Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wszechmiasto

Wszechmiasto

01.12.2013
Czyta się kilka minut
Rem Koolhaas w „Delirycznym Nowym Jorku” przeprowadza sekcję architektonicznego olbrzyma. Magdalena Rittenhouse w „Nowym Jorku” czule głaszcze jego blizny.
Piąta Aleja, Nowy Jork, zdjęcie niedatowane Fot. Alvaro Campo / LOGOTOMIA.NET//SXC.HU
O

Oboje zabudowują nowe kwartały nowojorskiego mitu. Próby uchwycenia tego miasta potęgują jego fenomenalną iluzję.

Lektura obu książek wywołuje zbliżony efekt. Impulsywną chęć spakowania walizki i znalezienia się w opisywanej przestrzeni. Nie po to nawet, by ją zobaczyć, ale żeby stać się jej częścią, jednym z detali zrealizowanego wyobrażenia, dokonanej niemożliwości, osiągniętej nowoczesności. Nowy Jork, z którejkolwiek strony literacko go podejść, magnetyzuje. Ale także (czego dowodzą oba tytuły) skutecznie pozostawia nas na zewnątrz: budynki ukrywają swe przeznaczenie, miasto zaciera ślady własnej przeszłości, mieszkańcy czynią z nieuchwytności zasadę życia.
Europejczyk przyzwyczajony do okiełznywania miast, brania ich w posiadanie poprzez zaglądanie w zakamarki, dreptanie najmniejszymi nawet uliczkami, oglądanie i próbowanie, tu zostaje pokonany. Jest jak liliput podskakujący przed wysokim murem, by uszczknąć choć migawkę ogromnego obrazu. W Nowym Jorku, który przyjmuje tak wielu, każdy jest też nieproszonym gościem. Na Starym Kontynencie można mieć ambicję wzbogacenia miasta własnymi, unikatowymi przymiotami. Do Nowego Jorku przyciąga pragnienie bycia wchłoniętym przez wielość i wielkość, nawet za cenę stania się nieważnym i banalnym. Liczy się jedno: być tam. W miejscu upragnionym, mieście przyzywającym obietnicą nieskończoności, choć stłoczyło wszystkie ludzkie marzenia na ciasnej, poszatkowanej wyspie.
Przepisywanie architektury
Czy Nowy Jork jest miastem opowiedzianym? Czy potrzebne mu kolejne wersje, interpretacje, prywatne perspektywy, analizy teoretyczne? To jakby zapytać, czy potrzebni mu kolejni przybysze, przed którymi jednocześnie broni się i których pragnie, żywi się nimi. Jeśli przyjąć, że to miasto jest w istocie jedną z najwspanialszych opowieści, jaką stworzyli ludzie, wymaga ona nieustannego przypominania, przekazywania z ust do ust, zarażania samą sobą słuchaczy. Powstają nowe akapity, aktualizacje wątków. Nowy Jork ma miliony skrybów, którzy z własnej woli dokumentują jego losy, wyznają mu miłość, polerują monument. Gdy jedna księga megamiasta idzie w niepamięć, pojawia się następna, jak w miejscu burzonych wieżowców rosną inne.
Nowe budynki powstają z wykorzystaniem elementów architektonicznych poprzedników, podobnie dzieje się z literaturą. Na setnej stronie książki Magdaleny Rittenhouse pojawia się cytat z Koolhaasa. Wiele budynków, przecznic, nazwisk i adresów, które holenderski teoretyk architektury w 1994 r. zawarł w głośnym manifeście „Deliryczny Nowy Jork”, dwie dekady później znalazło się na trasie wędrówek Rittenhouse, która przemierza miasto w czasie i przestrzeni, stąd tytuł „Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero”. Równolegle ukazują się jeszcze: „Nowy Jork zbuntowany” Ewy Winnickiej i pierwszy przekład „Kiedy katedry były białe” Le Corbusiera. A to tylko teraz, tylko w Polsce. Ile odmian swej opowieści wytworzył ten kosmopolityczny olbrzym na całym świecie? Na jak wiele sposobów i w ilu językach się rozprzestrzenił? Ilu już ma, ilu jeszcze zyska autorów?
Ukryte intencje
A jednak najważniejszego Nowy Jork o sobie nie powiedział aż do ukazania się księgi Rema Koolhaasa. Autor nazywa siebie ghostwriterem miasta, jego spóźnionym biografistą, a samą pracę – sporządzonym ex post urbanistycznym manifestem, jakiego budowniczy tej metropolii nigdy nie spisali. Brak najistotniejszego dokumentu nowojorskiej historii, a więc konceptu zabudowy wąskiej i długiej wyspy w nieznany dotąd sposób – ku niebu, nie jest niedopatrzeniem. Według Koolhaasa niepotwierdzenie prawdziwych celów i ambicji budowniczych było polisą ubezpieczeniową, strategią unikania pytań, ataków, konsekwencji. Bo powołując do życia wieżowce, robili nie tylko coś zupełnie nowego, ale także nieodwracalnego, przeczącego naturze, historii, być może człowieczeństwu. Koolhaas w całej swej książce utrzymuje nastrój grozy, o każdym z architektonicznych przełomów, który doprowadził do wzniesienia Nowego Jorku, pisze z powagą, już świadom jego skutków. Pamiętajmy, że notuje narodziny nowej technologii i architektury z blisko stuletnim poślizgiem.
Postawił swą księgę jak przedstawiane miasto. Amerykańskie blocs – oznaczające prostokątne, wydłużone kwartały podzielone przecznicami, są urbanistyczną podstawą Nowego Jorku i tekstową jednostką, z której buduje Koolhaas. Pociął tekst na równe obszary, złożone z wyraźnie podzielonych i osobno tytułowanych fragmentów. Całość stanowi potężny, także podłużny tom, który przed rozpoczęciem lektury wydaje się nieprzystępny i zbyt duży, by sobie z nim poradzić – ale pokonywany blok po bloku okazuje się klarowny, logiczny i wciągający.
Koolhaas odzwierciedlił jedno z najważniejszych założeń, jakie towarzyszyło zabudowie Nowego Jorku: autonomię poszczególnych kwartałów, a także poszczególnych poziomów. To miasto porzuciło kontynuację i linearność. Na każdym, odosobnionym fragmencie przestrzeni wytwarzało inny świat – miasto w mieście. I tak sąsiadujące ze sobą kwartały mogły mieścić budynki o całkowicie sprzecznych celach, funkcjonalności czy charakterze. Ba, każde z ich pięter stawało się odrębną nierzeczywistością, pozbawioną związków z tym, co ponad i pod nią. Łączyły je tylko szyby windowe – ciągi komunikacji. Pozorna sprzeczność nagromadzonych, rozbieżnych bytów jest równocześnie przejawem imponującej konsekwencji i spójności. Jeśli każdy z kwartałów jest „całym światem”, musi na swej przestrzeni – niewielkiej, jeśli liczyć samą powierzchnię działki – wytworzyć wszelkie jego przejawy. Niemożność rozbudowy wszerz spowodowała ruch do góry – multiplikowanie obszaru działki na kolejnych piętrach i zagospodarowanie go innymi aspektami „całego świata”. Ich połączeniem były granice kwartału oraz fasada budynku, całkowicie zasłaniająca to, co dzieje się w jego wnętrzu. Sekretność, nieprzeniknioność fasad Koolhaas nazywa Wielką Lobotomią, odcięciem.
Piękno i zło
Zimne, milczące budynki kryją w sobie niezliczone, stłoczone formy życia. Pionowo eksploatowany kwartał jest ich spoiwem i jedyną instancją. Zgodnie z założeniem wielkomiejskiej samowystarczalności ruch pionowy między piętrami powinien wystarczyć, by zabezpieczyć wszelkie potrzeby: od posiadania, pracy, rozrywki, po relaks w ogrodzie na dachu. Kwartał to świat, którego można nigdy nie opuścić. A jednocześnie niepowtarzalny byt, którego nie da się donikąd przenieść. Można go wyłącznie udoskonalić, przepisać na nowo, jak słynny dom-hotel Waldorf-Astoria. Podczas gdy inne miasta chcą same siebie zachowywać, chronić swoją przeszłość, Nowy Jork pragnie być tylko nowy.
Wieżowce – gigantyczni bohaterowie księgi Koolhaasa, przedstawieni w swych pierwotnych, niespełnionych formach, a potem zmierzający do doskonałości, przypominają przodków homo sapiens, tej idealnej pionowej i smukłej sylwetki, przystosowanej do górowania nad innymi. Podobnie z czasem „stawał się” nowojorski wieżowiec, który wedle jednych drapał niebo, wedle innych – pozdrawiał je. W uzyskiwaniu jego ostatecznej formy Koolhaas dostrzega piękno i zło, marzenie i chciwość, życie i jego zaprzeczenie. Olbrzymy odbierają światło słoneczne sąsiednim kwartałom, wkrótce obywają się bez niego – rozbłyskają elektrycznością. Namnażają w swych wnętrzach możliwe wersje życia, jednocześnie je imitując, wiążąc ludzi w fikcyjności, w granicach budynków. Wreszcie są najdosłowniejszym zaprzeczeniem natury – czymś, co nie powinno stać, a jednak stoi. Architektura od początku XX wieku pożera cały obszar Manhattanu, łącznie z zaprojektowanym Central Parkiem. Wkrótce na wyspie nie pozostaje żadna przestrzeń, która nie byłaby przejawem ludzkiej myśli, a także zachłanności i pychy. Przemilczanej, niewyrażonej nigdy na piśmie.
Świadomość na szczycie
Rittenhouse szuka ludzkiej perspektywy dla urbanistycznych wizji. O ile u Koolhaasa budynki są wyrazem czyichś intencji i dążeń, o tyle ona sprawdza, jakie życie faktycznie się w nich toczy. Przykłada do teoretycznych założeń papierek lakmusowy codzienności i przedstawia coś na kształt historycznych i bieżących potwierdzeń. Między zawartością jej książki i pracy Koolhasa nie ma sprzeczności, jest natomiast wyraźna różnica spojrzeń i nastrojów. Polska dziennikarka i od dekady mieszkanka Nowego Jorku w swej pierwszej książce tworzy międzyprzestrzenną i międzyczasową trasę, przebiegającą przez najistotniejsze landmarks, czyli wytwory, które naznaczyły ziemię i stały się naszymi jedynymi znakami orientacyjnymi. Te same byty, które Koolhaas przedstawił jako fundamentalne dla powstania Kultury Zagęszczenia, czyli własnej, nigdzie wcześniej niezrealizowanej filozofii wszechmiasta mieszczącego w sobie wszelkie znane na globie formy życia, a dodatkowo wytwarzającego nowe, Rittenhouse przedstawia z punktu widzenia ich użytkownika, wielbiciela, a może ofiary.
Podchodzi do Woolworth Building, nazywanego Katedrą Handlu, do przypominającego żelazko Flatiron, który był jedną z pierwszych pionowych multiplikacji – trójkątny wieżowiec jest owocem konieczności i zaradności właściciela nietypowej działki. Autorka przystaje przy domu towarowym Macy’s – kwintesencji konsumpcyjnych intencji i aspiracji. Wraca do przeszłości Wall Street, niegdyś brukowanej, zabłoconej, po latach służącej za synonim chciwości i okupowanej przez ruch alternatywny. I do nieistniejących już slumsów oraz czynszówek Lower East Side, pierwszych przyczółków ubogich imigrantów. Prowadzi na popularną Sheep Meadow w Central Parku i do głównego hallu Grand Central, majestatycznego dworca, w którym funkcjonalność i piękno tańczą dostojny taniec nawet dziś, gdy kochamy wiele innych form transportu. Do wszystkich tych monumentów tworzy żywe przypisy, przypominając, że każda cegła i każde zdobienie wzięło się z czyichś marzeń i starań. Rittenhouse wyraża zachwyt dla wzajemnej relacji ludzi i architektury. Przywołuje refleksje o tym, że tworzymy budynki w takim samym stopniu, w jakim one tworzą nas. Jej opowieść o wznoszeniu Nowego Jorku, awansie od szmat do bogactwa, przebudowie drewnianych chałup w szklane niesamowitości, jest pojedynczym, osobistym potwierdzeniem realizacji manifestu z książki Koolhaasa.
Mieszkańcy miasta, podobnie jak jego turyści, widzą siebie jako współtwórców fenomenu. Zadzierają głowy, by zerkać na olbrzymy – dowód swej wyobraźni i determinacji. Obdarzają budowle uczuciami, które wiele z nich utrzymują przy życiu. Gdyby nie miłość, sentyment, nie byłoby dziś ani Grand Central, ani zrodzonego na wiadukcie parku High Lane, ani ogrodów Lower East Side, do których zlatują barwne ptaki. Być może runąłby Empire State Building, w którego wnętrzu nikt nie chciał mieć biura, za to każdy chciał zapłacić za bilet wstępu na dach, by wreszcie zobaczyć Nowy Jork. Ukazaną przez Rittenhouse perspektywę, spojrzenie pieszego, kierowane z poziomu chodnika ku niedostrzegalnym szczytom wieżowców i przebłyskującemu między nimi niebu, Koolhaas nazywa nieświadomością. Kluczowym doznaniem jest właśnie znalezienie się na szczycie, ponad wszystkim. Według holenderskiego architekta drapacze chmur pozwoliły wytworzyć nowojorską tożsamość – wjazd na ich szczyty i oglądanie Manhattanu z góry, objęcie go wzrokiem, przyniosło eksplozję ludzkiej energii. Dopiero ono, niejako wtórnie, uświadomiło nowojorczykom, do czego są zdolni, do czego dążą. Ale też perspektywa wieżowca umożliwiła realizację jego założeń: zaklęła ludzi w architekturze. Utorowała drogę Umiłowaniu Sztuczności.
Wyspa fantastyczna
Zarówno polska autorka, jak i holenderski architekt poświęcają uwagę nienaturalności Nowego Jorku, dostrzegają brak autentycznych przestrzeni, niezmienionych w wyniku ludzkich działań. Rittenhouse prezentuje wysepki zieleni, ogrody odzyskane czy wymuszone na architekturze, przywołuje towarzyszące intensywnej zabudowie wyspy hasło przepowiadające, że wkrótce wszystko, z wyjątkiem ulic, zajmą tam budynki. Autorka chodzi kamiennymi chodnikami, wzdłuż asfaltowych ulic, stalowych szkieletów i wytyczonych ludzkim zamysłem alejek parkowych. Z reporterską dokładnością notuje przeszłe zamiary i teraźniejszość. Jak większość bywalców czy mieszkańców podziwia zrealizowaną z rozmachem i konsekwencją niemożliwość. Bodaj najważniejszym powodem do zachwytu nad Nowym Jorkiem jest fakt, iż zaprzecza on rzeczywistości. Wyrósł wbrew ograniczeniom, znanym wcześniej rozwiązaniom, jest przestrzenią w całości zrekonstruowaną. Czy da się nie darzyć go podziwem?
Czytając postbiografię Koolhaasa, można podać ten podziw w wątpliwość. Księga odsłania konceptualne fundamenty Nowego Jorku i pozwala przeniknąć intencje jego twórców, żądze i wyobrażenia, do których nigdy się nie przyznali, których nigdy ze sobą wzajemnie nie uzgadniali. Realizowali je niejako przeciw sobie, w rywalizacji i pędzie, kto zajdzie wyżej, piękniej, szybciej. Działali w pozornej sprzeczności, ale dzięki Koolhaasowi wiemy, że w tej samej sprawie.
Umiłowanie Sztuczności narodziło się nie na Manhattanie, ale na pobliskiej Coney Island, gdzie po raz pierwszy udało się zaprzeczyć realiom i zaprezentować fikcyjne piękno. To tam powstawały parki rozrywki: Dreamland, Liliputia, Luna Park, wabiące tłumy fałszywymi atrakcjami od płonących na zamówienie miast po tresowane zwierzęta. To tam stawały pierwsze wysokie wieże, wchłaniające ludzi, podzielone na piętra, łączące różnorodność doznań. Tam – dowodzi Koolhaas – narodziła się Technologia Fantastyczności, przeniesiona następnie na Manhattan. Ona unicestwiła „normalność”, czyli dotychczasowe rozumienie funkcjonalności, praktyczności i urody architektonicznej. W masowej rozrywce, w przeżywanych zbiorowo artefaktach, w projektowanych emocjach i zaawansowanych rozwiązaniach imitujących życie oraz ulepszających je dla osiągnięcia widowiskowego efektu, należy upatrywać pierwotnego pomysłu Nowego Jorku. Rozmiłowani w sztuczności ludzie zrealizują go w doskonalszej formie na nieodległej wyspie, stawiając miasto-świat, którego niezbywalną cechą będzie niedobór rzeczywistości. Zamiast niej, nastąpi zagęszczenie wszelkich możliwych odmian fikcji, zaś architektura zastąpi religię i stanie się magnesem dla niezliczonych wyznawców.
Inkubator wszystkiego
Ta sama opowieść, jaką Rittenhouse widzi z dołu jako przejaw ludzkiej inwencji, w księdze Koolhaasa ma złowrogi wydźwięk. Odtwarzając teorię Nowego Jorku, architekt pokazuje większy, ponadmanhattański wymiar tego, co się tam zdarzyło. Sztucznie wytworzona globalność, której matrycą stało się opisane miasto, faktycznie rozlewa się na cały świat – a ten zaczął się kurczyć, zgodnie z pierwotnie nowojorską kulturą maksymalnego zagęszczenia. Według jednej z urbanistycznych teorii, którą wcielano na Manhattanie, miasto miało stanowić nie tyle miejsce do życia, co doskonały węzeł komunikacyjny: być splotem dróg i ciągów, infrastrukturą przemieszczania się ludzi, towarów, informacji i usług. W tak pomyślanej przestrzeni nikt nie jest u siebie – wszyscy i wszystko natomiast znajdują się w nieustającym ruchu po maksymalnie przepustowych torach. Czy nie tym – splotem komunikacyjnym – staje się właśnie kula ziemska? Czy nie znamy maksymalizacji zagęszczenia i fascynacji sztucznością z innych rejonów świata, coraz szczelniej zabudowywanych, zalewanych betonem, przeprojektowywanych, by zastąpić naturę fantastycznością?
Umiłowanie Sztuczności, które w Nowym Jorku objawiło się po raz pierwszy, gdy Manhattan arbitralnie pocięto na prostokąty, a które potem przyjęło formę nocy rozświetlanych tysiącami elektrycznych żarówek czy migających reklam, okazało się wirusem zarażającym ludzką wyobraźnię we wszystkich zakątkach świata. Kochamy patrzeć w monitory, zamiast na ludzkie twarze, drzewa, niebo. Hipnotyzuje nas wirtualność. Pracujemy w szklanych biurach, w nieprawdziwym świetle. Odżywiamy się posiłkami z proszku i chemicznymi warzywami. Odpoczywamy w zaaranżowanych wyobrażeniach egzotyki, w mieszkaniach urządzonych według zaprogramowanych potrzeb. Dobrowolnie wybieramy sztuczność, wzorując się na jej kolebce, w której powstały nie tylko najbardziej niemożliwe z budynków, ale także zupełnie zmyślone życie.
Warto czytać Koolhaasa razem z Rittenhouse, ponieważ wspólnie tworzą pełną, wielowymiarową mapę nowojorskości. Holender nie pisze o Grand Central czy New York Public Library uwypuklonych przez Polkę, za to wydobywa wzmiankowaną zaledwie przez nią wielką historię centrum Rockefellera. Po lekturze obojga dochodzi do zagęszczenia. Ale wspólne ich czytanie daje przede wszystkim większe szanse na objęcie Nowego Jorku. U Koolhaasa najważniejsze są budowle, przesłaniają swych pomysłodawców. U Rittenhouse na pierwszym planie stoją ci, którzy je własnymi rękami stawiali, a teraz z nich korzystają. Budynek, jeśli nie zamieszkany przez ludzkie historie, nie jest dla niej fascynujący. Według Koolhaasa Nowy Jork to przede wszystkim przestrzeń, koncept, ład, opisany przepięknym i czystym językiem metafor. Holender konstruuje książkę i twierdzenia od fundamentów po szczyt – zamyka akapity olśniewającymi teoriami. Tymczasem Rittenhouse zaludnia ten konceptualny trójwymiarowy twór, wypełnia go realnymi wydarzeniami, zgiełkiem, niekontrolowaną witalnością i ruchem, którego zasady Koolhaas doskonale sformułował. Opisany przez nich gen nowojorskości wywołał globalną epidemię przemieszczenia i fikcyjności. Tak powstał inkubator współczesnego świata.

Rem Koolhaas, Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2013
Magdalena Rittenhouse, Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

PAULINA WILK (ur. 1980) jest publicystką, dziennikarką i pisarką, absolwentką Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, magazynem „Kontynenty”, Programem II Polskiego Radia i TVP Kultura. Debiutowała w 2011 r. książką „Lalki w ogniu. Opowieść z Indii”, za którą została nominowana do Nagrody Literackiej Nike. W maju 2014 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jej książka eseistyczna, poświęcona problemom współczesnej Polski.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Publicystka, reportażystka i pisarka. Za debiut książkowy „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii” (2011) otrzymała w 2012 r. nagrodę Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera. Jej książka była...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]