. wegańskie poniedziałki), wychodząc z założeń niereligijnych. Ale czy naprawdę aż tak odległych od naszych?

Rolnictwo przemysłowe zwiększa sumę cierpienia praktycznie wszędzie. Znakomicie opisał to Philip Lymbery, szef brytyjskiej organizacji Compassion in World Farming (CIWF), w głośnej książce „Farmageddon”. Wieloprofilowe gospodarstwa produkujące naturalnie zdrową żywność znikają, zastępowane przez gigantyczne monokultury soi czy kukurydzy (proszę przejechać się dziś polskimi drogami i porównać strukturę upraw dziś i w czasach naszego dzieciństwa). Zwierzęta są zdejmowane z pól, wstawiane do gigantycznych obór, w których całym procesem ich coraz krótszego i coraz bardziej nienaturalnego życia sterują komputery. Ilość nieczystości z fermy, w której przez ciut ponad miesiąc życia egzystuje kilkaset tysięcy kurczaków, można sobie łatwo wyobrazić.

Wszystko stoi na głowie: zwierzęta, które kiedyś przetwarzały rzeczy niejadalne dla człowieka (trawę, odpadki kuchenne) na żywność (mleko, jajka, mięso), teraz zjadają coś, co mógł zjeść człowiek (wysokobiałkową soję, ryby, z których wytwarza się dodawaną do pasz mączkę), by dać mu mięso o wartości odżywczej kilkakrotnie niższej od zwierząt hodowanych w tradycyjny sposób. A wszystko to przy zupełnie nieracjonalnym współczynniku przetworzenia białka: z wyliczeń CIWF wynika, że w chowie przemysłowym z sześciu kilogramów białka roślinnego otrzymujemy średnio około kilograma zwierzęcego.

Sponsorowani naukowcy stają na głowie, by stworzyć kurczaki czy świnie, które będą jeszcze szybciej rozwijać pożądane przez konsumentów części ciał, i wyjaśnić, że kury niosące jajka „trójki” wprost marzą o życiu we „wzbogaconych klatkach” (cudowny oksymoron). Wszystko zaś będzie sprzedawane w opakowaniach z rolnikiem poklepującym wracającą z łąki krowę, z taplającymi się w błocie świnkami, z biegającymi po podwórku kurczakami. „Jajka wiejskie”. Nieprawdy nie napisano – przemysłowych megakurników nie buduje się w mieście. „Świeże, zdrowe mięso”. Prawda – zepsute nie jest, zgodne z normami sanitarnymi, czego tu się czepiać?

Jeśli nie rusza nas los 70 miliardów zwierząt zabijanych co roku na potrzeby człowieka, może powinien poruszyć nas los ludzi, którym rolnicze fabryki i ich dostawcy zatruwają pola, rzeki, powietrze, albo dola rolników, którzy produkując naturalną żywność, nie są w stanie udźwignąć konkurencji globalnych korporacji, proponujących (także w Polsce) np. system „tuczu farmerskiego” (rolnik otrzymuje prosięta z odpowiedniej genetycznej puli, musi kupić paszę od k­orporacji, w najmniejszych detalach postępować zgodnie z instrukcją, a firma odbiera zwierzęta i wiezie do swojej rzeźni). Może powinno nas zastanowić, jaką Bożą ziemię otrzymają nasze dzieci, skoro produkcja kilograma wołowiny przemysłowej zużywa kilkanaście tysięcy litrów słodkiej wody, a farmy przemysłowe emitują taką objętość gazów cieplarnianych jak wszystkie samochody, samoloty i pociągi razem wzięte.

A może to wszystko przez Chińczyków, bo rozwój tej aberracji jest nakręcany przez rosnący apetyt na mięso w bogacących się krajach Azji? Nie wybronię się Chińczykami na moim sądzie po śmierci. Chciwość, nieumiarkowanie, pycha, niewrażliwość – z tymi grzechami nie walczy się dziś na internetowych forach czy w kościołach, ale w sklepie (bo ten świat ma w nosie polemiki i kazania, on rozumie jeden mechanizm: zysk lub jego brak).

Parę lat temu zdecydowałem, że rozciągnę wstrzemięźliwość od mięsa na cały tydzień, by nie pogłębiać światu ran. Teraz, gdy kończę pisać książkę o relacjach człowieka z innymi stworzeniami, gdy dociera do mnie to, co usłyszałem, jeżdżąc po konferencjach, co wyczytałem, co wyrozmawiałem z rolnikami, analitykami i z tymi, których podobno ten system miał ratować – z cierpiącymi głód – jestem bliski decyzji, że dla mnie, wegetarianina, piątki powinny stać się dniami wegańskimi. Co przecież oznacza tylko powrót do pierwotnego pomysłu Boga na żywienie człowieka, patrz Rdz 1, 29.

To ja. Innych nie namawiam do niejedzenia mięsa, namawiam, aby nie jeść go bezmyślnie albo może ciut rzadziej (i odkrywać, że jedzenie nie bierze się ze sklepu). To jest umartwienie z motywacji duchowych. W cierpieniu Chrystusa jest bowiem także ból zabijanych przez moje nawyki, moje panoszenie się, moje „czynienie ziemi poddaną”. Przecież On umarł i zmartwychwstał, by dać nam nowe niebo, ale i nową ziemię, na której ustanie opisywany przez świętego Pawła jęk całego bez wyjątku stworzenia.

Musiałem otrzeć się o ekologiczne nawrócenie, by dotarło do mnie, że piątkowa wstrzemięźliwość w XXI wieku ma wielki sens. Mamy w Kościele potężne narzędzie do zmiany tego świata na lepsze. Pytanie, czy będziemy umieli pokazać sobie nowy jego wymiar i na nowo do jego użycia się przekonać.©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

FOT. GRAŻYNA MAKARA
Polski dziennikarz, publicysta, pisarz, dwukrotny laureat nagrody Grand Press. Po raz pierwszy w 2006 roku w kategorii wywiad i w 2007 w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne. Na koncie...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Rzadko używam takich argumentów, ale jeżeli za coś będziemy się smażyć w piekle, to właśnie za nasz stosunek do zwierząt… Zdecydowanie SĄ "JEDNYMI Z TYCH NAJMNIEJSZYCH".

O ile byłoby lepiej, gdyby kościół zawrócił i przestał powtarzać, czyńcie sobie ziemię poddaną,

Panie Szymonie, pamiętam, jak kilka (3-4?) lat temu podjęłam decyzję, że spróbuję nie jeść mięsa właśnie po lekturze któregoś z Pana felietonów. Nie była to decyzja nagła, w zasadzie zbierałam się do niej długo, ale jakoś Pan mnie w niej utwierdził - brakiem demegogii i moralnego straszenia, po prostu własnym świadectwem. Obecnie jadam mięso ryb, więc wiem, że dla wielu wegetarian jestem po prostu kłamczynią i hipokrytką, trudno. Czasem zjem inne mięso,bo moja Rodzina nie poszła tą drogą co ja i mięso w domu się pojawia - jednak mniej niż dawniej. Wierzę, że są to zmiany znaczące. Dzięki za kolejny tekst o tym.

Wystarczy stworzyć im warunki takie same jak mają imigranci we Francji ( jak wiadomo Francja w przeciwieństwie do Polski jest krajem gościnnym i otwartym dla imigrantów ). Cytuję TP z lutego tego roku. Relacja z typowego ośrodka dla imigrantów we Francji."W ośrodku, gdzie pracowałam – opowiada Anne – trzy czwarte ludzi leżało całymi dniami na łóżkach, w depresyjnych nastrojach. Zakazywano im przyjmowania gości z zewnątrz czy obchodzenia świąt religijnych. Nie mogli nawet gotować, bo nie mieli dostępu do własnej kuchni. Wiecznie ich kontrolowano. Po kilku tygodniach pobytu w takim miejscu ludzie wariowali. Czuli się nawet gorzej, niż uciekając ze swoich krajów pogrążonych w wojnie." I tu mógłby wkroczyć Wielki Brat i zaproponować: pozwalam wam gotować sobie posiłki ale tylko z marchewki, soi i kalafiora. W taki oto prosty sposób można uszczęśliwiać ludzi.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]