Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wydanie specjalne "Polska Żydowska"

Wymuszona dymisja Zumy

Wymuszona dymisja Zumy

16.02.2018
Czyta się kilka minut
Afrykański Kongres Narodowy, partia rządząca od prawie ćwierć wieku w Południowej Afryce, najbogatszym i najlepiej urządzonym państwie kontynentu, odsunął od władzy własnego prezydenta.
Jacob Zuma po zakończonym przemówieniu do narodu, Pretoria, RPA, 14.02.2018 r. / Fot. Themba Hadebe / AP/ EAST NEWS
Jacob Zuma po zakończonym przemówieniu do narodu, Pretoria, RPA, 14.02.2018 r. Themba Hadebe / AP/ EAST NEWS
I

I zrobił to już po raz drugi. Od upadku apartheidu żaden prezydent RPA nie dotrwał do końca przysługujących mu rządów.

Grożąc mu publicznym upokorzeniem i uchwaleniem w parlamencie wniosku o wotum nieufności, równoznacznym z pozbawieniem go urzędu prezydenta, przywódcy Afrykańskiego Kongresu Narodowego zmusili w końcu 75-letniego Jacoba Zumę do złożenia dymisji. Zuma długo się bronił. Powołując się na konstytucję (którą wcześniej miał za nic), przekonywał, że ma prawo rządzić jeszcze przez ponad rok i że nawet jego własna partia nie może się stawiać ponad państwo. Ustępując z urzędu tłumaczył, że robi to wyłącznie na żądanie partyjnych towarzyszy, ale nie rozumie, dlaczego się go do tego zmusza. Skarżył się, że nie zrobił nic złego. Towarzysze Zumy, a zwłaszcza jego rodacy, są jednak zupełnie odmiennego zdania.

Dziedzictwo Mandeli

Dziewięć lat jego panowania, liczonego od roku 2009, zapisze się w pamięci Południowej Afryki przede wszystkim jako czas obyczajowych, korupcyjnych, politycznych i dyplomatycznych skandali, których głównym bohaterem był Zuma, będący w dodatku dziedzicem Nelsona Mandeli, uchodzącego za uosobienie wszelkiej szlachetności. Mieszkańcy Południowej Afryki, a przynajmniej niegdysiejsi zwolennicy Zumy, nie mogą się jednak uskarżać na niesprawiedliwy los. Sami wybrali sobie Zulusa Zumę na przywódcę, choć oskarżany był już o korupcję i gwałt. Uwierzyli mu jednak, kiedy przekonywał, że nie zrobił nic złego i że to tylko jego polityczni rywale usiłują go wrobić w zbrodnię i nie pozwolić, by stanął na czele państwa. I trzeba przyznać, że role pokrzywdzonego, a przede wszystkim „swojego chłopa” Zuma odgrywał naprawdę po mistrzowsku.

Korupcja, rzecz jasna, pojawiła się w Południowej Afryce na długo zanim nastał Zuma, miała się całkiem nieźle jeszcze za białych rządów w czasach apartheidu, ustroju rasowej segregacji, a największa afera korupcyjna, w którą jest zamieszany Zuma, związana jest z podpisanym w 1999 roku i opiewającym na pięć miliardów dolarów rządowym zamówieniem na dostawy broni dla południowoafrykańskiego wojska. Umowa zbrojeniowa została zawarta, kiedy rządził jego poprzednik, Thabo Mbeki (Zuma był jego zastępcą), a kontraktowe targi rozpoczęto jeszcze za prezydentury Nelsona Mandeli. Odkąd jednak w Południowej Afryce zaczął rządzić Zuma, plagi korupcji, kumoterstwa i sobiepaństwa rozpanoszyły się jak nigdy dotąd, a co gorsza zbiegły się ze światowym kryzysem gospodarczym i pierwszą od dawna recesją w południowoafrykańskiej gospodarce. Nic dziwnego, że półtora roku temu, w wyborach samorządowych, Afrykański Kongres Narodowy, któremu czarnoskórzy mieszkańcy kraju zawdzięczają upadek apartheidu, po raz pierwszy nie osiągnął zwykłej większości prawie dwóch trzecich głosów (zdobył ich tylko nieco ponad połowę) i stracił rządy nie tylko w Kapsztadzie, ale także w Johannesburgu i Pretorii. Kongresowi przywódcy już wtedy uznali, że Zuma stał się zbyt wielkim obciążeniem dla partii, że jeśli się go nie pozbędą, to w wyborach krajowych w 2019 roku walka o zwycięstwo może okazać się trudniejsza niż kiedykolwiek.

Bratobójcze walki o władzę

W Południowej Afryce prezydenta wybiera Zgromadzenie Narodowe, a szefem państwa zostaje więc przywódca partii, która wygrywa wybory. W Południowej Afryce od ćwierć wieku pozostaje nią niezmiennie Afrykański Kongres Narodowy, najstarsza, bo ponad stuletnia, partia polityczna w Afryce i dawny ruch wyzwoleńczy, który przyczynił się do upadku apartheidu. Powołując się na dawne zasługi, Kongres wygrywa każde wybory, zdobywając w nich w dodatku blisko dwie trzecie głosów. A mimo to żaden z dotychczasowych prezydentów kraju nie doczekał do końca przysługujących mu dwóch, pięcioletnich kadencji. Nelson Mandela (1994-99) z drugiej pięciolatki zrezygnował sam, powołując się na sędziwy wiek (przekroczył osiemdziesiątkę) i na potrzebę przekazania pałeczki młodszym. Jego następca, Thabo Mbeki (1999-2008) przed upływem drugiej kadencji został odsunięty od władzy przez własną partię, a pałacowym rokoszem kierował wówczas Zuma.

Powodem bratobójczych walk w Kongresie i południowoafrykańskim państwie jest systemowy stan dwuwładzy, pojawiający się pod koniec prezydentury kolejnych kongresowych przywódców. Podobnie jak wybory, w pięcioletnich cyklach odbywają zjazdy Afrykańskiego Kongresu Narodowego, na których partie wybiera nowego przywódcę, stającego się jednocześnie kandydatem na nowego prezydenta państwa. Problem w tym, że partyjne kongresy poprzedzają powszechne wybory, a następca tronu nie chce czekać do końca panowania starego władcy.

Mbeki, pod koniec drugiej kadencji, na swojego następcę chciał namaścić kogoś, wyznającego podobne do niego samego poglądy na politykę, gospodarkę i świat, a przede wszystkim nie chciał dopuścić, by władzę przejął Zuma, którego uważał za parweniusza i prostaka. Oschły, wyniosły i nielubiany Mbeki przegrał jednak z uwielbianym przed ulicę, wiecznie uśmiechniętym Zumą. To Zulus został nowym przywódcą partii, a wkrótce potem w wyniku pałacowego przewrotu zmusił Mbekiego do dymisji. Dziś historia się powtórzyła – w grudniu na następcę Zumy został wybrany Cyril Ramaphosa, który uznał, że do wyborów w 2019 roku lepiej mu będzie pójść z nieobciążoną przez Zulusa hipoteką.

Mieszkańcy Południowej Afryki odetchnęli z ulgą i mają nadzieję, że pod rządami 65-letniego Ramaphosy sprawy państwa i gospodarki będą miały się lepiej niż kiedy zarządzał nimi Zuma, nonszalancki w rachunkach, za to podatny na korupcję i kumoterstwo. Kongresowi towarzysze zacierają ręce, bo bez Zumy ich szanse na kolejną wyborczą wygraną i kolejnych pięć lat rządów niepomiernie rosną. Zuma nadrabia miną, ale wie, że towarzysze poświęcą go jako ofiarnego kozła, że czekają go procesy, wyroki, a być może także grzywny i sądowe koszty.

Pokoleniowa wymiana na południu

Wymuszona dymisja Zumy wpisuje się w rozpoczętą w zeszłym roku pokoleniową wymianę politycznych elit z południa Afryki. Najpierw, po prawie czterdziestu latach rządów, z dalszego panowania zrezygnował 75-letni prezydent Angoli Jose Eduardo Dos Santos. W listopadzie w wyniku wspieranego przez wojsko partyjnego puczu odsunięty do władzy został 93-letni Robert Mugabe, jedyny przywódca niepodległego od 1980 roku Zimbabwe. W tym roku nowego prezydenta będzie miała też Botswana, gdzie dobiegnie końca druga i ostatnia, pięcioletnia kadencja urzędującego przywódcy Iana Seretse Khamy.

W przeciwieństwie do Południowej Afryki, w pustynnej Botswanie sukcesje przeprowadzane są po cichu i sprawnie, a wybrany na nowego przywódcę polityk płynnie przejmuje stery państwa od poprzednika. Ale podobnie jak w Południowej Afryce, polityczna scena w Botswanie zdominowana jest przez jedną Partię Demokratyczną, sprawującą rządy od pierwszego dnia niepodległości w 1996 roku. Demokraci z Gaborone już dawno wpadli na pomysł, żeby ustępujący prezydent podawał się do dymisji na mniej więcej pół roku przed terminem i pozwalał, by kadencję dokończył za niego jego zastępca i następca, wiceprezydent. Po kilku miesiącach rządów, rodacy przyzwyczajają się do nowego prezydenta i kiedy przychodzi dzień wyborów, niemal automatycznie oddają na niego swoje głosy. Działa to skutecznie od końca dwudziestego stulecia, gdy prezydent Ketumile Quett Masire oddał przed terminem władzę wiceprezydentowi Festusowi Mogae, a ten pod koniec drugiej kadencji swojemu wiceprezydentowi Khamie.

Choć wybory w Botswanie zapowiedziano dopiero na jesień, to już wiadomo, że wiosną Khama ustąpi urząd swojemu zastępcy Mokgweetsiemu Masisiemu, a ten jesienią wygra zapewne wybory i pozostanie prezydentem na dwie kadencje, przed upływem których odda władzę kolejnemu wiceprezydentowi.


STRONA ŚWIATA – czytaj analizy i reportaże Wojciecha Jagielskiego w specjalnym serwisie „Tygodnika Powszechnego” >>>

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]