Dziewięćdziesiąt milionów euro to nie jest wygórowana suma za ikonę. Tanio wręcz – przecież mości książę Mohammed ibn Salman, faktyczny władca Arabii, musiał wydać tych milionów aż czterysta na obraz Leonarda, który nosi odtąd nazwę „Zbawiciel świata z Abu Zabi”. Ta zbitka słowna dotyczy miejsca przechowywania cennej deski, ale spróbujcie przeczytać te słowa na głos, powoli, zapominając na moment o rynku sztuki i długowłosej postaci z przejrzystą szklaną kulą w dłoni. Dreszczyk, co?
Za skromniejszą sumę, jak ta wspomniana wyżej, też da się coś zdziałać na małą skalę. Oto niebawem tytuł zbawiciela kawy powędruje do Hong Kongu. Fundusz inwestycyjny rodziny Pao-Cheng (dziedzice imperium armatorskiego z czasów brytyjskich jeszcze) dopina właśnie zakup splajtowanej włoskiej firmy Bialetti. Producenta kawiarki, jednej i tej samej od prawie stu lat – jedyne, co się troszkę przez ten czas pozmieniało, to kształt rączki.
Piję kawę prawie tak długo jak wino, od trzynastego roku życia, dziś moim rodzicom groziłby za to kryminał, ale mój mózg – mam nadzieję, że zgodzicie się ze mną – działa nie najgorzej. A może to dzięki kawie? Codziennie rano budzę go jednym krótkim bodźcem. Zanim nos poczuje aromat jak z tej reklamy ze snującą się po domu mgiełeczką, całe moje jestestwo już wie, że dostałem kolejny dzień do przeżycia, kiedy zmysł dotyku rejestruje zimny ośmiokąt kawiarki wymacanej gdzieś przy zlewie. Nigdy nie doszedłem, dlaczego inżynier Alfonso Bialetti w 1933 r. wybrał akurat tę formę. Może to jakieś techniczne względy związane z obróbką aluminium? Natomiast powód wyboru materiału znam – Mussolini kazał poddanym dążyć do autarkii, do samodzielności w produkcji wszystkiego (Włochy poczyniły wtedy ogromne postępy np. w energetyce i tworzywach sztucznych). Aluminium z lokalnych surowców promowano jako „metal narodowy”, w przeciwieństwie do stali.
Prostota konstrukcji, niezawodność i niezniszczalność na miarę kałasznikowa (trzeba tylko czyścić i wymieniać uszczelki) bardziej mnie interesuje od piękna tej „ikony designu”. Piękno można niestety zdeptać, co udowodniła firma Bialetti, gdy uganiała się bezskutecznie za masowym konsumentem maszynek na kapsułki. Malowano ośmiokąt na niemożliwe kolory, tworzono fikuśne kształty, a szczytem wszystkiego była seria pokryta szczerym złotem albo deseniami sygnowanymi przez luksusowy dom modowy.
Może więc plajta była słuszną karą za niezrozumienie tego, o co chodzi w tym życiodajnym wynalazku. Inż. Bialetti wykoncypował go, patrząc na żoniny kociołek do prania z wewnętrznym obiegiem pary w dziurkowanej rurce. Używano takich w domach Francji i Włoch od końca XIX w. Ten praprzodek pralki pozwalał uniknąć poparzeń wrzątkiem i ługiem. Nowa kawiarka z dziurkowanym lejkiem należała do podobnego porządku – kultury materialnej mas, instrumentarium czyniącego znośniejszym życie zwyczajnych ludzi.
Nawet gdyby nowi właściciele ozdobili go diamentami, to zasada działania kociołka zostanie. A może porzucą ten model, którego zgubą stała się doskonałość formy, której nie da się ulepszyć, zrobić plus, premium, nakleić kolejny numerek. Wykorzystają dobrze kojarzący się brand, by na rynkach azjatyckich sprzedawać luksusowe urządzenia na kapsułki. Niezależnie od ergonomii, kawiarkę trzeba nabić, potem umyć, trochę się pobabrać. A niechęci do babrania się nic już nie zatrzyma – od jedenastu lat narzekamy na to w tej rubryczce poplamionej fusami i zupą. Dlatego na wszelki wypadek kupiłem sobie na zapas dwie sztuki. Bo jednak co dziesięć lat warto wymienić, kiedy już niemożliwe staje się porządne domycie aluminium. A co potem? Renato, syn inż. Achillego odpowiedzialny za rozwój firmy po wojnie, kazał swoje prochy pochować w pięknej urnie o kształcie kawiarki. Nie chciałbym swoich dzieci obarczać tak kosztownym kaprysem, ale gdyby zebrać wszystkie maszynki, jakie zgromadziłem (bo żal wyrzucać), to może by mnie pomieściły…
Kawa na widelcu
Niewielki jest pożytek z kawy w kuchni, choć może posłużyć za przyprawę np. do zapiekanych słodkawych warzyw. A poza tym, wiadomo, przydaje się tylko do deserów, z tiramisu’ na czele. Spróbujcie kiedyś zrobić rodzaj budyniu, który nazywa się caffe’ in forchetta, czyli kawa na widelcu.
- 3 jajka
- 2 żółtka
- 80-100 g cukru
- 250 ml zimnej kawy
- 250 ml mleka
Miksujemy dokładnie jajka, żółtka i cukier. Dolewamy zimną kawę i mleko. Wlewamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia albo wcześniej pokrytej karmelem z paru łyżek cukru. Wstawiamy do dużej brytfanki wypełnionej wodą (do 2/3 wysokości keksówki), pieczemy w 150 st. C przez 40-50 minut, aż deser będzie zwarty. Można wzbogacić, dodając do masy pokruszone ciasteczka migdałowe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















