Wystawieni

Od lat europejscy rolnicy cierpią z powodu zatrucia pestycydami. Mimo poważnych badań na ten temat, nikogo to nie obchodzi. Także w Polsce.

14.02.2022

Czyta się kilka minut

Stosowanie pestycydów to codzienność każdego rolnika. W zależności od uprawy liczba zabiegów waha się od 10 do nawet 30 w ciągu każdego roku. Rolnicy w ciągu życia mogą być narażeni na kilkaset toksycznych substancji. Woj. świętokrzyskie, 2020 r. / GRAŻYNA MAKARA
Stosowanie pestycydów to codzienność każdego rolnika. W zależności od uprawy liczba zabiegów waha się od 10 do nawet 30 w ciągu każdego roku. Rolnicy w ciągu życia mogą być narażeni na kilkaset toksycznych substancji. Woj. świętokrzyskie, 2020 r. / GRAŻYNA MAKARA

Jean-Baptiste Lefoulon stoi przed swoim ciągnikiem w samych bokserkach. Do pracy w rodzinnym gospodarstwie ubierają go cztery ręce w niebieskich rękawiczkach. Na zwykłe robocze ubranie dwójka naukowców nakleja mu kilka kwadratów z gazy, a pod nią znajduje się jeszcze aluminiowa podkładka dla dodatkowej ochrony. Przed czym? Przecież francuski rolnik po prostu wyjeżdża obsiać pole kukurydzy, część swojego stuhektarowego rodzinnego gospodarstwa.

Jean-Baptiste bierze udział w wyjątkowym badaniu naukowym. Pestexpo (skrót od pesticide exposure) to trwający od ponad 20 lat projekt, który bada skutki narażenia rolników na szkodliwe działanie pestycydów w codziennej pracy. Na przykład przy napełnianiu ziarnami kukurydzy czterech siewników zamontowanych z tyłu traktora. Każde z nasion jest wzbogacone zaprawą zawierającą dwie substancje grzybobójcze: protiokonazol i metalaksyl. To przed nimi ma chronić aluminium na ubraniu rolnika.

Nikt nie wie, jak bardzo jest źle

Gromadzone przez lata obserwacje zespołu Pestexpo naruszają fundament całego współczesnego rolnictwa i produkcji żywności. Pokazują, że faktyczny wpływ masowego stosowania rzekomo bezpiecznych pestycydów jest znacznie poważniejszy, niż się powszechnie sądzi.

Jeszcze bardziej szokujący jest drugi wątek: środki ochrony osobistej, które powinni stosować wystawieni na działanie pestycydów rolnicy, bardzo często po prostu nie działają. Okazuje się, że zakładanie standardowych kombinezonów lub rękawic w niektórych sytuacjach nie tylko nie chroni, ale nawet zwiększa ilość przyswajanej przez organizm trucizny. Problem ten dotyczy milionów rolników oraz ich rodzin w całej Europie i jest znany od lat, ale jego prawdziwy wymiar pokazuje dopiero śledztwo, które przeprowadziliśmy w ramach zespołu dziennikarzy z kilku europejskich redakcji. Równolegle z tym artykułem w „Tygodniku” ukazują się publikacje w Niemczech, Danii, Holandii, Hiszpanii, Francji, Chorwacji i Słowenii.

W samej Polsce działa ponad 1,3 mln gospodarstw rolnych, w których na stałe pracuje ponad 2,3 mln osób, a kolejne setki tysięcy robią to dorywczo. Dla tych ludzi (czyli ok. 20 proc. wszystkich pracujących Polaków) kontakt z toksycznymi pestycydami jest codziennością. Choćby standardowa hodowla jabłek wymaga 25-27 różnych zabiegów każdego roku. Herbicydy zabijają chwasty, fungicydy grzyby, insektycydy – owady. Do tego dochodzą zaprawy donasienne, nawozy i wiele innych. W efekcie rolnik w ciągu swojego życia może być narażony nawet na kilkaset różnych substancji, ale nikt nie mówi mu prawdy o tym, co to może oznaczać dla jego zdrowia. Producenci, ale także urzędnicy, którzy decydują o dopuszczeniu danego pestycydu do sprzedaży, przekonują, że w „normalnych warunkach” środki ochrony roślin nie stanowią zagrożenia.

Jednak nieliczne publikacje naukowe badające to zagrożenie, w tym projekt Pestexpo, jasno pokazują, że „normalne warunki” najzwyczajniej nie istnieją. W czerwcu 2021 r. francuski Narodowy Instytut Badań Zdrowia i Medycyny opublikował potężny raport dotyczący pestycydów. Po analizie ponad 5,3 tys. publikacji naukowych stwierdzono, że regularny kontakt ze środkami ochrony roślin łączy się ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia zaburzeń poznawczych, chłoniaka nieziarniczego, szpiczaka mnogiego, raka prostaty, a także choroby Parkinsona.

Projekt Pestexpo stworzyła dwójka badaczy: Isabelle Baldi i Pierre Lebailly. Poznali się w 1999 r., ale z początku nie wyobrażali sobie, że ich odkrycia będą tak znaczące. W tamtym czasie bardzo rozpowszechnione było przekonanie, że rolnicy przyjmują śladowe ilości substancji. Naukowcy chcieli jednak zebrać niezależne dane, bo mieli świadomość, że większość badań nad pestycydami jest prowadzona lub sponsorowana przez samych producentów i traktowana jako tajemnica handlowa, więc nie podlega naukowej weryfikacji.

Pestycydy są zaprojektowane do zabijania żywych organizmów – grzybów, insektów, chwastów. A to oznacza, że ludzie mogą się stać ich przypadkowym celem. Dlatego zanim jakaś substancja trafi na europejskie pola, musi spełnić wiele warunków. Producent powinien wykazać, że wykonujący opryski rolnik nie wchłonie więcej substancji niż tzw. dopuszczalny poziom narażenia operatora. Jeśli ten poziom grozi przekroczeniem, na etykiecie muszą pojawić się dodatkowe zalecenia dotyczące użycia masek, rękawiczek oraz kombinezonów.

Baldi i Lebailly szybko i boleśnie przekonali się, jak daleko realia pracy rolnika ­odbiegają od zaleceń opisanych na etykietach. Bohaterem ich pierwszej obserwacji był farmer w Normandii. – Ten człowiek miał wyższe wykształcenie rolnicze, ale widziałem, jak wkładał gołe ręce do zbiornika z pestycydami – wspomina Pierre Lebailly. – Byłem w szoku.

Pestycydy mogą mieć formę proszku, płynu lub granulatu. Większość trzeba wymieszać lub rozcieńczyć przed zabiegiem, ale trudno to zrobić bez bezpośredniego kontaktu z substancją. Zdarza się zatkana rura, nieszczelny zbiornik, czasem coś się wylewa. W polu też nie jest lepiej, chyba że rolnik ma nowoczesny ciągnik z zamykaną kabiną i z dobrym filtrem powietrza. Ale najczęściej bywa zupełnie inaczej.

Życie niezgodne z zaleceniami na etykiecie

Witold Piekarniak ze Związku Sadowników RP ma 58 lat, prowadzi gospodarstwo niedaleko Warki. Pestycydy to jego codzienność od 16. roku życia. – Dzisiaj już dużo się zmieniło, ale proszę sobie wyobrazić ciągnik Ursus bez żadnej osłony, albo opryskiwacz Ślęza – mówi. – Wtedy wylewało się około 1000 litrów cieczy na hektar, dzisiaj to ok. 350-500. Pamiętam, jak sąsiad pryskał preparatem I klasy toksyczności sad obok mojego, a ja wracałem ciągnikiem bez kabiny. To było uczucie pojawienia się gęsiej skórki na głowie, jakby skórę człowiekowi ściągało z czaszki. Ewidentnie wchłonąłem tę truciznę.

Narażeni są nie tylko pracownicy wykonujący opryski, ale również ci, którzy pracują w polu albo sadzie przez następne dni. Tak wynika z jednego z niewielu polskich badań wpływu pestycydów na zdrowie, które prowadziła ponad 10 lat temu prof. Joanna Jurewicz z Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi. Ślady pestycydów znajdowała w moczu rolników jeszcze przed wykonaniem oprysku: „Mieszkanie na terenach wiejskich powoduje narażenie na pestycydy, nawet jeśli dana osoba nie jest bezpośrednio zaangażowana w wykonywanie oprysków”.

Witold Piekarniak opowiada o czasach, w których pestycydy zsypywało się do wiaderka i rozrabiało kijem, a „jak poszedł pył, to czasem aż w nozdrzach zagrało”. Na pewno jednak dużo się od tamtych czasów zmieniło: rolnicy mają lepszy sprzęt, niektóre agresywne pestycydy zostały zakazane (np. chlorpyrifos czy wiązany z chorobą Parkinsona parakwat), a nowe środki najczęściej mają bezpieczniejszą formę granulatu. Zwiększyła się też świadomość samych rolników.

Plagą są jednak wciąż problemy techniczne, na przykład dysza zatkana gęstą zawiesiną z dna zbiornika. We Francji rolnicy opisywali, że wiele razy zostali obryzgani pestycydem pod ciśnieniem przy próbie odetkania takiej dyszy. W Hiszpanii usłyszeliśmy nawet opisy „przedmuchiwania” jej własnymi ustami (podobno warto wcześniej do niej napluć). Tak być nie powinno, ale cóż z tego? Łatwo jest na etykiecie toksycznej substancji napisać, że opryski należy wykonywać w pełnym kombinezonie. Dużo ciężej jest to zrealizować. Nie da się np. wytrzymać 6 godzin na polu w upalny dzień w pełnym kombinezonie, bo grozi to udarem cieplnym.

– Tak, ludzie pracują w krótkich spodniach i koszulkach – mówi Isabelle Baldi. – Może to niezgodne z zaleceniami na etykiecie, ale tak wygląda życie. Bezpieczeństwo i kontrola nad pestycydami przy tak intensywnym rolnictwie jest oparta na fikcji. Według tej fikcji rolnik powinien pracować jak chirurg, który podnosi ręce, by ktoś założył mu sterylne rękawiczki. A potem niczego nie dotyka. To nierealne.

Badacze szacują, że zaledwie ­30-40 proc. francuskich rolników korzysta ze środków ochrony osobistej zgodnie z przykazaniami producentów. Podobne wyniki otrzymała w polskim badaniu Joanna Jurewicz. Rolników kontroluje Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa oraz Państwowa Inspekcja Pracy, ale żadna z tych jednostek nie zbiera informacji, na ile środki ochrony osobistej stosowane w naszym rolnictwie są skuteczne. Nie może więc wyciągać żadnych wniosków ani zgłaszać rekomendacji.

Kombinezon, który nie pomaga

Reguły światowego rynku pestycydów zostały ustalone wraz z powstaniem Światowej Organizacji Handlu w 1995 r. Głos w debacie prowadzonej pod egidą NATO i OECD mieli urzędnicy oraz sami producenci środków ochrony roślin. W stenogramach rozmów pojawiają się przedstawiciele wielu potentatów: Rhône-Poulenc, DowElanco, DuPont, Bayer, Zeneca (obecnie firma nazywa się Syngenta). Po dwóch latach prac OECD przyjęło zbiór zasad badania wpływu pestycydów na rolników i innych ludzi w okolicy. Dokument, który do dziś jest punktem odniesienia, został w całości sporządzony przez Grahama Chestera, pracownika Zeneki.

Poza wprowadzeniem koncepcji „normalnych” (de facto niemożliwych do uzyskania w codziennej pracy) warunków do testów, reguły OECD sprowadzają ludzkie ciało do kolejnych obszarów o określonej powierzchni. Dłonie – 820 cm2, szyja – 100 cm2, cały człowiek – ok. 2 m2 skóry. Przez lata normy dla pestycydów wyliczało się, korzystając ze specjalnie stworzonych modeli matematycznych, które na podstawie szczątkowych danych podawały hipotetyczne narażenie operatora. Dla producentów było to dużo prostsze niż badanie realnych zagrożeń dla prawdziwych rolników.


Czytaj także: Już nie alkohol, broń ani narkotyki. Przestępczą żyłą złota są dziś nielegalne pestycydy.


 

Wszystkie stosowane modele matematyczne mają wspólną cechę: zakładają, że wzorcowe stosowanie środków ochrony osobistej zmniejsza narażenie rolnika nawet o 90-95 proc. Ten scenariusz to jednak fikcja, co wykazał prof. Alain Garrigou, ergonomista z Uniwersytetu w Bordeaux. Na początku XXI wieku był zaskoczony, gdy usłyszał o pierwszych wynikach projektu Pestexpo, a konkretnie o jednym ustaleniu. Podczas oprysków i czyszczenia sprzętu grupa rolników, pomimo ciągłego noszenia atestowanych kombinezonów, wchłonęła nawet trzy razy więcej toksycznego pestycydu niż ci pracujący bez żadnej ochrony. Garrigou i Isabelle Baldi zaczęli badać ten wątek. Odkryli, że pestycydy, zaprojektowane, by przenikać do wnętrza organizmów żywych, bardzo dobrze radzą sobie z… wodoodpornym plastikiem.

Nieskuteczność środków ochrony potwierdzają też badania Joanny Jurewicz z 2011 r. Wyniki pokazują, że stosowanie rękawiczek, masek czy kombinezonów nie ma żadnego wpływu na stopień narażenia na toksyny.

Wiedzą o tym również producenci. W 2006 r. Syngenta zbadała, jak popularny model kombinezonu z PVC poradzi sobie z dwunastoma różnymi pestycydami. Większość przeniknęła przez materiał w czasie poniżej 20 minut, w trzech przypadkach poniżej 10. Analizy ujrzały światło dzienne już dawno temu, ale do dziś nie zaproponowano żadnych naprawdę skutecznych rozwiązań. Nie ma środków ochrony osobistej przeznaczonych do pracy z pestycydami i przetestowanych przy niej. Korzysta się z typowych, używanych w przemyśle chemicznym, gdzie nie ma tak bezpośredniego kontaktu pracownika ze szkodliwymi substancjami.

W 2007 r. Garrigou i Baldi decydują się bić na alarm.

Odchorowując pracę w polu

Naukowcy piszą w tej sprawie do kilku francuskich urzędów i organizacji, a list zostaje wzięty na poważnie. Ministerstwo Pracy zleca zbadanie dziesięciu popularnych kombinezonów ochronnych. Wyniki opublikowane w 2010 r. są katastrofalne: tylko dwa zapewniają poziom ochrony zgodny z obietnicami producenta, a niektóre natychmiast przepuszczają pestycydy.

Francja zaczyna działać, ale zadziwiająca jest bierność Unii Europejskiej. Od opublikowania wyników mijają cztery lata, zanim Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) w 2014 r. przedstawi nowe analizy. Dokument powstaje dzięki grupie ekspertów stworzonej w niemieckim Instytucie Szacowania Ryzyka (BfR). Prawie połowa jej członków to przedstawiciele producentów pestycydów, w tym trzej pracownicy BASF i Bayer oraz ten sam Graham Chester, autor wspomnianych już regulacji OECD. Na nasze pytania dotyczące konfliktu interesów, EFSA odpowiedziała krótko: „wszyscy członkowie grupy roboczej spełniali określone przez EFSA standardy dotyczące konfliktu interesów”.

W nowym dokumencie (oraz w aktualizacji z 2022 r.) słowem nie wspomniano o ustaleniach projektu Pestexpo, nie pojawia się nawet pojęcie „przenikania substancji” przez ubrania ochronne. Wszystkie wyliczenia nadal opierają się na „normalnych warunkach” i „kodeksie dobrych praktyk”, określonym przez OECD. Stosowanie środków ochrony osobistej nadal uważa się za bezpieczne i zmniejszające zagrożenie o 90-95 proc., choć nie potwierdzają tego żadne publicznie dostępne dane. Oczywiście, to nie jest argument przeciwko samym ubraniom, to raczej apel o prawdziwe analizy.

– Pryskaliśmy zagrody dla owiec bez żadnej ochrony. Nie korzystałem z rękawiczek, maski, niczego, uważałem tylko, by nie dotykać substancji. Mieszało się ją drewnianym kijem – wspomina Luis Grasa, 70-latek, który całe życie przepracował jako pasterz i farmer w Ceresoli, w hiszpańskiej prowincji Huesca. Kraj ten jest liderem zużycia pestycydów w Europie. Luis Grasa 8 lat temu usłyszał diagnozę: choroba Parkinsona. – Moje ruchy robiły się coraz wolniejsze.

Podobne wspomnienia ma jego żona, Maria del Carmen. Pamięta też, że bezpośrednio po opryskach Luis i jego ojciec potrafili spędzić w łóżkach trzy dni, odchorowując pracę w polu.

Kontaktuję się ze stowarzyszeniami zrzeszającymi w Polsce chorych na Parkinsona. W ciągu kilku dni zgłasza się kilka osób, które chorują, a wcześniej przez lata miały kontakt z różnymi pestycydami, często w dzieciństwie. Jedną z takich osób jest Lucyna Wnuczek z okolic Pucka. Dziś ma 72 lata, od 8 lat choruje na parkinsona. Dzieciństwo spędziła w rodzinnym gospodarstwie w towarzystwie pestycydów. Często kilka dni po opryskach szła ręcznie zbierać stonkę z upraw, a jedynym zabezpieczeniem były zużyte rękawiczki.

Nie wiadomo, czy ci ludzie zachorowali przez pestycydy. Ani w Polsce, ani w Hiszpanii, ani w większości krajów Europy nie ma realnego systemu monitorującego narażenie na pestycydy i jego długofalowe skutki. Nawet lekarzom bardzo ciężko połączyć konkretną chorobę ze stosowanym przez lata miksem substancji. – Związek między wieloletnim narażeniem na pestycydy a chorobą Parkinsona ciężko udowodnić w konkretnym przypadku, ale ryzyko istnieje i jest naukowo potwierdzone – tłumaczy Fernando García López z hiszpańskiego Narodowego Centrum Epidemiologii. Liczba zgonów na chorobę Parkinsona w Hiszpanii wzrosła z 1715 w 1999 r. do 5006 w 2020 r. (wzrost o 292 proc.).

Nie ma danych, nie ma problemu

Pierwsze badanie ukazujące związek między narażeniem na herbicydy (środki chwastobójcze) a chorobą Parkinsona zostało opublikowane w 1985 r. Ekspozycja na pestycydy od dawna pojawia się też w literaturze jako potencjalna przyczyna, zwłaszcza w kontekście takich substancji jak rotenon i zakazany już w UE parakwat. Dlatego w naszym śledztwie wybraliśmy chorobę Parkinsona jako punkt odniesienia, by zobaczyć, jak wygląda system rozpoznawania chorób zawodowych u rolników.

Obecnie tylko dwa kraje Unii – Francja i Włochy – uznają, że Parkinson może być chorobą zawodową rolników. W tym drugim kraju przez ostatnie cztery lata jedynie 20 rolnikom udało się wywalczyć odszkodowanie z tego tytułu (wszystkich wykrytych w tym czasie chorób zawodowych było 19 tys.). Inaczej jest we Francji, która jako pierwsza w Europie dodała parkinsona do listy chorób zawodowych. Od 2012 r. 278 rolników dostało odszkodowania i renty, a na listę trafiły też nowotwory krwi i prostaty.


Paweł Bravo, publicysta kulinarny: Czy wolno mi wrzucić do jednego worka panią, która zlewa herbicydami działkę, bo chce mieć ładny trawnik, oraz rolnika, który w ten sam sposób kupuje sobie więcej czasu z rodziną albo ulgę dla schorowanego kręgosłupa?


 

Tymczasem większość krajów UE nawet nie zbiera takich informacji, nie mówiąc już o wypłacaniu odszkodowań. Tak jest też w Polsce, gdzie system wykrywania chorób zawodowych opiera się na zamkniętej liście schorzeń, określonej w rządowym rozporządzeniu. Są na niej co prawda nowotwory krwi czy niektóre choroby układu oddechowego, ale próżno szukać parkinsona lub raka prostaty. Rolnik, który zachoruje, nie dostanie więc odszkodowania ani wyższej renty. Tymczasem w opublikowanym w 2021 r. raporcie Polskiego Towarzystwa Neurologicznego czytamy: „Badania epidemiologiczne wskazują, iż zwiększone ryzyko choroby Parkinsona jest związane z ekspozycją na pestycydy”. Są one wymienione jako drugie, zaraz po czynnikach genetycznych. Czyli wnioski są, ale nie przekładają się na ochronę prawną dla rolników.

Pytanie o powiązania między pestycydami a parkinsonem wysyłam najpierw do Instytutu Medycyny Wsi w Lublinie (20 stycznia), ale do dnia oddania tekstu do druku nie otrzymuję odpowiedzi. Milczy też Ministerstwo Rolnictwa. Inspekcja Nasiennictwa i Ochrony Roślin stwierdza, że nie ma uprawnień do zbierania danych o wpływie pestycydów na zdrowie ich użytkowników. W rozmowie z urzędnikami KRUS słyszę praktycznie wyłącznie o działaniach edukacyjnych, jak konkurs plastyczny dla dzieci na temat bezpiecznej pracy ze środkami ochrony roślin. A także o tym, że dużo zmieniło się na lepsze. Z kolei Ministerstwo Zdrowia odsyła mnie do Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego (choć przecież to nie NIZP uchwala rządowe rozporządzenia). W końcu NIZP, niczym w grze planszowej, odsyła mnie na pole startowe. Do Instytutu Medycyny Wsi.

Nikt w państwowych instytucjach nie podejmuje się skomentowania faktu, że największa zapadalność na parkinsona w Polsce dotyczy województw lubelskiego i podlaskiego – regionów wybitnie rolniczych. Parkinsona ma jeden na 335 mieszkańców Lubelszczyzny, w woj. zachodniopomorskim – jeden na 621. Oczywiście, to bardzo ogólna liczba i nie można jej jednoznacznie interpretować. Problem jest jednak taki, że lepszych danych nie mamy.

Nienadążanie przepisów za stanem badań to nie tylko polski problem. Dotarliśmy do niejawnych dokumentów, które pokazują, że niemiecka Rada Medyczna ds. Chorób Zawodowych rozważa wpisanie parkinsona na listę chorób zawodowych… od ponad 12 lat. Dopóki analizy nie przekują się w konkret, rolnicy nie mają co liczyć na odszkodowania. Chyba że sami pójdą do sądu.

Zostawieni samym sobie

Na to zdecydował się Hans-Jochen Bosse, zdiagnozowany pod kątem parkinsona w wieku 56 lat. – Przy podmuchach wiatru zawsze czułem oprysk na twarzy – wspomina. Bosse korzystał z rękawiczek i okularów, ale to nie pomagało na pył w powietrzu. – Powinniśmy być lepiej informowani, ale zostawiono nas samym sobie.

Od 2010 r. w Niemczech 61 rolników chorych na parkinsona złożyło wnioski o wypłatę odszkodowania ze względu na narażenie na pestycydy. Żadnego z wniosków dotąd nie uznano. W Szwecji przez ostatnie pięć lat odszkodowanie za choroby „pestycydowe” dostały ledwie trzy osoby. W Danii zaś przedstawiciele największego związku zawodowego, 3F, opiekującego się także rolnikami, nigdy nawet nie słyszeli o wypadkach i chorobach związanych z pestycydami.

Wyższa świadomość jest w Holandii, gdzie stowarzyszenie chorych na parkinsona w 2019 r. otworzyło infolinię dla narażonych na działanie pestycydów. Od tego czasu dostali ponad 130 zgłoszeń. We Francji od 2011 r. funkcjonuje jedyna w Europie organizacja zrzeszająca „ofiary pestycydów” – Phyto-Victimes. Do 2020 r. dostała prośby o pomoc od ponad 540 chorych rolników, głównie mężczyzn urodzonych w latach 50. i 60.

W trakcie naszego śledztwa Phyto-Victimes po raz pierwszy pokazała, z jakimi chorobami zmagają się jej członkowie. Wyniki niepokojąco przypominają naukowe raporty: 25 proc. ma parkinsona, 18 proc. – nowotwory krwi. Reszta to rak prostaty, pęcherza, płuc i inne choroby neurodegeneracyjne. Wszyscy chcą od Phyto-Victimes jednego: pomocy w walce z koszmarną biurokracją o odszkodowanie i rentę.

W Polsce też nie jest to łatwa przeprawa, zwłaszcza w przypadku chorób o nieoczywistej przyczynie. Wystarczy rzut oka na dane KRUS dotyczące wypłaconych odszkodowań za uznane choroby zawodowe. W 2019 r. 23,5 proc. wszystkich takich chorób dotyczyło rolników (żadna branża nie ma więcej, to stała prawidłowość). Jest ich mniej więcej 250--300 rocznie i ponad 90 proc. stanowią choroby zakaźne (w tym ponad 80 proc. borelioza). Z tabeli można wysnuć prosty wniosek: jeśli ugryzie cię kleszcz, możesz liczyć na odszkodowanie. Inne choroby dużo łatwiej umykają systemowi. Ostatni przypadek nowotworu złośliwego zakwalifikowanego jako choroba zawodowa u rolnika miał miejsce w 2011 r. Ostre zatrucie toksycznymi substancjami – zero przypadków przez ostatnie 12 lat. Według oficjalnych danych polscy rolnicy sprawiają wrażenie wyjątkowo zdrowych.

Planowaliśmy w ramach śledztwa stworzyć infografikę dotyczącą chorób zawodowych i pestycydów. Okazało się to niemożliwe. Bezpieczeństwo pracy rolników wydaje się czarną dziurą w europejskim systemie prawnym. Eurostat stworzył wprawdzie eksperymentalną bazę dotyczącą chorób zawodowych, ale tak niekompletną, że ciężko z niej korzystać.

Brakuje też zmian unijnego prawa. Regulacje dotyczące wprowadzania pestycydów na rynek są dopracowywane od prawie 30 lat, a spójnych zasad radzenia sobie z ich skutkami – nie ma wcale. Rzecznik Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (EU-OSHA) odpowiedział nam, że agencja „nie może informować o standardach i prawie poszczególnych państw”, oraz poinformował, że „w tym momencie nie da się nawet porównać podstawowych danych z państw członkowskich”. Niewiele też wynika z prac unijnego Komisarza ds. Zdrowia i Bezpieczeństwa Żywności. W 2017 r. tłumaczył on, że nie ma żadnych dowodów na zawodowe podłoże choroby Parkinsona. W odpowiedzi na nasze pytania dowiedzieliśmy się, że zdanie Komisji Europejskiej od tamtego czasu się nie zmieniło.

Rzeczniczka KE Veerle Nuyts w piśmie do nas podkreśla, że „Komisja wezwała państwa członkowskie do realizacji szkoleń dla rolników i kampanii społecznych dotyczących bezpieczeństwa pracy, także w zakresie stosowania środków ochrony roślin”. Zatem nadal to rolnicy, pracując z toksycznymi substancjami i mając do dyspozycji jedynie wadliwe środki ochrony osobistej, muszą dbać o własne bezpieczeństwo. Nikt im nie pomoże.

Alain Garrigou podsumowuje: – Zaszły pewne zmiany, ale krajobraz pozostaje ten sam. System nadal całą odpowiedzialność za obronę przed sobą samym przerzuca na potencjalną ofiarę.©℗

Międzynarodowe śledztwo dziennikarskie „Pesticides at work”, prowadzone przez Investigative Reporting Denmark, jest efektem współpracy dziennikarzy z redakcji: „Le Monde” we Francji, „Knack” w Belgii, „Tygodnik Powszechny” w Polsce, „Oštro” w Chorwacji i Słowenii, „IRPI” we Włoszech, „De Groene Amsterdammer” w Holandii, „Ippen Investigativ” w Niemczech, „The Midwest Center for Investigative Reporting” w USA oraz Marcosa Garcíę Reya z Hiszpanii. Powstało dzięki wsparciu Journalismfund.eu i IJ4EU.

Pestycydy wpłynęły na Twoje zdrowie? Napisz na story@tygodnikpowszechny.pl

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Reporter „Tygodnika Powszechnego”, członek zespołu Fundacji Reporterów. Pisze o kwestiach społecznych i relacjach człowieka z naturą, tworzy podkasty, występuje jako mówca. Laureat Festiwalu Wrażliwego i Nagrody Młodych Dziennikarzy. Piękno przyrody… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2022